Artykuły ogólne: Fotografowanie w sklepie

 

Fotografowanie w sklepie

 

Od: Robert Tomasik - wyświetl profil

Data: Czw. 19 Sty. 2006 02:31

Grupa: pl.soc.prawo

Mikołaj "Miki" Menke [###m...@menek.one.pl.###] napisał:

Mikołaju! Zazwyczaj nie zasłaniam się archiwum i wyjaśniam n-ty raz każdemu, w miarę wolnego czasu. Ale na temat fotografowania naprawdę już nie mam siły pisać. Temat odżywa na tym forum średnio z raz na tydzień w różnych konfiguracjach. Ze dwa lata temu, to dodatkowo był modny na forum pl.misc.kolej, bo SOK-istom się ubzdurzyło, że terrorystów będą w ten sposób tropić. Tam skończyło się oficjalnym pismem jakiegoś czynnika stwierdzającym, że nie ma żadnych przepisów umożliwiających takie zakazy wprowadzać i jak pogrzebiesz, to znajdziesz w sieci nawet skan tego pisma, bo ktoś to tam publikował. Sprawa jest rozwałkowana na 10-tą stronę. Tak więc w telegraficznym skrócie, a szczegółów poszukaj w archiwum grupy szukając pod hasłami "zakaz fotografowania", "wejście do sklepu z plecakiem" czy "przeszukanie przez ochronę" - bo generalnie o jedno i to samo chodzi:

1. Jakikolwiek zakaz mógłby wynikać albo z przepisu ustawy, albo z umowy. ÂŻadna ustawa nie zabrania fotografowania tego, co można zobaczyć i nie jest chronione jako informacja niejawna lub też nie podlega ochronie kilkoma innymi rodzajami tajemnic. Unormowanie tego znajduje się w ustawie o ochronie informacji niejawnych, zaś przepisy karne w kodeksie karnym. Wchodząc do sklepu umowy z nikim nie zawierasz, nawet w sposób dorozumiany, bo musiał byś wyrażać na to zgodę.

2. Nie ma również żadnego przepisu, który by mówił w jaki sposób ów zakaz fotografowania miał by być uzewnętrzniany, gdyby nawet można go było wprowadzić. Do czasu wejścia w życie obecnej ustawy o ochronie informacji niejawnych było rozporządzenie określające, że są to te tabliczki z przekreślonym aparatem. Ale ustawa wchodząc w życie rozporządzenie to uchyliła. Nowego nie ma, bo nie ma sensu go wprowadzać, bowiem w obecnie obowiązującym systemie ochronę niejasności zapewnia się poprzez tworzenie tzw. stref bezpieczeństwa ograniczając dostęp osób postronnych do chronionych obiektów. Tak więc nawet gdyby zakaz można było wprowadzać, to nie ma jak w sposób legalny powiadomić osób postronnych o tym fakcie. Nawet w odniesieniu do obiektów strategicznych zrezygnowano z takich zakazów uznając, że w dobie dostępnych w internecie zdjęć satelitarnych oraz aparatów mieszczących się pierścionku służby specjalne obcego państwa jak będą chciały, to fotkę i tak zrobią, a tablica może jedynie zwrócić uwagę, co trzeba fotografować.

3. Gdyby nawet uznać, że właściciel obiektu może w ramach wykonywania prawa własności zakaz taki wprowadzać, i gdyby nawet znaleźć jakiś sposób skutecznego powiadamiania osób o wprowadzonym zakazie (załóżmy każdemu wchodzącemu do sklepu wręczać za pokwitowaniem regulamin), to i tak nie ma żadnego przepisu karnego, który by stanowił, że zrobienie takiej fotografii jest chociaż wykroczeniem (o przestępstwie nie wspominając). Za to przepisy o ochronie mienia oraz prawo karne ogranicza możliwość pozbawienia człowieka wolności przez inne niż organa ścigania osoby tylko i wyłącznie do przypadków ujęcia go na gorącym uczynku (lub po pościgu) popełnienia przestępstwa lub wykroczenia. Tak więc, choćby się uprzeć, że zakaz jest ważny, to i tak ochroniarz może co najwyżej apelować i prosić. Nie może nawet zatrzymać takiej osoby (o przeszukiwaniu, czy zgoła odbieraniu jakichkolwiek rzeczy nawet nie wspominając, bo tego NIGDY mu nie wolno zrobić) i indagowany fotograf może w prostych żołnierskich słowach wyjaśnić mu, że go "nie lubi i nie ma ochoty z nim rozmawiać". Na takie dictum ochroniarz może jedynie wykonać komendę "w tył zwrot" i odmaszerować, bo dalsze natarczywe grymaszenie zaczyna zahaczać mniej lub bardziej o paragraf, a w wypadku próby zatrzymania lub odebrania aparatu włącza mechanizmy obrony koniecznej, których może użyć zarówno fotograf, jak i każda przypadkowa osoba. W konsekwencji ochroniarz naraża się na pobicie go w majestacie prawa, a o idących za tym konsekwencjach karnych napisze dalej.

4. Zakres uprawnień pracowników ochrony nie przewiduje możliwości rekwirowania czegoś i niszczenia. Tego nawet policja w stosunku do przestępców robić nie może i musi mieć w tej sprawie prawomocne postanowienie sądu. Zabranie komuś filmu i jego naświetlenie w najlepszym dla ochroniarza wypadku jest przekroczeniem uprawnień za które można dostać 5 lat pozbawienia wolności (art. 50 Ust. o Ochronie osób i mienia). A i to przy założeniu, że fotograf na wezwanie niejako dobrowolnie oddał mu ów film i nie będzie zanadto protestował. Bo jeśli zabranie filmu łączyło by się z pozbawieniem wolności czy użyciem siły, to kara może sięgać nawet lat 12 (art. 280 kk lub 282 kk). Jeśli nawet ochroniarz jest niekarany i załóżmy uda mu się wywinąć karą w zawieszeniu i grzywną, to tego typu wyrok skazujący pozbawia go z urzędu licencji.

Fakt, faktem, że ochroniarze miewają takie pomysły. Sam swego czasu stoczyłem bój z jednym w M1 w Krakowie (tym koło studia telewizji), gdy chciałem dziecku zrobić fotkę na postawionym tam wewnątrz zabytkowym tramwajem. Sadził się okrutnie i faktycznie chyba był głęboko przekonany, że ma rację. Przyznam, że była chwila w której ułamki sekund dzieliły mnie od decyzji urzędowego skrócenia sporu i po prostu zatrzymania natręta z plakietką, choćby za odmowę okazania licencji. Zwłaszcza, że upierał się przy tym, ze chce do ręki dostać mój aparat. W końcu ochroniarz wezwał dowódcę, który okazał się bardziej przytomny i kazał tamtemu iść precz. Tak więc rozumiem osoby, które mają takie problemy. Przy okazji od tego dowódcy dowiedziałem się już w luźnej rozmowie, że oni doskonale wiedzą, że nie mają racji. Ale to są pomysły kierownictwa sieci, która im daje zlecenia i wymaga ich wykonania. Podobno zwalczają w ten sposób konkurencję. W jaki sposób, to tego już ten ochroniarz mi wyjaśnić nie potrafił, a mnie nic sensownego do głowy nie przychodzi.

Przy czym osobiście jestem zdania, że mniejszym problemem są utarczki z ochroniarzami zakazującymi fotografowania, bo jest to jakaś tam bzdeta i jak będę chciał fotkę zrobić, to spokojnie ją zrobię w taki sposób, że nikt widzieć nie będzie. Zwłaszcza cyfrówką, gdzie mogę po prostu "spod rękawa" zrobić wiele fotek mając pewność, że któraś wyjdzie. Większym problemem są kierowane przez ochroniarzy groźby w rodzaju, że jak nie odda filmu, to mu udowodnią kradzież.

Ponieważ inicjator wątku coś takiego napisał, a nie mam podstaw, by mu nie wierzyć znając poziom niektórych ochroniarzy, to właśnie z tego powodu gorąco go namawiam do nadania sprawie urzędowego biegu. Takie słowa ze strony ochrony dyskredytują ją natychmiast. Ba jaką mamy pewność, że następnym razem z nudów, swawoli czy dla premii nie dopadną zupełnie przypadkowej osoby i nie będą twierdzić, że coś ukradła? W sklepie, gdzie nie ma monitoringu to w sumie jest przecież możliwe. Stąd uważam, że ta ochrona powinna zostać wyeliminowana dla bezpieczeństwa ogółu jak najszybciej o w sposób wykluczający możliwość podjęcia zatrudnienia w podobnym charakterze kiedykolwiek później.

I na koniec moja rada. Większość aparatów cyfrowych ma możliwość kręcenia filmów. W mniejszej rozdzielczości można nawet kilkadziesiąt minut nagrać. Warto zawczasu ustawić sobie mniejsza rozdzielczość i widząc podchodzących ochroniarzy włączyć zapis. Nie chodzi już nawet o obraz, ale o dźwięk. Gdyby komuś udało się zarejestrować groźbę użycia siły albo pomówienia o kradzież, to w ogóle z ochroną nie należy wdawać się w dyskusję, w miarę możliwości nie dać się wciągnąć na zaplecze i wzywać policję. W wypadku takiej groźby udokumentowanej w opisany sposób nie wierzę, by jakikolwiek prokurator nie poszedł z tym do sądu. A tego typu ochronę należy eliminować dla wspólnego bezpieczeństwa.

Krótko, to mi chyba nie za bardzo wyszło, ale mam nadzieję, że przekonywująco.

pl.soc.prawo: wyrzucenie ze sklepu...Nowe okno

 

Artykuły ogólne: Kalibracja tak ogólnie

 

To: Fotografia_Przyrodnicza+yahoogroups.com
From: "jwojcieszak"
Date: Tue, 26 Nov 2002 20:33:09 +0100
Subject: [FP] k a l i b r a c j a

"... slowo KALIBRACJA, oznaczajace proces wytwarzania podobnie wygladajacych
rzeczy - jest zbyt nieprecyzyjne. Bedziemy wiec potrzebowali kilku innych
definicji precyzujacych, ktore rzeczy w tym mglistym procesie sa naprawde
istotne..."


"... STANDARYZACJA, na nasze potrzeby bedzie oznaczac zdolnosc dostarczenia
takiego urzadzenia, ktore bez wzgledu na to czym jest, spelnia powszechnie
akceptowane normy branzowe i zachowuje sie mniej wiecej tak jak inne urzadzenia
w swojej kalsie.

POWTARZALNOSC oznacza zdolnosc zachowywania sie urzadzenia w ten sam sposob
dziasiej, jak i jutro.

ZARZADZANIE KOLOREM jest procesem przesylania plikow pomiedzy roznymi
urzadzeniami w ten sposob, ze sa one tak modyfikowane, aby pasowaly do siebie w
takim stopniu, w jakim pozwalaja na to okolicznosci .. "

o kurde ale ladny tekst

"...Znaczne wieksze wieksze znaczenie (niz standaryzacja maszyn) ma
standaryzacja FOTOGRAFA. Ekscentryczny styl fotografowania ma znacznie wieksze
tendencje do bycia zlym stylem niz ekscentryczne ustawienia maszyny..."

"...czy wazne jest aby fotograf byl powtarzalny ? Podobne ujecie, w podobnej
scenerii, z podobnym oswietleniem nie musi byc takie samo. W przypadku
fotografa jest znacznie mniej powodow do tego, aby byl on powtarzalny niz w
przypadku pozostalych urzadzen...."

problem kalibracji zaczyna sie wiec wczesniej niz dopiero przed monitorem

"..Co z systemem zarzadzania kolorem? Wygodnie jest go stosowac pomiedzy
monitorem a maszyna drukarska .."

"..Niebezpieczenstwa nieprzemyslanej kalibracji sa, w przewazajacej mierze dwa:
bledne pojecie o tym gdzie kalibracja powinna byc stosowana, oraz uporczywe
stosowanie jej tam, gdzie nie jest to konieczne..."

"..Dlatego wydaje sie dziwne, ze niektorzy ludzie, tak glosno mowiacy o
koniecznosci spedzenia wielu godzin nad kalibracja i standaryzacja monitorow,
czesto za pomoca dodatkowych urzadzen ... nie zauwazaja potrzeby zachowania
POWTARZALNOSCI. Parametry monitora...zmieniaja sie z dnia na dzien,. Dodatkowo
monitory sa podatne na przypadkowe poriszenie pokretel, zmiany w warunkach
oswietlenia oraz zmiany w konfiguracji oprogramowania. Dlatego rozsadni
uzytkownicy czesto sprawdzaja swoje monitory. ... Wszystko co musisz zrobic to
wydrukowac przykladowy plik, ktory mniej wiecej wyglada tak samo na monitorze.
Cala korekcja sprowadza sie wiec do otwarcia tego pliku, porownania go z
wydrukiem i jezeli nie wygladaja podobnie, dokonania odpowiednich zmian..."

prawda, Jurku, jakie to proste

"...dlatego tylko trzy krótkie porady:

a.. najistotniejszym i najbardziej niedocenianym czynnikiem w korekcji koloru
jest ustawienie punktu CZERNI. To samo odnosi sie do ekranu monitora. Zwykle
ustawia sie na nichzbyt szeroki zakres kolorow, tak ze kolor czarny na
monitorze wyglada na duzo glebszy i ciemniejszy niz na wydrukowanej stronie. W
takim przypadku zdjecia na monitorze maja znacznie wieksza glebie i po
wydrukowaniu wydaja sie zaskakujaco plaskie... no i Michal ma racje ze swoim
mini przewodnikiem

a.. ...nasza percepcja kolorow zmienia sie radylanie w zaleznosci od kolorow
otaczajacych...wiele osob wybiera jako kolor tla na monitorze jakis jaskrawy
kolor lub wzor, zamiast praktycznego szarego ... dodam, ze rowniez wiek ma tu
swoj udzial, na starosc kiepsko rozrozniamy odcienie zieleni

a.. ...obraz na monitorze zmienia sie z dnia na dzien, dlatego nalezy czesto
sprawdzac monitor...." Rowniez zmienaja sie obrazy widziane przez nas samych -
autokalibracja naszych oczu moze byc przyczyna nieprawidlowego odbioru - czy
ktos widzial rozowego konia (gniadego) - nawet jakby rzeczywiscie taki byl to
nasze oczu automatycznie dopasuja obraz do koloru gniadego - ot co


Wszystkie cytaty z ksiazki "Korekcja i separacja" DAN MARGULIS w tlumaczeniu
Roberta Riger wydawnictwo Helion Gliwice.

Tam tez cala masa cennych uwag i porad.

 

 

Artykuły ogólne: Fotografia a prawo

 

From: "Jacek"
Subject: Foto, a prawo
Date: Sun, 9 Jun 2002 22:14:43 +0200

Rozwijając wątek foto, a prawo podaję kilka "paragrafów".
Ochrona wizerunku jest określona w Kodeksie Cywilnym (art.23) oraz w prawie
autorskim (art.81). Jeżeli chcesz rozpowszechniać portret swojej modelki, to
musisz mieć jej pisemną zgodę lub dowód wypłacenia honorarium w umówionej
między wami wysokości (czyli tak naprawdę musisz mieć umowę określającą
wysokość tego honorarium). Uwaga1: w procesie o ochronę dóbr osobistych, to
pozwany (czyli ty) ma obowiązek wykazać, że jego działanie nie było
bezprawne. Modelka może twierdzić, że otrzymane 500 zł (na które masz
pokwitowanie) to jedynie 10% umówionego wynagrodzenia i to ty musisz
udowodnić że jest inaczej (i w tym celu przedstawisz umowę). Uwaga2: Możesz
przegrać niezależnie od tego, czy doszło do naruszenia innych dóbr
osobistych modelki, jak cześć czy godność. Powyższych zasad nie stosujesz
gdy: zdjęcie przedstawia osobę powszechnie znaną, a zdjęcie wykonano w
związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych (czyli np. nie możesz
rozpowszechniać bez zgody Jolanty Kwaśniewskiej zdjęcia zrobionego jej pod
jej prywatnym prysznicem); a także w przypadku osób stanowiących jedynie
szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza. (O
tym czy jest to szczegół będzie decydował sąd.) Tyle zawiłości prawnych. W
każdej sytuacji możesz dostać po pysku.
W przypadku, gdy chcesz rozpowszechniać zdjęcie np. nowego mostu to robisz
to bez żadnych problemów w przypadku gdy jest to fotografia reporterska, a
rozpowszechniasz w celu informacyjnym. W pozostałych przypadkach opierasz
się na art. 1,2 prawa autorskiego. Jeżeli jest to Sztuka (?), to twierdzisz,
że most stanowi jedynie inspirację, a twoje zdjęcie jest utworem samoistnym
i nie masz problemów. Jeżeli wykonujesz np. dokumentację architektoniczną,
to oznacza, że twój utwór (zdjęcie) jest opracowaniem utworu pierwotnego i w
celu jego rozpowszechniania wymagane jest zezwolenie twórcy utworu
pierwotnego.
Problemy mogą się pojawić, gdy obiektem twojego zainteresowania jest
budynek mieszkalny. Prawo (art. 23 Kodeksu Cywilnego) gwarantuje
nietykalność mieszkania pojmowaną jako prawo do ochrony przed bezprawnym
wtargnięciem w sferę określonego stanu psychicznego i emocjonalnego, jaki
daje każdemu człowiekowi poczucie bezpiecznego i niezakłóconego posiadania
własnego miejsca, w którym koncentruje swoje istotne sprawy życiowe i chroni
swoją prywatność. O ile w poprzednich przypadkach motywem decydującym było
rozpowszechnianie utworu (samo "pstryknięcie" to tylko faza procesu
twórczego i możesz wszystko pstrykać do woli), to teraz możesz mieć problemy
np. ustawiwszy tele na okno sypialni miłej koleżanki (tym razem nie
rozpowszechniasz bezprawnie, a naruszasz nietykalność mieszkania). Pomijając
to, że możesz dostać po pysku.
Istnieją poza tym uregulowania ograniczające swobodę focenia w
specyficznych warunkach lub sytuacjach (np. muzea, rezerwaty, obiekty
kolejowe i in.). Dodatkowo prywatny właściciel może praktycznie dowolnie
ograniczać możliwości "pstrykania" w obrębie własnej nieruchomości. Mogę
ustanowić zakaz fotografowania w moim ogródku, a właściciel supermarketu w
swoim, a ty nic na to nie poradzisz. I zawsze możesz dostać po pysku.
Wniosek jest następujący: przed przystąpieniem do pracy wykup polisę NNW ;)

Na razie tyle, pozdrawiam

Jacek


I jeszcze jedno: z wyroku sadu apelacyjnego (kwiecien 2000)

"W procesie o ochronę dóbr osobistych, pozwany ma obowiązek wykazać, że jego
działanie nie było bezprawne. Bezprawność działania, zgodnie z art. 81 ust. 1
Prawa autorskiego, wyłącza zgoda uprawnionego. Istnienia zgody uprawnionego
ani jej zakresu nie domniemywa się."

Czytajac rozne paragrafy i dotychczasowe orzecznictwo sadu przypuszczam, ze
jezeli nie ma zgody to NIE WOLNO, a nie jak twierdzisz, nie ma zakazu to wolno.

Tyle formalnie, prywatnie byc moze reakcja matki byla zbyt histeryczna ale
potrafie ja zrozumiec (i prosze nie komentuj tego, z gory dziekuje). Sama
spotkalam sie z kilkoma podobnymi zachowaniami i wiem, ze zazwyczaj (bo nie
zawsze) lepiej zapytac zanim sie zrobi zdjecie.

 

 

Artykuły ogólne: Prawo autorskie

 

Date: Sun, 27 Jan 2002 22:42:35 +0100
From: "WSm"

Fotografia zarejestrowana na negatywie, przezroczu lub -
obecnie - na nosniku cyfrowym stanowi utwor, ktory, jezeli
stanowi "przejaw dzialalnosci tworczej o indywidualnym
charakterze", zgodnie z Art.1 ustawy o prawie autorskim i prawach
pokrewnych jest przedmiotem prawa autorskiego. Ale tez nie kazda
fotografia (zdjecie) stanowi przejaw dzialanosci tworczej o
indywidualnym charakterze, wiec tez nie kazde zdjecie jest
chronione z tytulu ustawy. To na poczatek.
Dalej - taki nosnik z zarejestrowanym obrazem fotograficznym
stanowi przedmiot autorskiego prawa majatkowego. Czyli jest
bezwzgledna wlasnoscia autora. Te wlasnosc autor moze przeniesc
na inne osoby.
Art.41.1.ustawy: Jezeli ustawa nie stanowi inaczej:
1. autorskie prawa majatkowe moga przejsc na inne osoby w drodze
dziedziczenia lub na podstawie umowy, [...]
2. umowa o przeniesienie autorskich praw majatkowych lub umowa o
korzystanie z utworu, zwane dalej "licencja", obejmuje pola
eksploatacji wyraznie w niej wymienione.
Art.50 ustawy:
Odrebne pola eksploatacji stanowia w szczegolnosci:
1) [...]
2) zwielokrotnienie okreslona technika
3) [...]
4) wprowadzenie do pamieci komputera
[...] - az do 12)
Tak wiec obraz fotograficzny, utrwalony na filmie, czy w pamieci
aparatu cyfrowego
i powielony w postaci odbitek z printera, wydrukow z drukarki,
czy tez zeskanowany i wprowadzony do pamieci komputera i dalej,
na strone internetowa - to jest korzystanie z utworu okreslone w
wyzej cytowanym przepisie ustawy. I klient, ktory zamawia
fotografie u fotografa otrzymuje powielone _kopie_ jego
autorskich fotografii, a nie oryginalne fotografie. Jezeli
zamawiajacy chce otrzymac na wlasnosc oryginalny nosnik (negatyw,
film przezroczowy) powinna zostac zawarta umowa pomiedzy
zamawiajacym a autorem i to na pismie. (Art.53 - Umowa o
przeniesienie autorskich praw majatkowych wymaga zachowania formy
pisemnej pod rygorem niewaznosci). Odrebnym jest problem zaplaty
za przeniesienie prawa wlasnosci oryginalu.
Art.43.1. mowi: Jezeli _z umowy nie wynika_, ze przeniesienie
autorskich praw majatkowych lub udzielenie licencji nastapilo
nieodplatnie, tworcy przysluguje prawo do wynagrodzenia. Czyli -
mozna, zgodnie z ustawa, zawrzec umowe na _nieodplatne_
przekazanie wlasnosci negatywu przez autora klientowi.
To, ze powszechnie te przepisy ustawy o prawie autorskim nie sa
przestrzegane nie znaczy, ze to jest norma!
Opisalem to dosc skrotowo z koniecznosci, aby bylo zrozumiale - i
majac na uwadze zwykle zdjecia ze slubu.
Bo w ustawie sa przepisy bardziej szczegolowe, ale dotycza one
normowania stosunkow pomiedzy tworca, a zamawiajacym w przypadku
dziel o wysokiej wartosci artystycznej i finansowej.
Np.:
Art. 46
Jezeli umowa nie stanowi inaczej, tworca zachowyje wylaczne prawo
zezwalania na wykonywanie zaleznego prawa autorskiego, mimo, ze w
umowie postanowiono o przeniesieniu calosci autorskich praw
majatkowych.
Art. 52.
1. Jezeli umowa nie stanowi inaczej, przeniesienie wlasnosci
egzemplarza utworu nie powoduje przejscia autorskich praw
majatkowych do utworu.
2. Jezeli umowa nie stanowi inaczej, przejscie autorskich praw
majatkowych nie powoduje przeniesienia na nabywce wlasnosci
egzemplarza utworu.
3. Nabywca oryginalu utworu jest obowiazany udostepnic go tworcy
w takim zakresie, w jakim jest to niezbedne do wykonywania prawa
autorskiego. Nabywca oryginalu moze jednak domagac sie od tworcy
odpowiedniego zabezpieczenia oraz wynagrodzenia za korzystanie.


Odrebnym problemem jest, ktore zdjecia stanowia "przejaw
dzialanosci tworczej" - jak to jest sformulowane w ustawie - a
ktore nie. Zwyczajowo np. zdjecia do legitymacji, czy paszportu
nie sa fotografia tworcza o indywidualnym charakterze.
Ale juz fotografie portretowe tzw. gabinetowe - sa.
Zwykla dokumentacja ze slubu - tu mialbym watpliwosci, jak to
ocenic, ale gdy fotograf wezmie mlodych i rodzine w jakis plener,
lub do studia - juz zmienia sie zakwalifikowanie takich
fotografii. Na co dzien takie rozroznienie i ocene pozostawia sie
umawiajacym sie stronom. W powazniejszych przypadkach, lub w
sprawach spornych - mozna skorzystac z opinii rzeczoznawcy do
spraw oceny fotografii (przy kazdym oddziale terenowym ZPAF
dziala kolegium rzeczoznawcow - do dyspozycji wszystkich
uzytkownikow obrotu fotografia - autorow, nabywcow,
spadkobiercow, wydawcow, archiwistow i muzealnikow, a takze
urzedow skarbowych i policji (w przypadku kradziezy fotografii
np. z wystawy).


Generalnie - stosunki pomiedzy autorem (tworca) a zamawiajacym
(nabywca) powinna regulowac pisemna umowa zgodna (niesprzeczna) z
odpowiednimi artykulami ustawy o prawie autorskim i prawach
pokrewnych.



http://www.prawo.lex.pl/czasopisma/znusrp/utw_foto.html
http://www.mroczek.com.pl/extra/jak_kupowac.htm
http://strony.wp.pl/wp/prawwwo/bibautor.htm

 

 

Artykuły ogólne: Prawa fotografa i prawa obywatela

 

Autor: Ferdynand Trott ftrott@bez.tego.wp.pl
Data: 16-08-2004, 14:51:36

Użytkownik "fotik" napisał w wiadomości
news:cfnmh6$k2d$1@news.onet.pl...

> zacznie domagać się wszystkiego, "należnych mu" praw wynikających z
> prawa prasowego, jednocześnie w ogóle tego prawa nie znając!!!


Co wyscie sie tak wsciekli z tym prawem prasowym?

Interesujace nas akty prawne to konstytucja art. 14 (wolnosc prasy i srodkow
mas. przekazu), 54 (kazdy ma wolnosc wyrazania pogladow, zdobywania
informacji oraz ich rozpowszechniania), 61 (kazdy obywatel ma prawo do
uzyskiwania informacji - chodzi o organa publiczne, zapewnia sie dostep
srodk. mas. kom. dostep z aparatura rejestrujaca na np. posiedzenia
kolegialne tych organow); ustawa o ochronie informacji niejawnych, ustawa o
ochronie danych osobowych, ustawa o dostepie do informacji publicznych,
prawo prasowe, ustawy samorzadowe, ustawa o finansach publicznych, kodeksy -
np. karny (jawnosc postepowania sadowego).

System prawny chroniacy dziennikarza funkcjonuje takze wobec
"niedziennikarzy" - prawo do sadu (dodatkowy instrument realizacji prawa do
informacji), prawo do odszkodowania ze strony organu publicznego w przypadku
doznania krzywdy (art.77 konst.), prawo do skargi konstytucyjnej, rzecznik
praw obywatelskich.

Prawa obywatela do informacji wynikaja takze z umow miedzynarodowych
(nadrzednych wobec ustaw polskich); - prawo do wlasnej opinii, oraz jej
nieskrepowanego wyrazania wszelkimi drogami; Deklaracja Praw Czlowieka;
Miedzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych ; Europejska Konwencja
Ochrony Praw Czlowieka i Podstawowych Wolnosci;

Wszystkie te akty prawne daja wszystkim polskim obywatelom prawo do
informacji na rozne tematy i ograniczaja swobode wypowiedzi (dane osobowe,
informacje niejawne). Dotyczy to tak samo dziennikarza, jak i hutnika, czy
bezrobotnego.

Co zawiera sama ustawa o prawie prasowym:
- prawa i obowiazki dziennikarzy
- organizacja redakcji
- normy dotyczace rejestracji tytulow prasowych
- odpowiedzialnosc dziennikarska
art 11. - obowiazek codziennego udzielania informacji prasie (rzecznicy
prasowi)

obowiazki dziennikarza:
- starannosc i rzetelnosc przy zbieraniu informacji (wykorzystane wszystkich
zrodel informacji)
- dbalosc o dobra osobiste (np wizerunek jako czesc prywatnosci - prawo do
publikacji w przypadku osob publicznych - prezydent, prokurator, ale tez
znany aktor, osoby prywatne tylko za ich zgoda, prywatnosc to ta sfera zycia
ktora czlowiek tworzy jako niedostepna dla otoczenia, polskie prawo oslabia
prawo do prywatnosci osob publicznych; pamiec o osobie zmarlej to tez dobro
osobiste - publikowanie np. zdjec uszkodzonego trupa)
- nakaz ochrony informatarow

Odpowiedzialnosc dziennikarza za material -odpowiedzialne 3 podmioty (w
przypadku opublikowania materialu) autor, wydawca, osoba odpowiedzialna za
rozpowszechnienie (naczelny), odpiwedzialnosc na podstawie atykulow prawa
cywilnego i karnego. "Niedzinnikarz" bedzie odpowiadal indywidualnie na
podstawie tych samych artykolow, jezeli opublikuje w prasie to zgodnie z
prawem prasowym wciagnie w sprawe 2 inne osoby, niezaleznie czy mial
legitymacje, czy nie :)

Prawo nieskrepowanej wypowiedzi jest ograniczone np. domniemaniem
niewinnosci, nie mowimy ze morderca dopoki nie bedzie wyroku, nie pokazujemy
twarzy, nie podajemy danych osobowych.

Mozemy nagrywac na sali sadowej i robic zdjecia za pozwoleniem sadu, uznaje
sie ze jezeli sedzia nie zglasza sprzeciwu to sie zgadza.

Ustawa o prawie autorkim i prawach pokrewnych - mozliwosc kozystania z
cytatow, wizerunku, korespondencji na prawach tworcy.

Prawa obywatelskie (np. do informacji, oraz do ropowszechniania pogladow)
moze byc w wyjatkowych sytuacjach ograniczone z powodu interesu panswa,
bezpieczenstwa panstwa, ladu i porzadku, interesu innych osob (dobra
osobiste).

Podsumowujac - prawo do informacji czy fotografowania na terenie publicznym
i ew. na prywatnym za zgoda wlasciciela jest takie samo dla kazdego
czlowieka niezaleznie od jego zawodu. Legitka prasowa moze byc przydatna ze
wgledu na to jakie wrazenie moze zrobic na ochroniarzach i organizatorach, z
punktu widzenia prawa niewiele zmienia. Kolegialne organy publiczne nie maja
obowiazku wpuszczenia nas z aparatem i umozliwienia dokumentacji, rzecznicy
prasowi nie maja obowiazku byc dla nas bezwzglednie dostepni - nie jestesmy
przeciez prasa. Nadal jednak mamy takie samo prawo dostepu do informacji
(dane np. na temat finansow gminy) i tak samo odpowiadamy za np. naruszenie
czyichs dobr. To czy zostanie nam umozliwone fotografowanie na danym
prywatnym terenie zalezy od jego wlasciciela a nie od ustaw - byc moze
bedzie patrzyl lepiej na osobe z legitka, szcegolnie jezeli o wpuszczaniu
decyduje durny ochroniarz, na terenie publicznym, jezeli nie wystepuje zakaz
mozemy fotografowac co chcemy i jak chcemy - ograniczenia istnieja tylko do
publikacji i odnosza sie w tym samym stopni do dzinnikrzy/fotoreporterow co
do fotoamatorow/fryzjerow.

pzdr
FT

 

Artykuły ogólne: Wykład gościnny I - baterie w aparatach

 

Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl)
Temat:Baterie w aparatach... (wyklad goscinny)
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto.cyfrowa
Data:2004-10-22 08:34:54 PST


Dla tych, co wierza, ze batere alkaliczne pogonia ich nowa zabawke...:
Krotki a prosty wywod, dlaczego sie myla.

wezmy takie dwa ogniwa:

Alkaliczne: (ok. 2.5Ah)
http://data.energizer.com/PDFs/e91.pdf
accu NiMH:
http://data.energizer.com/PDFs/nh15.pdf

zalozmy, ze aparat poganiany jest z kompletu 4 ogniw, rozladowuje je do
ok. 1.0V/cele (tak powinien, zeby nie psuc zanadto accu) i przy 4V sie
wylacza. Zalozmy, ze aparat ciagnie srednio ca. 1A, w szczycie potrafi
zassac 2A.

Swiezo naladowana bateria ma Rin w okolicy 150mOhm. Badzmy optymistami i
zalozmy, ze przy rozladowywaniu nie wzrosnie (to nieprawda, wzrosnie i
to nawet dwukrotnie). 150mOhm przy poborze chwilowym 2A daje spadek
napiecia 300mV. Poniewaz aparat nam sie wylaczy, gdy napiecie spadnie do
1.0V na zaciskach ogniwa, to znaczy, ze bez obciazenia napiecie baterii
nie moze spasc ponizej 1.3V.

Z datasheetu wynika, ze 1.3V cela osiagnie po 10 minutach pracy z
obciazeniem 1W (ciagniemy _srednio_ 1A, wiec bierzemy nawet wiecej, niz
1W z pojedynczej celi, ale zalozmy ze tak), lub - dla oszczedniejszego
aparatu - po jakims kwadransie pracy.

1A * 10 minut = 150mAh
1A * 15 munut = 250mAh, czyli z nominalnej pojemnosci baterii rownej
2500mAh mozemy wykorzystac <10%.

Teraz accu:
Rin = 30mOhm
dU przy poborze 2A z pakietu: 60mV
accu obciazony srednio 1A ma napiecie 1.06V przy praktycznie calkowitym
rozladowaniu, czyli po ponad 2h. Z accu wyciagamy niemal 100% nominalnej
pojemnosci.




tak na marginesie...
Są cele przemysłowe NiCd, bo akurat NiCd są najlepszymi ciągle accu...
Tak, tak, mają efekt pamięciowy, ale żyją największą ilość cykli, znoszą
niesamowite przeciążenia i są odporne na przeładowanie....

No więc są takie sobie cele, zaznaczane jako wysokoprądowe i kosztujące
dość ciężkie pieniądze. Są pakowane w papier, nie w plastikowe
etykietki, bo plastik nie wytrzymuje wysokich temperatur, znaczy nie
zapewnia dobrej izolacji.
Cele wytrzymują przy swojej nominalnej pojemności rozładowanie w czasie
poniżej 40 sekund.
Nie są dostępne w R6, ale przeliczając pojemność, oznacza to
wypompowanie celi 1000mAh prądem około 100A.

Zwykłe paluszki NiCd można rozładować nieniszcząco prądem 20A i przeżyją
ponad 500 cykli.
NiMH protestują przy 3-5A i dobrze, jeśli żyją 50 - 100 cykli w takim
reżimie pracy.
Baterie alkaliczne źle znoszą już 0.75A i zyją raz.

 

Artykuły ogólne: Wykład gościnny II - baterie LiION

 

Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl)
Temat:Re: Baterie LiION... (wyklad goscinny #2, dłuuugi)
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto.cyfrowa
Data:2004-10-23 03:53:06 PST


Slon wrote:

> Czy mozesz Marku zrobic podobny wyklad wzgledem aku LiIon ?

No to jedziemy z tym koksem :)
Może nie do końca dlaczegi i jak w 1D/s, ale ogólniej.

Mity i legendy poziom 1:
- Baterie LiION są lepsze.

Z tym się ciężko polemizuje, więc spróbujmy zdefiniować "lepsze":

Mity i legendy poziom 2:
- Baterie LiION są lekkie
- nie mają efektu pamięci, więc można je doładowywać kiedy się chce!
- Mają DUUUU¯¡ pojemność!

No, tu już się można ustosunkować (czyli przypieprzyć).

Zacznijmy od tego, że LiIONek jest trochę i to różnych.

Canon pakuje w swoje BP-511 standardowe cele przemysłowe, produkowane
m.in. przez GP:
http://www.gpina.com/pdf/GP1750L110.pdf
GP1750L110, czyli średnica 17mm długość 50mm pojemność 110(0)mAh
AKA rozmiar A.

Panasonic robi je również, ale w dużo niższej pojemności (800mAh)
Sanyo robi podobne cele, o 1mm większe (nie całkiem mieści się w
standardzie A, a i do standardowej obudowy BP-511 nie za bardzo wlezie,
zamienniki bazujące na Sanyo muszą mieć nieco cieńszą skorupkę) i o
połowę większej pojemności, ale Canon ZTCW ma kontrakt z GP, a nie z
Sanyo :D
Zresztą, wała im, nie chodzi o to kto komu, tylko dlaczego. GP publikuje
najwięcj informacji o swoich celach LiION, więc weźmy je na tapetę.

Cele równoważne danej w technologii NiMH to
GP250AFH produkcji GP (2500mAh):
http://www.gpina.com/pdf/250AFH.PDF
HHR210A Panasonica (2100mAh):
http://www.panasonic.com/industrial/battery/oem/images/pdf/Panasonic_NiMH_HHR210A.pdf

Dalej the best a cat can get w dziedzinie high-capacity-low-drain z NiCd
to:
GP140AFK od GP (1400mAh min, 1500mAh typ.):
http://www.gpina.com/pdf/140AFK.PDF
P-140AS Panasonica (1400mAh):
http://www.panasonic.com/industrial/battery/oem/images/pdf/Panasonic_NiCd_P-140AS.pdf
UWAGA: te cele mają ograniczoną zdolność do rozładowywania wysokimi
prądami (w stosunku do zwykłych NiCd)

No, zakasaliśmy rękawy, mamy materiał, to bieriom się do roboty:

Najpierw sprowadźmy się na ziemię jeśli chodzi o pojemności. mAh to nie
jednostka energii, więc trzeba się jakoś doprowadzić do SI:
(kto chce, może przewinąć dalej do interpretacji, bo tu leci stado
statystyki)

LiION:
zakres nominalnych rozładowań: 220 do 1100mA
przy 220mA:
średnie napięcie ogniwa ca. 3.8V,
średnia moc oddawana 0.84W,
całkowita energia oddana: 4.2Wh = 15kJ
przy 1100mA:
średnie napięcie: 3.4V
średnia moc oddawana: 3.75W
całkowita energia oddana: 3.75Wh = 13.5kJ (1.5kJ poszło w ciepełko)

Czas życia nominalnie: 500 cykli - do 70% pojemności.
Pojemność na końcu życia: 2.95Wh max.
Całkowity ładunek przepompowany przez celę: 500x(4.2+2.95)/2 = 1.8kWh

NiMH:
zakres nominalnych rozładowań: 250 - 7500mA
przy 250mA:
średnie napięcie ogniwa: 1.25V
średnia moc oddawana: 0.3W
całkowita energia oddana: 3.1Wh = 11.25kJ
przy 7500mAh:
średnie napięcie ogniwa: 1.15V
średnia moc oddawana: 8.6W (!)
całkowita energia oddana: 2.6Wh = 9.3kJ

Czas życia nominalnie: powyżej 500 cykli do 80% pojemności
pojemność na końcu życia: 2.5Wh max.
Całkowity ładunek przepompowany przez celę: 500x(3.1+2.5)/2 = 1.4kWh


NiCd:
zakres nominalnych rozładowań: 140 - 4200mA
przy 140mA:
średnie napięcie ogniwa: 1.3V
średnia moc oddawana: 0.18W
całkowita energia oddana: 1.8Wh = 6.6kJ
przy 4200mAh:
średnie napięcie ogniwa: 1.18V
średnia moc oddawana: 5W
całkowita energia oddana: 1.24Wh = 4.46kJ

Czas życia nominalnie: >500 cykli do 80%. Tu wtopa, bo to jest po prostu
norma IEC, normalnie NiCd żyją do około 1000 cykli.

pojemność na końcu życia: 1.45Wh max
Całkowity ładunek przepompowany przez celę: 500x(1.8+1.45)/2 = 0.8kWh

//********************************************
Czytacie jeszcze?

No dobra.
I co z tego wynika?

Na start: NiCd w zastosowaniach foto się skończyły. Serie wysokiej
pojemności nie podchodzą z tą pojemnością wpół drogi do NiMH, a
jednocześnie tracą swoje obciążalności. Cele wysokich mocy są dostępne w
oobudowach minimalnie sub-C i nie grzeszą wielkimi pojemnościami (w
stosunku do objętości), a foto nie potrzebuje rajdowych mocy które
starczają na 5 minut.

Jeśli chodzi o czas życia, czyli całkowity ładunek przechodzący przez
celę, to przy łagodnej eksploatacji LiION są werte tyle samo, co NiMH.
Ze statystyki wyżej wynika 25% na korzyść LiION, ale tylkko przy
założeniu, że NiMH nie wytrzymają więcej niż 500 cykli, a te 500 dla
LiION podawane jest jako TYPOWY czas życia, a dla NiMH MINIMALNY czas
życia. Zgadnijcie, co to znaczy.

Dalej: Aparaty cyfrowe mają tę upierdliwą wadę, że ciągną sobie
spokojnie niewiele prądu, ale przy zoomowaniu, ostrzeniu, robieniu zdjęć
potrzebują chwilami dużo MOCY. Dla kompaktowych cyfraków nie jest to aż
tak widoczne, bo tam LCD, podświetlenie, matryca pracują cały czas.
Aparat zasilany typowym BP511 (NP-400 u Minolty, BLM-1 u Olympusa, te
same cele) ma do dyspozycji maksymalnie 7.5W mocy ciągłej i łączny
ładunek 8.4Wh. (btw: jeśli aparat zdycha w krócej niż godzinę, to
znaczy, że przeciąża accu lub accu jest do rzyci)
Aparat zasilony taką samą baterią dwóch cel NiMH miałby do dyspozycji
17W mocy ciągłej przy 6.2Wh całkowitej pojemności (zakładając, że średni
pobór mocy jest dużo mniejszy od tych 17W). To pół prawdy, bo dla LiION
wyższa moc rozładowania robi się niebezpieczna, więc kontroler baterii
musi odciąć obciązenie przy max. ~10W. Natomiast NiMH wyżyją i przy
wielokrotnie większym obciążeniu, byle by było chwilowe, więc de facto
możemy np. pociągnąć i 50W coby szybciej klapnąć lustrem lub migawką.

Bajki o doładowywaniu LiION bezkarnie należy odstawić na półkę: cykle
ładowań dla LiION są względnie ograniczone, więc doładowując co pięć
minut zajedziemy celę bardzo szybko, mimo, iż niemal do końca będzie
miała (nie gorszą niż zadana 70%) nominalną pojemność.
Fajnie i tak z tym doładowywaniem, ale LiION wymaga zaawansowanej
elektroniki do kontroli ładowania, rozładowania i ogólnego nadzoru stanu
ogniwa. Jeśli tę samą złożoność zaaplikować do baterii NiMH dostajemy
łądowarkę mikroprocesorową, która co kilka cykli sama rozładuje accu
przed ładowaniem na nowo, więc efektu pamięciowego nie uświadczymy, a
cela będzie żyła mimo doładowywania - dłużej :D

Więc czemu tak na prawdę LiION?
Przede wszystkim ładowanie i utrzymanie accu na biegu jest tym
łatwiejsze, im mniej cel ma. Elektronika cyfrowa lubi na wejściu mieć
tak 3.6 - 4.8V. NiMH potrzeba 3 cel. LiION wystarczy jedna. Małe
aparaty, telefony itd zyskują na tym, bo jedna cela to jedna warstwa
izolacji, prostsza łądowarka, dokładniejsza kontrola ładowania. Małe
aparaty są powolne, oszczędne z mocami, więc nie ma problemu, że LiION
nie dają się przeciążać, że przy -10 stopniach mają 50% pojemności
(aparat i tak nie ziębnie niżej zera, bo się go w kieszeni nosi), a
niska efektywna żywotność nikomu nie przeszkadza, bo małe kompakty są
eksploatowane łagodnie, więc te 500 cykli to pod dwa lata używania, a za
dwa lata ten aparat będzie przestarzały.

Natomiast jak weźmiemy takiego 1DMKII z jego 8 klatek na sekundę, w tym
samym czasie ostrzącego szkło 800mm, zasilającego IS szkła,
poganiającego Microdrive i procesor, któy jest w stanie ten strumień
danych obrobić, to mamy sytuację, że w spoczynku aparat ciągnie
zerozeronic, a jak naciskamy spust, to nagle elektrownia dostaje po
dupie. 1D-MKII ma accu 12V, czyli 10 cel NiMH. Załóżmy, że to te same
cele formatu A. W wykonaniu NiMH może na piętnastopniowym mrozie (np.
bateria wyciągnięta z bagażnika samochodu) dostać jak potrzebuje prawie
90W ciągłej mocy, w krókotrwałym szczycie prawdopodobnie nawet do ćwierć
kilowata bez ryzyka uszkodzenia akumulatora. Gdyby go popędzić na
baterii LiION nie dostałby nawet połowy ciągłej mocy, zapomnijmy o
mrozie i o przeciążeniu powyżej ~60W. Przy tym żywotność akku NiMH jest
w takiej eksploatacji większa, bardzej przewidywalna (ostrzeżenie o
końcu zycia może realnie przyjść odpowiednio wcześniej, a nie pięć cykli
przed dwunastą akurat jak reporter siedzi w okopach w Afganistanie).

IMO to jest przyczyna zapakowania NiMH w 1DMKII i LiION we wszyskto
poniżej o mniejszym apetycie na moce...

 

Artykuły ogólne: Wykład gościnny III - matryce CCD

 

Autor:Marek Lewandowski (mareklew.SKASUJ@gazeta.pl)
Temat:matryce CCD [wyklad goscinny III]
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto.cyfrowa
Data:2004-11-15 22:50:40 PST


Przy okazji watku o A2 sie mi napisalo, a jako ze ma to zwiazek nie tylko z A2
postanowilem przerzucic kopie "luzem".
Uprasza sie o uzupelnianie/prostowanie niejasnosci i niescislosci.

Jedziemy. Bedzie dlugasnie.

Nie mam ochoty na wojne z ludzmi, ktorzy uwazaja, ze wystarczy, jak aparat nie
szumi przy ISO50 i 1/1000 sekundy, wiec nie bede sie wypowiadal na temat A2,
czy jakiegokolwiek aparatu w szczegolnosci, a naskrobie sobie o CCD i temu
podobnych.
Baedzie technicznie, ale jakies wnioski powinno sie dac wyciagnac bez slownika
wyrazow obcych i przeklenstw egzotycznych.

Zacznijmy od tego, co to jest CCD, ale od tej elektronicznej strony. Poniewaz
nie jest to moje zrodlo utrzymania, moja wiedza moze miec powazne merytoryczne
luki, wiec jesli ktos tu jest z tematem za pan brat, to prosze ewentualnie o
szybka korekte. Jednoczesnie zapewniam, ze w wyjasnienie tematu wlozylem
wiecej niz pogapienie sie w sufit, a pewne uproszczenia (nazwijmy to DALEKO
idace) sa celowe, fizyka polprzewodnikow nie jest mi calkowicie obca, ale jak
wyjedziemy tu z rownaniami to sie audiencja rozejdzie do domow. Kto ma ochote
na fizyke, niech wrzuci w google pare zapytan typu CCD structure, principle of
operation, physics itp. Jest dos╕ literatury ne temat. To jest pogadanka dla
humanistow ;D

Tak zgrubnie mozna podzielic CCD na takie, ktore do pracy potrzebuja
zewnetrznej migawki i takie, co jej nie wymagaja. W zyciu pokrywa sie to z
podzialem na kompakty i lustrzanki. Kompakty (z racji na celowanie na LCD)
musza byc wyposazone w matryce pozwalajaca "nagrywac" "video", tj. pracowac
bez klapania migawka.

CCD to w uproszczeniu jedna wielka dioda krzemowa. Podloze (tzw. substrat)
jest typu p, wierzchnia warstwa typu n.
Na takim waflu nalozona jest cieniutka warstwa izolatora a na to ... o tym
dalej.
Padajace na krzem swiatlo powoduje wybijanie pojedynczych elektronow z ich
orit i tworzenie w ten sposob par dziura-elektron (ladunek dodatni i ladunek
ujemny). Gdyby ten kawalek krzemu byl jednorodny, "naturalny" taka para
ladunkow zaraz by sie z powrotem polaczyla i czesc. Jedyny efekt, to
podgrzanie krzemu. My mamy jednak dwie "warstwy", jedna z "niedoborem"
ladunkow dodatnich, druga - ujemnych. W obrebie granicy tworzy sie wbudowane
pole elektryczne. Takie rozbite uderzajacym fotonem pary (+)(-) nie maja
szansy sie znowu polaczyc, bo to pole "ciagnie" je w przeciwne strony.
Elektrony w kierunku powierzchni, dziury w podloze.
Dziury nas nie interesuja. Gina w czelusciach substratu, papa im mowimy i
tyle. Zbieramy elektrony.
Jak juz napisalem, cala struktura p-n przykryta jest izolatorem. W ten sposob
uwiezilismy elektrony - w glab nie uciekna, bo ich stamtad pole elektryczne
wygania, w gore nie prysna, bo izolator ich nie przepusci... zaraz, ale na
boki moga pelzac... I beda pelzac.
W tym celu na wierzch izolatora naniesiemy elektrody. Podluzne, waskie paski
ciagnace sie przez cala szerokosc sensora. W rownych odstepach. Naladujemy je
dodatnio. Ladunki dodatnie i ujemne sie przyciagaja, wiec teraz (ujemne)
elektrony przyciagane dodatnim ladunkiem beda gromadzic sie pod nimi - jak pod
dachem. Wygenerowany fotonem elektron prysnie pod najblizszy "daszek". Gdyby
nie bylo tego izolatora, to elektrony dolazlyby do tych elektrod i uciekly.
Ale mamy izolator.
Zaraz. Ale to nam zalatwilo polowe problemu. elektrony nie uciekna na
powierzchnie, ani w glab, ani w gore, ani w dol, ale maja jeszcze swobode w
lewo i w prawo. Pomysl, aby paski elektrod poszatkowac w male kwardraciki
niestety nie zda egzaminu, bo jakos trzeba moc nimi sterowac, a doprowadzic
prad mozna tylko z brzegu sensora. Doprowadzenia beda tak samo przyciagac
ladunki, wiec sorry.
Rozwiazanie problemu to zaszyte pod powierzcnia izolatora pionowe waskie paski
domieszek, dzielace "rownine" sensora na "rowy". Taaa... widzicie juz
"pixele"? Wcale nie takie podzielone jak by sie wydawalo, nie? Podzial raczej
plynny i polegajacy na strefach oddzialywania...
OK, dosc chrzanienia, zebralismy ladunki na kupki, teraz czas cos z nimi
zrobic. Zebralismy, czyli naswietlilismy zdjecie - w miejscach, gdzie bylo
jasniej, wiecej fotonow padlo na nasz kawalek krzemu i wiecej elektronow
zostalo naprodukowanych i teraz siedza pod daszkiem. Tam, gdzie bylo bardzo
ciemno siedzi jeden, moze dwa samotne i trzesa sie z zimna.
Trzeba to jakos wydostac. Z racji na budowe sensora ladunki nie moga sie
poruszyc na boki, bo trafia na te kanaly, nie moga tez splynac w glab, wiec
musimy je wyprowadzic z gory na dol wzdluz kolumn. Jesli rozladujemy te
"daszki" przestana one przyciagac elektrony i pozwola im plynac. Niestety w
ten sposob rozplyna sie one "po kosciach". Aby je poprowadzic naniesiemy
miedzy kazdymi dwoma podluznymi elektrodami dwie ekstra. Normalnie
nienaladowane, wiec nie wplywajace na gromadzenie sie ladunkow. Teraz, przy
odczycie, pomoga nam wyciagnac ladunki na zewnatrz. Ruchem robaczkowym.
Ladujemy dodatnio sasiednie, oczko nizsze elektrody wzgledem tych, co mielismy
naladowane. Elektrony przyciagane sa ociupinke dalej. rozladowujemy "stara"
elektrode - elektrony przyciagane sa tylko przez te "nowa" - przesunely sie
znowu kawalek dalej. itd.
Poniewaz zawsze pomiedzy dwoma "naladowanymi" miejscami jest kawalek przerwy,
elektrony zebrane w roznych miejscach nie przemieszaja sie nam.
Na samym dole CCD czeka drugi taki dynks, tym razem przesuwaacy ladunki z lewa
na prawo. W ten sposob ostatecznie wyplywaja porcyjki elektronow pixel za
pixelem. Teraz trzeba te elektrony policzyc i git.

Dla tych, ktorym ten opis zrobil sie dziki, tutaj jest plik powerpointa
calkiem ladnie i czysto tlumaczacy sprawe:
www.ing.iac.es/~smt/CCD_Primer/Activity_1.ppt

Co nam z tego wynika?
1. w najlepszym wypadku dostajemy 1 elektron na 1 padajacy foton. W praktyce
jest gorzej, bo czesc fotonow sie od krzemu odbije, czesc zostanie pochlonieta
bez generacji wolnych elektronow, czesc bedzie miala za mala energie do
wybicia elektronu (swiatlo glebsze niz czerwone zasadniczo przelatuje przez
krzem bez przystankow po drodze).
Elektrony pozniej mozna tylko tracic. Nie ma zadnego manewru, ktory raz
stracone elektrony nam "urodzi". Mozna "namnozyc" te, ktore zostaly, ale nie
przywroci to informacji.
2. ilosc fotonow padajacych na cm2 powierzchni okresla, ile maksymalnie mozemy
dostac elektronow. Jest to niezalezne od budowy i technologii CCD. Przy danej
ilosci swiatla padajacego na kawalek krzemu (przyslona obiektywu, ilosc
swiatla w scenie) dostaniemy MAKSYMALNIE tyle a tyle elektronow. Finito.
3. Optymalizacje technologii moga nam dac "tylko" mniejsze straty.

Jedziemy dalej. Teraz bedzie mniej opisow.
Podstawowy sensor jak obsmarowany wyzej nie pozwala na prace bez migawki.
Trzeba go naswietlic, swiatlo zamknac i odczytywac. Inaczej do przesuwanych
ladunkow beda caly czas dolaczac nowe, generowane padajacym swiatlem. To sie
nadaje do lustrzanki, ale nie do kompakta. Trzeba sprawe ulepszyc.
Ulepszono to tak, ze kazda kolumne podzielono znowu na dwie czesci, jedna jest
swiatloczula, a druga przykryta paskiem metalu (nieprzezroczystym). Po
naswietleniu matrycy przesuwa sie zebrane ladunki najpierw na te ciemna strone
(tak samo, jak je przesuwalismy w dol), a dopiero potem robaczkowo ciagnie w
dol. W tym czasie swiatlo moze sobie dalej padac, bo nowe ladunki nie dolacza
do tych transportowanych. Niestety, placimy za to tym, ze czesc sensora jest
nieczula na swiatlo. Rada na to (i nie tylko na to) sa tzw. mikrosoczewki,
ktore lapia swiatlo znad calego "pixela" i skupiaja je na tej mniejszej
swiatloczulej powierzchni. Czula powierzchnia jest mniejsza, ale dostaje
silniejsze swiatlo, wiec strata jest w duzym stopniu skompensowana.

Dobra. A co to ma do nas?
1. mamy wiecej etapow transportu. Wiecej mozliwosci przecieku elektronow.
2. Rozmiar pixela... Wlasnie... co okresla jak duzy jest ten pixel!? Przeciez
wzglednie sztywne granice mamy tylko po bokach...
Ano w duzej mierze rozmiar pixela wynika z sily pola i struktury
domieszkowania krzemu, to w efekcie daje jakby "dolek" energetyczny, gdzie
zbieraja sie elektrony. "dolki" powinny byc jednakowe, bo pixele sa jednakowe
w zalozeniu. Niestety jak rozmiar dolka zaczynaja okreslac relacje sil pola
elektrycznego, to nawet male zmiany w rozmiarach i polozeniu elektrod moga nam
te granice poprzesuwac. Stad przy zadanej dokladnosci procesu produkcji CCD
dostaniemy jakis, zadany blad rozmiarow pixela.

A jak to sie ma do fotografii?
Zalozmy, ze fotografujemy rownomiernie biala plame. Kazdy pixel powinien
dostac taka sama ilosc elektronow. Poniewaz niektore pixele sa wieksze, zbiora
ich wiecej (maja wiecej powierzchni na lapanie). Po odczytaniu i zmierzeniu
zostana zinterpretowane jako JASNIEJSZE. Dostaniemy na obrazie tzw. fixed
pattern noise, czyli szum, ktory sie nie zmienia w czasie. To jest ta czesc
szumu, ktora mozna programowo skompensowac prawie zawsze, wystarczy zrobic
jedna pomiarowa ekspozycje idealnie rownego naswietlenia i na tej podstawie
obliczyc potrzebne wspolczynniki. Jest to robione niejako przy okazji podczas
dark frame substraction.
Tolerancje produkcji sa dla jednej generacji matryc podobne, wiec im mniejszy
pixel tym wiekszy rozrzut rozmiarow. Czyli 8MPIX bedzie gorsze od 4, czy
5MPIX.

Nastepna sprawa to tzw. prad ciemny, czyli te elektrony, ktore pojawiaja sie
"znikad" i nie maja nic wspolnego z tymi "zrobionymi" przez fotony. Nie da sie
odroznic jednych od drugich, wiec policzone beda wszystkie. Prad ciemny dla
danej technologii mozna przyjac za "stochastyczny staly", wiec ilosc
dorzucanych elektronow ni z gruszki ni z pietruszki jest (liczac na
powierzchnie) staly. Samo w sobie nie stanowi to problemu, bo fotony tez sa
nam dane na cm2 powierzchni, wiec bez roznicy, czy wytniemy male, czy duze
pixele, S/N powinien byc podobny. Ale niestety prad ciemny wplywa nam nie
tylko z substratu, ale tez przecieka przez "granice" pixela, wiec im wiecej
tych granic nastawiamy tym bedzie gorzej.
W dodatku domieszkowanie substratu nie jest idealnie jednorodne, drobne
niejednorodnosci maja wieksza szanse sie usrednic w obrebie duzego pixela,
maly zas moze sobie wyciac akurat nieprzyjemny kawalek.
Z tego wszystkiego wychodzi nierownomiernosc pradu ciemnego miedzy pixelami...
Tym razem zjawisko daje co prawda staly rozklad szumu, ale silnie zalezny od
czasu naswietlania i od temperatury. Mozna to redukowac przez odejmowanie
ciemnej klatki (tzn. po normalnym zdjeciu robimy drugie, zbierajac tylko te
przecikajace elektrony i korygujac poprzedni pomiar).
Zasadniczo im wiecej MPIX tym gorzej, bo wiecej przypadkowych ladunkow trafia
do pixela.

Tyle o akwizycji obrazu. Teraz kwestia wydobycia elektronow juz zebranych.
Kazde przesuniecie ladunkow "o oczko" niesie ze soba ryzyko strat. Jest to
wyliczalne i stanowi parametr dla danej technologii. Im wiecej transferow
trzeba zrbic, tym wiekszy blad (wiekszy margines elektronow, ktore mogly
wsiaknac). Srednio na odczyt matrycy N*M pixeli trzeba N+M/2 transferow. Dla
5MPIX potrzeba okolo 3 tysiecy przesuniec, dla 8MPIX potrzeba ok. 4 tysiecy.
Niy tylko 30% roznicy, ale sprawnosc przeniesienia trzeba podniesc DO TAKIEJ
POTEGI aby dostac wynikowa sprawnosc transprtu!!!

Ostatecznie docieramy do wzmacniacza/konwertera ladunek/napiecie, czyli
naszego licznika elektronow. Tu nie ma przepros. Tu mamy z jednej strony wymog
szybkosci (nie mozemy czekac godziny na odczyt), a z drugiej - dokladnosci.
Szum na poziomie 5 elektronow to praktycznie marzenia. Wiec jesli cela jest
mniejsza, zbiera mniej elektronow, to tu jest kasa, gdzie sie za to placi.

Slowem: im wieksza rozdzielczosc, tym mniejsze efektywne fotocele, tym wiekszy
wplyw pradu ciemnego, tym mniejsza odpornosc na cieplo, tym wieksze grzanie
wlasne, tym wieksze straty transportu, tym mniejszy uzyteczny sygnal, slowem,
tym gorzej dla zdjec.

Co robia producenci?
Maja jeszcze kilka pol do manewru.
Goly CCD odbija 1/3 swiatla padajacego prostopadle i wiecej, gdy pod katem.
Mikrosoczewki niweluja drugi czlon problemu, a pokrycia antyodblaskowe z
dwutlenku hafnu daja redukcje pierwszego czlonu, ale sa upierdliwe w CCD
oswietlanych od frontu. Mozna zwiekszac precyzje wykonania i jakosc
domieszkowania, ale to wszystko to MINIMALIZACJA STRAT. Zmniejszymi fotocelami
zawsze dostaniemy mniej mozliwych elektronow na pixel.

Wydaje sie, ze ze wzgledu na dotychczasowa nieskalowalnosc wzmacniaczy
odczytu, problemy z pradami uplywu itd. optimum lezy okolo 5MPIX na 2/3",
powyzej szumy narastaja raptowniej.

To, czy szumy uwidocznia sie na zdjeciu to nie tylko sprawa matrycy.
Producenci zdaja sobie sprawe z gorszego S/N dla matryc 8MPIX i wszyscy (poza
Sony) zaprzegli wydajne algorytmy redukcji szumu, wiec zdjecia bywa, ze nie
wygladaja zle. Ale matryca nie ma "zapasu" na cienie, na wyzsze czulosci, wiec
sie mozna ugryzc.

 

Artykuły ogólne: Wykład gościnny IV - kolorki świata

 

Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl)
Temat:kolorki swiata [wyklad goscinny IV]
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto.cyfrowa
Data:2004-11-24 15:20:55 PST

[...]
O czym dzisiaj?
a niech będzie, że pociągniemy dalej temat matryc. Ale nie przejdę od
razu do CMOS, tylko będzie skok w bok, achronologicznie, alogicznie itp.
Będzie o kolorze, dynamice i postrzeganiu barw. Myślę, że tutaj Jacek
Zagaja miałby wiele do powiedzenia, na pewno mnie zgani za pobieżność,
ale niech będzie, że to dla tych mniej kumatych :)

ÂŻeby zrozumieć fotografię, trzeba zrozumieć własne oczy. Czyli zgłębić
nieco zasadę kolorowego widzenia. No dobra, widzenia w ogóle.
Zacznijmy od tego, że nasze oczy nie są prawie wcale czułe na kolor.
Tak, dobrze słyszeliście, jasne, to jest przesadzone. Jednak na prawdę
widzimy dużo wyraźniej jasność, niż barwy. Prędzej możemy rozróżnić dwie
kropki obok siebie, niż to, że jedna jest czerwona a druga zielona. To
sobie przyjmijmy za fakt i nie wnikajmy na razie dalej, na to przyjdzie
jeszcze czas.

Wspomniałem coś o kolorach...
Mamy 3 rodzaje sensorów koloru w oku... Czerwony, zielony i
niebieski.... prrr! stop. Tak nas nauczono mówić i to wpada już w
regułę. To nie są sensory reagujące na kolor!
Co to jest kolor?
Światło to mieszanka różnej długości fal elektromagnetycznych. Trochę
podobnie do dźwięku, który jest falą mechaniczną (uproszczenia warning).
Różne barwy głosu składają się z różnych tonów. Dudnienie basu to
głównie, ale nie wyłącznie niskie, wycie podstarzałej i przygłuchej
śpiewaczki operowej to raczej tony wysokie. Bardzo rzadko spotyka się
czyste, płaskie dźwięki w naturze - to raczej wytwór cywilizacji.
Podnieś słuchawkę - ten ton to 440Hz, jednolity, monotonny. Podobnie
jest ze światłem: niemalże nie ma w naturze światła o jednej jedynej,
czystej długości fali. Blisko tego są lasery, ale trudno zaliczyć je do
natury :) Barwa światła to to, jakie długości fal są w nim obecne. Jest
nieskońćzenie wiele kombinacji.

Nasze "sensory" światła nie są bardzo selektywne (tak się mówi o
sensorze, który reaguje tylko na jeden rodzaj "sygnału" - tu na jedną
długość fali). To, o czym mówimy, że reaguje na zielone, "piszczy"
najsilniej oświetlone światłem w okolicach 560nm, a dużo słabiej "po
bokach" - w kierunku 400 czy 700nm. Dużo słabiej, to nie znaczy, że
wcale! Jeśli oświetlimy nasz "zielony" czujnik światłem czerwonym
(okolice 660 - 750nm) lub niebieskim (450nm) TEÂŻ zareaguje. Tylko
SÂŁABIEJ.

Dzięki temu możemy w ogóle widzieć tęczę.

Weźmy teraz dla przykładu światło ÂŻÓÂŁTE. 575-600nm. Pobudzi zarówno nasz
"zielony" jak i nasz "czerwony" fotodetektor. Mózg zakłada, że jest to
światło żółte.
Jeśli weźmiemy dwie lampki, czerwoną i zieloną i umieścimy blisko
siebie, zobaczymy je z daleka jako żółtą.
Jeśli zaczniemy je oddalać od siebie, to patrząc na nie kątem oka (a nie
centralnie) najpierw rozdzielą się nam na _dwie_ _żółte_ lampki, a
dopiero potem staną zieloną i czerwoną.
Mieszanka czerwonego i zielonego drażni w równym stopniu receptory
"czerwony" i "zielony". Tak samo, jak żółte światło. Mimo iż "kolor"
("skład" światła) się zmienił, jego percepcja - nie.

dobra. Mam nadzieję, że przynajmniej z gruntu się zrozumieliśmy.
Czas pójść dalej. Na razie porozmawialiśmy sobie o kolorze ŚWIATÂŁA. Ale
co nas najczęściej interesuje na zdjęciu to kolory przedmiotów!

Co to znaczy, że powierzchnia ma jakiś kolor?

W zależności od swojej struktury materiały _odbijają_ różne długości
fali różnie. Czerwony kapturek odbija bardzo dobrze światło z okolic
"czerwieni" (680nm) i dużo gorzej światło "niebieskie" (okolice 450nm).
W świetle dziennym zobaczymy go jako czerownego.
Zauważcie, że napisałem "w świetle dziennym". To, jak postrzegamy kolory
sceny zależy od światła, które ją oświetla! Jeśli weźmiemy silnie
monochromatyczną lampę świecącą na niebiesko, to... kapturek "zmieni
kolor". Po prostu ten czerwony materiał źle odbija światło niebieskie,
ale jednak odbija, a z kolei światła czerwonego, które odbija bardzo
dobrze, nasza lampa nie wysyła "w ogóle", więc do oka dochodzi tylko
odbite, słabe, niebieskie światło i drażni je tak, że widzimy... ciemny,
niebieski kapturek.
W pewnych granicach nasz mózg kompensuje ten wpływ. Jeśli światło nie
jest tak silnie "zabarwione", a w scenie znajdują się przedmioty o
znanych barwach, mózg automatcznie rozpozna kolor światła i "odejmie" go
od tego, co melduje oko. Dzięki temu biała kartka wydaje się biała i
rano i w południe i wieczorem.
To się fachowo nazywa balans bieli. Ten biologiczny...

Jeśli użyjemy perfekcyjnego urządzenia, które "zamrozi" wpadające do oka
światło, tak jak ono jest, idealnie, i przeniesie jakoś na papier, to
takie "aptekarskie" zdjęcie będzie wyglądało Â?LE.
Dlaczego?
Póki jesteśmy "w scenie" działa wbudowana w nasz mózg kompensacja koloru
światła. Jeśli oglądamy to samo na papierze, przeważnie oświetlenie jest
już inne. Mózg kompensuje to inne oświetlenie, z tym nie ma problemu,
więc widzimy dobrze kolory, które S¡ na tym papierze, niestety w naszym
przypadku nie są to prawdziwe kolory SCENY, tylko kombinacja wynikająca
z barwy światła oświetlającego scenę i tego, jak przedmioty w scenie
odbijały światło.
Nasz błąd polega na tym, że nie uwzględniliśmy profilu światła, którym
scena była oświetlona. To się nazywa balans bieli. Ten fotograficzny...
brzmi znajomo, co? Jednak coś trzeba zrobić na piechotę...

Jeśli uda nam się ustalić jaki jest "skład" światła padającego na
obiekt, możemy obliczyć, jaki jest na prawdę "kolor" tej powierzchni.
Jeśli wiemy, jak ta powierzchnia odbija światło, możemy tak zabarwić
papier fotograficzny, żeby odbijał światło tak samo. Wtedy niezależnie
od oświetlenia, przy którym fotografię oglądamy, kolory będą wyglądać
prawdziwie - mózg skompensuje to oświetlenie, zobaczymy kolory tak,
jakbyśmy je widzieli w rzeczywistości.

proste? Jak świński ogon przedłużony drutem kolczastym.

_Załóżmy_, że naszym celem jest _wierna_ oryginalnemu obrazowi
fotografia. Czyli niekoniecznie artystyczna.

Dobry papier fotograficzny to biały papier. Czyli neutralny. Jeśli go
naświetlimy do oporu, ma być czarny i nie odbijać nic, jak zostawiy
kawałek nienaświetlony, to powinien odbijać równie dobrze światło o
dowolnej długości fali. Załóżmy, że mamy ten ideał, analogowa część nas
nie interesuje chwilowo.

Zgromadziliśmy już całkiem sporą kupkę oderwanych informacji, które z
fotografią wydają się mieć luźny zwiazek, trzebaby coś konkretnego
zacząć pisać, nie?
No to wio. Wiemy, że światło białe ma widmo ciągłe, wiemy, że nasze
sensory nie działają nader selektywnie i samplują dość szeroko w widmie.
Wiemy, że wrażenie koloru powstaje poprzez różne stopnie pobudzenia
trzech rodzajów sensorów o maksimach czułości w okolicach 420nm
(niebieski) zielony (530nm) i czerwony (maksimum na 560nm, właściwie to
to jest żółtawy, a wrażenie czystego czerwonego jest gdy różnica między
tym, co czuje zielony i czerwony wzrasta, choć nie jest to wtedy
maksimum czułości).
Czyli zasadniczo możemy okantować oko mieszając mu trzy kolory i ono
"zobaczy" dowolny kolor tęczy.

W poprzednim odcinku Wykładów Gościnnych nabazgrałem o sensorach CCD.
Pisałem o czułości i łapaniu fotonów i robieniu elektronów. Nie
napisałem nic o rozróżnianiu barw, bo... sensor sam z siebie ich nie
rozróżnia. Każdy pixel potrafi tylko z grubsza określić ile fotonów
dotarło do niego. Nie wie nic o ich energii, a zatem o długości fali.
Możemy jednak wykorzystać oszczędność Mamuśki Natury...
Jako, że nasze oko nie rozróżnia dowolnych barw, a tylko intensywność
trzech składowych, możemy zrobić tak, aby sensor oglądał świat tak samo,
jak nasze oczy - to znaczy rejestrował, jak silnie w danym miejscu
obrazu pobudzany byłby biologiczny czujnik "czerwonego", jak
"niebieskiego" i jak "zielonego". Wystarczy nałożyć na każdego pixela
kolorowy filtr o charakterystyce zbliżonej do odpowiedniego "czujnika"
oka. Problem polega jednak na tym, że krzem jest mało czuły na światło w
głębokiej czerwieni i bliskiej podczerwieni, a z kolei struktury
naniesione na powierzchnię krzemu ograniczają docieranie światła o
krótkich falach, czyli fiolet i bliskie UV. Stąd też wiele aparatów źle
oddaje głębokie fiolety i "ciekawe" czerwienie. Poza tym plan się prawie
udał. W zależności od jakoci filtrów jest lepiej lub gorzej, ale jest.
Co nas to kosztuje?
No primo, filtr kradnie "trochę" światła dla siebie. Secundo jeden pixel
widzi na raz tylko jedną składową.
Co do pierwszego - no nie ma rady, jak nie interesują nas wszystkie
fotony, to część musimy wyrzucić, albo rybki albo pipki, jedyne
rozwiązanie, które tego nie robi, to ten Sigmowski wynalazek p/t Foveon,
ale on za uszami swoje też ma.
Drugie to... nie problem. Nasze oko też w każdym punkcie widzi tylko
jedną składową, jeśli w ogóle jakąś widzi, bo bardzo dużo sensorów w
ogóle koloru nie wyczuwa. Na tym zasadza się wynalazek zwany matrycą
Bayerowską. Sensory czułe na zielony, czerwony i niebieski pakujemy na
przemian blisko siebie, dla wynikowego obrazu JASNOŚĂ? punktu bierzemy z
jasności zmierzonej przez pixel (nieważne, że wiemy tylko o jasności np.
czerwieni, zakładamy, że jest reprezentatywna) a KOLOR liczymy z
kombinacji danych z tego sensora i okolicznych.
Taki manewr pozwala ROZRÓÂŻNIĂ? dwa punkty odległe od siebie o 2 pixele,
ale KOLOR dostrzec dopiero gdy są większe i dalej od siebie. Taaa... A
nasze oko to co? Ano to samo. CZyli jeśli nie przeginamy pały i pixel z
aparatu przeniesiony na papier, przy oglądaniu będzie na siatkówce
podobnych rozmiarów jak pojedyncza światłoczuła komórka oka (w skrócie:
jak fotka będzie miała około 250-300DPI :D), to nie da się zauważyć, że
kolor jest mniej dokładnie mierzony.

Dobra. Doszliśmy nieco po łebkach to wspomnianego na początku
aptekarskiego zdjęcia. Mamy narzędzie, które pozwala stwierdzić, ile i
jakie światło ze sceny przychodzi. Jeśli zrobimy pstryk i przeniesiemy
dane na papier, kolory będą nienaturalne. I tu pojawia się coś, co różni
dość mocno aparaty producentów typu Pentagram od aparatów producentów,
któzy w temacie doswiadczenie mają: rzeczony balans bieli.

Gdy używamy własnych oczu mózg korzysta z pamięci, aby zgadnąć, jaki
kolor ma światło w danej scenie. Jeśli widzimy wszystkich ludzi z
zielonymi twarzami to (o ile nie jesteśmy na łajbie, którą nieco buja)
najpewniej światło jest zielone. Jeśli światło bardzo różni się od
słonecznego, nasz własny "procesor" nie zrobi nam neutralnych kolorów,
ale w dużym stopniu efekt oświetlenia usunie. Można się o tym łatwo
przekonać - zrobić zdjęcie aparatem z WB na sztywno na światło żarowe,
wziąć burdelowoczeroną żarówkę, pstryk: było czerwono, ale na zdjęciu
wygląda bużo bardziej czerwono, nie?
Aparat na AWB musi zrobić to samo, co nasz mózg załatwia w tle -
zgadnąć, jakie światło panuje w scenie. Niestety nie jest dość
inteligentny, żeby umieć odróżnić, że to jest kumpel, powinien być
różowojasny, to ściana, ten zielonkawy kolor to prawdziwy, a to nasz
kolega z Konga i nie ma co kombinować, on taki czarny z natury.
Najprostszy algorytm zakłada, że scena jest "średnio szara", tj. suma
wszystkich barw z wszystkich pixeli daje w sumie biel. Na tej podstawie
oblicza się, jakiego koloru światła było w scenie więcej, jakiego mniej
i próbuje dopasować kilka typowych źródeł oświetlenia - żarowe,
jarzeniowe, słoneczne, skylight (rozproszone światło "z nieba"). To
zdaje egzamin na imieninach u Cioci, ale rezultaty i tak bywają różne.
Aparaty, które mają możliwość ustawienia ręcznego balansu bieli bazują
na fotografii szarej/białej kartki - zakłada się, że całe spektrum
odbijane jest od niej tak samo, więc to, co matryca dostaje to kolor
samego źródła światła - można go wtedy określić bardzo dokładnie.

Niestety wszystko to i tak diabli biorą, jak źródeł światła w scenie
jest kilka i to różnych (np. rodzinka w domu przy żarówkach, na tarasie
światło pochodni, a ogród oświetlony zachodzącym słońcem). Na to nie ma
mocnych, aparat tego dobrze sam nie zrobi, nasz łepetyna też sobie źle
radzi - patrz oświetlone czerwono mięso w hipermarketach + halogeny nad
jarzynkami... a hala oświetlona zimnym, świetlówkowym światłem... :P

No i super. Zrobiliśmy co się dało, ale... przydałoby się pokręcić,
zobaczyć te zdjęcia, w końcu mamy komputer, możemy zobaczyć coś na
ekranie... nie?
No niby...
Ale jest taki problem: Ekran monitora nie odbija swiatła. On świeci
własnym światłem.
A nasza maszynka do eliminowania wpływu oświetlenia działa nadal (!!!!)
Ewolucja zmajstrowała nam tę maszynkę zanim wymyśliliśmy monitory.
Zakłada, że jak coś świeci, to odbija światło otoczenia. Czyli aby
dobrze widzieć kolory na ekranie, "białe" powinno wyglądać tak, jakby od
białej kartki odbijało się światło w pokoju. Stąd zalecenie, aby monitor
ustawić na punkt bieli 6500K. Światło słońca w pogodny dzień ma właśnie
temperaturę barwową około 6500K, więc w pokoju oświetlonym dziennym
światłem białe pole na monitorze będzie postrzegane jako prawidłowo
białe, jeśli będzie świecić też 6500k.
Oczywiście, jeśli pracujemy przy zwykłych żarówkach (światło poniżej
3000K), postrzeganie barw będzie nieco zakłócone - biel będzie wyglądać
zimniej niż powinna...

 

Artykuły ogólne: Wykład gościnny V (skrócony) - jaką wielkość ma piksel?

 

Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl)
Temat:Re: Jaką wielkość ma piksel? [skrocony wyklad goscinny V]
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto.cyfrowa
Data:2005-02-04 06:51:10 PST


Czarek [Wawa] napisał(a):

> No właśnie :-) Milimetr mogę sobie zobaczyć, gram wziąć w rękę itd, a
> jaką wielkość ma piksel? Wiem, że 1 piksel, ale może ktoś poda w
> jakichś sensowniejszych jednostakch :-)

Juz chyba kazdy napisal co o tym sadzi, wiec ja - nie wnikajac co gdzie i
kiedy - sprobuje to troche usystematyzowac.

Pixel jest bezposrednim zlepkiem od Picture Element, czyli fragment obrazu.
Jest w technice cyfrowej tym samym dla obrazu, czym probka (sample) dla
dzwieku.
Przyrownac to mozna w pewnym sensie do pojedynczego ziarna emulsji -
mniejszego detalu nie zarejestrujesz.

Geometrycznego sensu pixel nie ma. Jego najblizszym odpowiednikiem jest -
czesto mylnie nazywane pixelem - 'photosite' matrycy, czyli pojedynczy czujnik
swiatla.

Rozwazmy przez chwile droge sygnalu od momentu, gdy jest swiatlem odbijajacym
sie po scenie do momentu, gdy zostanie przedstawiony na odbitce "cyfrowej".
Dla uproszczenia zanalizujmy tylko jedna "linie" obrazu, zeby uniknac
zlozonosci zwiazanej z odwzorowaniem R2 [x,y] -> R3 [Y,U,V].

Porzyjmijmy tez do wiadomosci, ze mimo, iz oko ludzkie wyposazone jest w
sensory skladowych R, G i B, to uklad oko+mozg postrzega obraz w kategoriach
luminancji (jasnosc) i chrominancji (barwa).
Ujmujac to nieco analogowo nasze oczy widza jak "kanapka" z drobnoziarnistego
i wysokoczulego materialu cz/b z podlozonym chamskim, ziarnistym negatywem
ORWO przeterminowanym o trzydziesci lat.

Co jest zadaniem techniki w fotografii? Wziac rozklad jasnosci i barwy w
scenie tak, jak "widzi" to optyka kamery i "zamrozic" a nastepnie odtowrzyc
dla widza. Biorac pojedynczy "plasterek" sceny dostajemy linie o wahajacej sie
luminancji i chrominancji. Te zmiany nalezy zarejestrowac. W analogu ta linia
pada na warstwe(y) emulsji swiatloczulej i prowadzi do odpowiedniego
zaczernienia/zabarwienia/zasyfienia/whatever przezroczystego negatywu. W
technice cyfrowej rozklad musi zostac zdyskretyzowany przestrzenie i
amplitudowo, tzn. nalezy zmierzyc wartosc (natezenie) padajacego swiatla w
(najlepiej) rownych odstepach, a zmierzone wartosci zamienic na liczby
calkowite. Kazda taka kompletna probka to pojedynczy PIXEL.
W przypadku normalnych matryc krzemowych kwantyzacja przestrzenna zalatwiona
jest przez podzial powierzchni swiatloczulej na poletka o okreslonej
powierdzchni i lokalizacji - to zalatwia kwantyzacje przestrzeni. Kwantyzacja
wartosci jest zalatwiana za nas, bo swiatlo ma nature dyskretna i pol fotonu
pasn nie moze, ergo, liczba elektronow musi byc calkowita. Poniewaz liczenie
elektronow odbywa sie w sposob niedokladny, to efektywna rozdzielczosc
kwantyzacji amplitudy spada o nastepne n rzedow wielkosci, n>0.
Poniewaz pixele sa monochromatyczne, to na kazdy photosite dostajemy
przyblizona informacje o luminancji, ale dla info o chromie potrzeba kwadratu
4 pixeli, ergo, zapisanie 4MPix na podstawie info z 4Mphotosites jest lekkim
naciaganiem, ale zostalo uwzglednione np. w zapisie JPEG, ktory domyslnie na 4
pixele zapisuje lume o 4, a chrome o 2, lub wrecz tylko o 1 (zapis 4:2:2 i 4:
1:1, znane rowniez jako color channel subsample).

Teraz nalezy sobie przypomniec twierdzenia Nyquista i tak dalej, to znaczy,
jesli bierzemy n probek na jednostke dlugosci, to najmniejszy dostrzegalny
detal nie powinien byc mniejszy niz 2*jednostka / n, ergo, primo, sygnal
nalezy przed samplowaniem filtrowac (rozmazujac lekko detale, czyli zacierajac
szczegoly zbyt male do poprawnego zanalizowania), secundo, filtrowanie nalezy
zaprowadzic rowniez przy ODTWARZANIU. Mianowicie postrzeganie pixela jako
kwadracika jednej barwy jest bzdura: sugeruje, ze moglismy zaobserwowac i
zapisac tak drobny detal, jak raptowna zmiane koloru przy przejsciu od 1 do 2
photosite. Przy naswietlaniu papieru jest to oczywiste: nie ma doskonalych
obiektywow, wiec jesli wyswietlimy nasze zdjecie "kwadracikami" na papier, to
na papier juz nie dojda kwadraciki, tylko nieco rozmyte plamki i przy
odpowiednim rozmyciu zdjecie bedzie wygladalo ostro.
Na monitorze CRT sprawa jest jeszcze prostsza: sygnal cyfrowy - wartosci
kolejnych pixeli - zamieniany jest na analogowy (wartosc napiecia sterujacego
dzialem elektronowym), filtrowany i pchany w rure, ergo nie ma szans na
schodki. To jest tez przyczyna, dla ktorej fotografie na monitorze LCD
podpietym po DVI wygladaja koszmarnie - brakuje filtrowania kantow na wyjsciu,
sygnal jest odtwarzany bez ograniczenia pasma i widac w nim szum kwantyzacji -
ostre krawedzie pixeli.




Teraz uzupelnienie co do kwantyzacji przestrzennej, ktora moznaby rozumiec,
jako "wielkosc pixela" - w takim samym znaczeniu, jak rozumie sie
"czestotliwosc probkowania" dla dzwieku.
Ze wzgledu na to, ze fotografujac obserwacje prowadzimy wglab wycinka kuli,
ostroslupa czworokatnego, rozdzielczosc w sensie punktow/mm jest nieco
abstrakcyjna, znaczenie ma rozdzielczosc przestrzenna, to znaczy, ile probek
na kat brylowy objety przez ten ostroslup mozemy wziac. Dlatego rozdzielczosc
aparatow przyjelo sie okreslac w pixelach (megapixelach aktualnie) - 6MP
okresla, ze kat widzenia ciety jest na 6 milionow czesci i dla kazdej z nich z
osobna okreslana jest wartosc pixela. Przy zalozeniu okreslonego pola
widzenia, na przyklad odpowiadajacego temu, jakie obejmuje fotografia
maloobrazkowa przy f=50mm, fizyczny rozmiar pixela zalezal bedzie od
odleglosci plaszczyzny fokalnej od punktu kardynalnego tylnego obiektywu.
Tu trafiamy na zderzenie optymalizacji procesu krzemowego oraz inzynierii
optyki. Z jednej strony im mniejsza matryca, tym tansza - w krzemie placi sie
za wielkosc talerza, a nie za to, co na nim siedzi. To prowadzi do tendencji
do skracania ogniskowej, przesuniecia plaszczyzny fokalnej blizej optyki,
zadany kat brylowy obejmuje wtedy mniejsza powierzchnie plaszczyzny fokalnej,
matryca moze byc mniejsza, a rozmiar pixela - powiazany z rozmiarem photosite
- spada. Dla danej calkowitej liczby pixeli kat brylowy objety przez dany
pixel pozostaje staly. Odsuniecie matrycy od optyki daje wieksze rozmiary
photosites, wieksze liniowe odstepy miedzy pixelami, wymaga optyki o dluzszej
ogniskowej i - dla danej jasnosci - wiekszych elementow optycznych. W zamian
przy tej samej rozdzielczosci katowej mamy wieksze fizycznie photosites, wiec
kwantyzacja amplitudy sygnalu moze zostac przeprowadzona dokladniej - przy tej
samej ekspozycji mamy do dyspozycji wiecej elektronow.

 

Artykuły ogólne: Wykład gościnny VI - o sensorach CMOS

 

Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl)
Temat:o sensorach CMOS [Wykład gościnny VI]
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto.cyfrowa
Data:2005-02-22 05:29:20 PST

Długo obiecywana kontynuacja kwestii matryc, rozpoczęta tutaj:
http://groups-beta.google.com/group/pl.rec.foto.cyfrowa/msg/47b8e4e5ebfc68b0
Dzisiaj - o co chodzi z CMOS?

Sensory CMOS pojawiły się jeszcze wcześniej niż CCD, już w późnych latach 60-
tych. Wynalazek CCD datowany jest na ~1970.
CCD na początku zdominowało rynek ze względu na lepszą jakość dostarczanego
obrazu: chip mimo dość drogiej produkcji (nietypowy proces, inny niż
standardowych scalaków) jest strukturalnie w miarę prosty. Wada CCD jest w
niego niejako z definicji wbudowana: żeby zgromadzony ładunek zmierzyć, trzeba
go wyprowadzić poza obręb matrycy. Ze względu na proces produkcji nie można
zintegrować elektroniki sterującej matrycą na tym samym klocku krzemu, więc
primo układ się komplikuje (zewnętrzne scalaki są niezbędne), a secundo szumy
wywołane utratą ładunku w transporcie są nie do wyeliminowania.
O co poszło najpierw? O pieniądze oczywiście.
Pierwszy renesans CMOSów nastąpił w momencie integracji kamer we wszystko co
się rusza. Jeśli coś ma być tanie nie może zawierać 4 scalaków i
kilkudziesięciu pierdół i na czubek żreć wata mocy. Tak, CCD żrą prądu ile
wlezie.
CMOS, mimo podówczas znacząco gorszej jakości obrazu, miały tę zaletę, że na
jednym kawałku krzemu dało się upchnąć wszystko - sensor, elektronikę nim
sterujacą, wzmacniacze, ADC, a na koniec to wszystko wymagało tylko jednego
zasilania 3.3V i paru mA prądu.

Przeskakując kawałek historii zajmijmy się tym, co się dzieje obecnie:
Mamy rozwiniętą technologię CCD, która nadal dostarcza bardzo dobrego obrazu.
Wszystkie kompakty mają chipy CCD. Dlaczego ktoś się w ogóle pcha z
lustrzankami w CMOS, zamiast udoskonalić CCD?
O co idzie teraz? O pieniądze oczywiście...

CMOSy można robić na jednym waflu z innymi scalakami. CCD nie. Póki mowa o
formacie paznokcia, takich sensorów mieści się na waflu DUÂŻO. Odpad z
okrągłego plastra krzemu można odżałować.
Ale jak mamy robić sensory o rozmiarze klatki, to jakby z tych okrągłych wafli
mniej daje wykroić. W dodatku ciąg produkcji CMOS jest unormowany, znany i
rozwijany przy okazji robienia coraz szybszych CPU. CMOS zrobić jest
zwyczajnie taniej.
Ale samo to nie byłoby wystarczającym powodem do pchnięcia nowej-starej
technologii na stół defibrylacyjny.
CCD są dobre póki są małe. Przy małych pixelach CMOS daje dupy, bo wymaga
bardziej skomplikowanej struktury która kradnie przestrzeń światłoczułą. Ale
gdy rozmiar matrycy rośnie ta różnica zanika, za to CCD zaczynają chorować na
pojemności elektrod sterujących - wymagają coraz wyższych napięć sterowania i
coraz większych prądów aby utrzymać sensowną prędkość odczytu i nie tracić
danych po drodze. Poza tym defekt (hotpixel to jeszcze nie defekt)
pojedynczego pixela CCD najczesciej ubija całą linię, CMOS - niekoniecznie.

Więc co różni konstukcyjnie CCD i CMOS?

w CMOS APS (APS = Active Pixel Structure, nie chodzi o rozmiar chipu) ładunek
nie jest wyprowadzany ze studni potencjału pixela w momencie odczytu, tylko
"ważony na miejscu" a "wynoszona" jest już informacja o jego wielkości. To
pozwala na ten przykład czytać pixele w dowolnej kolejności. Pozwala też
kilkukrotnie odczytać ten sam pixel bez zmieniania jego wartości.
Jak?
W sensorze CMOS-APS w odróżnieniu od CCD nie mamy jednej wielkiej powierzchni
zbierania ładunku, bo nie ma potrzeby tego ładunku potem ruszać. Chip stawiany
jest na substracie P, tak jak CCD, na środku każdego pixela wstawiany jest
kawałek N tworząc diodę. To jest nasza fotodioda. Jest zauważalnie mniejsza od
powierzchni pixela, o tym później. W kącie, możliwie małe, upchnięte są trzy
tranzystory MOS:
schemat: http://img146.exs.cx/img146/1255/photosite8kj.jpg
jeden (M1) na żądanie podłącza "rdzeń" (fotodiodę) do (+) zasilania. To jest
reset pixela - wszystkie zgromadzone elektrony uciekają.
drugi (M2) jest bardzo istotny: to jest nasza "waga" do zgromadzonego ładunku.
W zależności od wielkości ładunku zgromadzonego w obrębie fotodiody przewodzi
on lepiej lub gorzej, tym samym wzmacniając "złapany" sygnał.
trzeci (M3) na żądanie podłącza wyjście z (M2) do wyjścia matrycy. Pozwala
wybrać, który wiersz w danym momencie będzie czytany.

Bramki tranzystorów (M3-select) każdego pixela połączone są wierszami.
Uaktywnia się zawsze na raz cały wiersz.
Tak samo bramki sterujące (M1-reset) - kasuje się też cały wiersz na raz,
zazwyczaj zaraz po odczytaniu.
"czytać" dany wiersz można dowolna ilość razy, czytanie nie zabiera nam
stamtąd ładunku.
Wyjścia pixeli (output) połączone są kolumnami. Czyta się na raz tylko jeden
wiersz i cały jeden wiersz.

Wspomniałem wcześniej, że fotodioda jest mniejsza niż powierzchnia pixela.
Czas powiedzieć, dlaczego:
"czytający" tranzystor (M2) reaguje na napięcie na fotodiodzie.
To napięcie zależy od zgromadzonego ładunku oraz od elektrycznej pojemności
fotodiody. Gromadzi się ładunek łatwiej, gdy fotodioda jest większa, ale
jednocześnie ma ona wtedy większą pojemność i zmiany napięcia są małe.
Jednocześnie ładunki "złapane" niedaleko od fotodiody mają tendencję
"dryfowania" w jej kierunku. W efekcie rozmiar "czujnika" wybiera się tak,
żeby był mozliwie mały, ale jeszcze zbierał "wałęsające się" ładunki z całej
powierzchni pixela.

No dobra. Jak dotychczas wygląda przyjemnie, nie? Nie trzeba przepychać
ładunków, po prostu wybiera się wiersz i dostaje napięcie proporcjonalne do
ilości schwytancyh fotonów. Można przeczytać sobie dowolny jeden wiersz, można
dowolny jeden skasować, potem następny, skasować, potem dowolny inny itd. To
gdzie jest ten zdechły szczur?

Primo: tranzystory zajmują powierzchnię. Gęstość struktury rośnie z dnia na
dzień i w tej chwili już te trzy tranzystory nie zajmują 1/3 powierzchni
pixela, ale nie ma mowy o upchaniu 6MPIX na matrycy 1/4".
6MPIX sensor potrzebuje 18 milionów tranzystorów. To więcej niż Pentium II -
ten opędzał się ca. 8 milionami.
Secundo: większa ilość złącz p-n w okolicy pixela oznacza więcej dziur,
którymi ładunek może nam uciec.
Tertio: w CCD ładunek każdego pixela "ważony" jest tą samą "wagą". Jak ona
oszukuje, to cały obraz jest jaśniejszy albo ciemniejszy, ale równomiernie.
Tutaj każdy pixel ma własną wagę, więc jeśli nie uda się zrobić ich wszystkich
identycznych, to mamy wbudowany na stałe "szum" wzmocnienia.

Trzeci problem, mimo, że wygląda na najgorszy, takim ne jest - nawet, jeśli
nasze wagi się "rozjezdżają" wystarczy, że sensor zostanie raz skalibrowany
(oświetlony równomiernie i sczytany), żeby wiedzieć, jakie są mnożniki dla
poszczególnych pixeli. Tablica korekcji to kilka MB, ale nie jest to coś, co
by w dzisiejszych czasach sprawiało trudności.

Problem ciemnego prądu (ucieczki elektronów) jest w nowoczesnych sensorach
CMOS opanowany nie gorzej, niż CCD. Sporo źródeł podaje go jako "znacznie
większy", niż w przypadku CCD, ale dotyczy to raczej sytuacji, gdy porówna się
co _można_ osiągnąć w danej technologii, a nie _co można dostać za te same
pieniądze_.
Jeśli mówimy o długoterminowych ekspozycjach w teleskopach astronomicznych, to
CCD mogą w tej chwili więcej, ale primo, żeby to osiągnąć, siedzą na aktywnym
chłodzeniu, secundo, kosztują odpowiednio, tertio nikt nie przejmuje się
walniętymi kilkoma kolumnami pixeli no i quatro, nie są w stanie lecieć 5
klatek na sekundę full-res. Nie nasza liga.

Kwestia zabierania powierzchni przez dodatkowe struktury straciła nieco na
znaczeniu w ciągu ostatnich lat, bo powiedzmy, że tranzystory umiemy już robić
'dosyć małe'. Poza tym nie musimy, jak w CCD, nakrywać części chipa metalem,
bo wałęsające sięładunki nie są groźne - nie mogą dołączyć do żadnej karnej
kolonii z przeciwległego końca matrycy, a conajwyżej do najbliższego pixela,
gdzie i tak należą --> nawet obszar tranzystorów jest w pewnym, niewielkim
stopniu światłoczuły.

Gdy zejdziemy z porównywaniem CCD vs. CMOS do rozmiaru i zastosowania klatki
filmu (APS czy 35mm), CMOS wykazuje parę poważnych zalet:
- nawet poważnie uszkodzony pixel (dopóki nie zacznie przeciekać M3 można
rozwalić w pixelu praktycznie wszystko) nie wpływa na odczyt kolumny, w której
się znajduje. Matryca o dużej powierzchni BĂŠDZIE zawierać kilka defektów.
Szanse, że te defekty ubiją CCD są większe niż to, że ubiją CMOS.
- CMOS można odczytać szybciej. Odczytanie całej linii wymaga tylko
wysterowania linii [SELECT] i to niskim napięciem.
- blooming dotyczy CMOSów w duuużo mniejszym zakresie - pixele nie są
rozdzielone tylko polem elektrycznym elektrody na wierzchu (ccd), tylko
stanowią odrębne struktury.
- przy zwiększaniu rozdzielczości nie rosną straty związane z
przepompowywaniem ładunku w kółko
- cmosy chodzą już przy zasilaniu 3.3-5V, a nie +9/-15V czy t.p.
- wstępna obróbka sygnału może odbywać się już w obrębie samej matrycy.
- tak samo generacja sygnałów sterujacych, timingów itd.

przerwa, czas na pytania. Dziękuję za uwagę...

---- Linki
o budowie photosite:
http://www.ee.bgu.ac.il/~Orly_lab/publictions/Photoresponse%20analysis%20and%20pixel%20shape%20optimization.pdfo CMOS 14MPIX:
http://www.fillfactory.com/htm/technology/pdf/2004x14.pdf
o różnych podejściach do tematu sensorów:
http://www.fillfactory.com/htm/technology/pdf/pw00concepts.pdf
o ograniczeniach technologii:
http://www.fillfactory.com/htm/technology/pdf/pw00limits.pdf
Coś dla miłośników kopania się z analogiem po dupach - uwaga, dokument z 1999
roku, CMOS jest teraz sporo lepszy niż to, co tam piszą:
http://www.fillfactory.com/htm/technology/pdf/oeepe99.pdf

 

Artykuły ogólne: Wykład gościnny VII, część I - po łebkach o obrazie i obiektywie

 

Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl)
Temat:Wykład gościnny VII, część I - po łebkach o obrazie i obiektywie
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto.cyfrowa
Data: Śr. 20 Kwi. 2005 08:30

Wykład gościnny VII, część I - czyli po łebkach o obrazie i obiektywie.

Początkowo zamierzałem ten artykuł przerobić nieco i przede wszystkim napisać
więcej niż sam wstęp, zanim opublikuję, ale jako, że na razie czas mam wolny w
małych kawałkach, nie sprzyja to pracy, więc wysyłam jak jest. To jest wstęp
dla raczej początkujących, więc proszę, uzupełniajcie go, a nie krytykujcie
"nie wspomniałeś... nie piszesz..." bo ja wiem, że nieskończenie wielu rzeczy
tu nie ma nawet zaznaczonych. Albo je opiszecie, albo czekajcie na dalsze
części, gdzie może wlezę głębiej w temat - to jest próba obrazowego
przedstawienia, co ma robić obiektyw...

A po co komu obiektyw?

Zacznijmy od początku:
Fotografia narodziła się jako metoda "zapamiętania" obrazu, który widzą nasze
oczy. Jasne, rozwija się już od swych początków jako dziedzina sztuki, ale
ułatwmy sobie życie i zacznijmy od tych "prostych" zastosowań, gdzie nie
trzeba dorabiać teorii do metafizyki na temat praktyki.

Na dobry start przyjmijmy raz a dobrze do wiadomości: fotografia nie ma nic
wspólnego z obrazowaniem rzeczy takimi, jakie S¡. To jest w najlepszym wypadku
obrazowanie ich tak, jak je WIDZIMY.
Spójrzmy przed siebie - zamknijmy jedno oko, żeby utracić widzenie
trójwymiarowe. Jak powstaje obraz, który rejestrujemy?

Tak, wiem, to są podstawy ze szkoły jeszcze, ale czytajcie dalej, będzie
więcej...

Uprośćmy najpierw kwestię do minimum: wyobraźmy sobie prostą linię, promień
światła biegnący od każdego punktu widzianych obiektów w kierunku naszego oka.
Wszystkie promienie, które dotrą do niego (nie zostaną zatrzymane po drodze
przez inne, bliższe przedmioty) przecinają się w jednym punkcie - w "źrenicy"
naszego oka i za nią zaczynają rozbiegać się na nowo - i trafiają na
siatkówkę. Odwzorowanie punkt-punkt. Punkt "świata" -> punkt na siatkówce. Nie
liczy się odległość, tylko kierunek, z którego promień nadchodzi.
Promienie, światła, które biegną w innych kierunkach niż dokładnie w naszą
źrenicę, nie mają znaczenia, nie trafiają do niej, nie tworzą obrazu.
Nie wnikajmy jeszcze przez chwilę głębiej w budowę oka, tylko spróbujmy to
zastosować w praktyce: Camera obscura, obiektyw otworkowy:

Kawałek blachy w blasze dziurka. Nieskończenie mała dziurka, żeby się
przecisnął tylko "jeden promyk światła" ;P
Za blachą - błona filmowa. Przed blachą: nasza fotografowana scena. Do danego
punktu kliszy dociera tylko ten promyk światła, który pochodzi z miejsca na
przedłużeniu prostej: punkt-otworek. Idealne, perfekcyjne, niestety
bezużyteczne: po pierwsze nieskończenie mały otworek to nieskończenie mało
przechodzącego światła, a secundo: na krawędziach otworu światło ugina się,
przestaje na chwilę biec prostoliniowo, więc nie mamy "promyka" tylko
"rozlazłe dziadostwo".
Co robić? Najpierw zwiększmy otworek. Odrobinę. Tak, żeby ugięcie światła
przestało nam przeszkadzać.
Co to zmienia w naszej fotografii? Po pierwsze: do danego punktu na kliszy
dociera światło już nie "jednego punktu świata", bo ziarenko srebra na kliszy
przez większą dziurkę widzi więcej na raz niż jeden punkt świata. Z drugiej
strony patrząc: światło z jednego punktu świata dociera teraz nie tylko do
jednego miejsca na kliszy, a do małego jej krążka. obraz zrobił się
jaśniejszy, ale nieco rozmazany.
To znaczy, gdyby nie było dyfrakcji (uginania i rozłażenia się światła na
brzegach dziurek), to obraz byłby zauważalnie mniej ostry niż przy
nieskończenie małej dziurce, a tak będzie pewnie porównywalny, a może i
paradoksalnie lepszy.

Jaśniejszy napisałem? No ale dalej mamy dziurkę rzędu 0.2mm, czyli przysłony
rzędu minimum f:22, a zapewne spooro więcej. Na statyw i tydzień naświetlać po
przykuciu wcześniej łańcuchem do latarni - OK, ale do "dzisiejszej" fotografii
to daleko z tym nie zajedziemy.

Musimy dalej zwiększać dziurę. Ale jak zwiększymy otwór, to promienie
pochodzące z jednego "punktu" świata będą się coraz bardziej "rozłazić" po
kliszy. A, ha! Patent na skupianie swiatła wnaleźli już starożytni, zwie się
soczewką skupiającą. Tak na prawdę to tylko podpatrzyli, co na prawdę w oczach
siedzi, ale sza.
To co? Robimy dużą dziurę, żeby łapała dużo światła, wsadzamy w to soczewkę
skupiającą, żeby rozbieżne promienie z powrotem zbiegły się na kliszy i voila!
Wywołujemy naświetloną kliszę i o kufa... coś nam poszło nie teges... yyy...
nieostro jakoś?

Taaak... Dla małej dziurki nie liczyło się, jak daleko jest obiekt wysyłający
światło. Dla soczeki już mamy zależność: jeśli odległość od soczewki do
obiektu jest X, od soczewki do kliszy jest Y, to na kliszy obraz będzie ostry
wtedy i tylko wtedy, gdy:
(1/X) + (1/Y) = (1/f) = Z
(f - ogniskowa soczewki, Z - zdolność skupiająca soczewki - w dioptriach gdy f
jest w metrach).

W tempie ekspresowym dojechaliśmy do momentu, gdzie przeciętny obywatel
skończył fizykę w szkole. Dla niecierpliwych zapewne teraz przyjdzie "gęste",
a "umiejący" i tak z wykładu pewnie nic nie wyniosą nowego, więc mogą
przeskoczyć do podpisu ;P

W szkole zabawa zakończyła się na rysowaniu obrazu "strzałki" tudzież innego
podobnie bzdurnego obiektu 2-wymiarowego. Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy
obiektach płaskich, ale rozstawmy ich w scenie więcej. Bedę się teraz
posługiwał "małym obrazkiem" (formatem kasety 135, 36mm filmem, znaczy co
szary Kowalski ma w szafie wkręcone do Prakticy) jako odniesieniem, coby
liczby miały więcej "znaczenia" dla "normalnych ludzi".

Weźmy na próbę soczewkę o f=50mm czyli o "sile" 1/0.05 = 20 dioptrii.
Załóżmy, że fotografujemy obiekt oddalony od naszego szkła o metr.
Klisza musi znaleźć się w takim wypadku:
1/(20D - 1/1m) = 1/19 ~= 52.5mm za soczewką.

Jeśli chcielibyśmy fotografować dalsze obiekty, należałoby zmniejszać
odległość soczewka-film, aż do:
1/(20D - 1/oo m) = 1/20D = 50mm (czyli dokładnie tyle, ile wynosi ogniskowa
soczewki)

Jeśli chodzi o bliższe obiekty, musimy oddalać soczewkę od kliszy. Wraz ze
zbliżaniem się ze szkłem do obiektu wymagane odsunięcie kliszy gwałtownie
rośnie, gdy z _naszym_ szkłem podejdziemy na 50mm (==f) - wyjdzie
nieskończenie wielkie. To przyczyna, dla której obiektywy mają nieraz dość
wkurzajaco dużą "minimalna odległość ostrzenia" - np. dla 50-tek typowo ok 30
- 40cm od "środka optyki".
Dla 30cm:
1/(20D - 1/0.30m) = 60mm
Czyli całość musi się ruszać w zakresie 50-60mm, czyli 10mm przesunięcia szkła
da zakres ostrzenia od 30cm do nieskończoności. Gdybyśmy chcieli zejść z 30cm
do 20cm należałoby wydłużyć zakres regulacji do 17mm, czyli niemal podwoić...
nie ma sensu dla "normalnych" szkieł.
Haha, mamy już jakąś zabawkę :)

Aleale, dygresja dygresją, a co z naszymi obiektami w scenie?
Ustaliliśmy, że naostrzyłem na coś odległego od obiektywu o metr. Ale to nie
jest jedyny obiekt w kadrze. Przyjmijmy, że wezmę jeszcze coś i postawię to w
odległości 2 metrów.
Na początek niech to będzie tylko jeden jasny punkt - np. maciupcia żaróweczka
latarki.
Światło przez niego emitowane/odbijane rozchodzi się we wszystkich kierunkach.
To, co nie trafia do soczewki nas nie obchodzi. Co wpada do soczewki zostaje
załamane i skupione znowu. Gdzie?
1/(20D - 1/2m) = 51.3mm za soczewką. Czyli 1.2mm PRZED kliszą. No ale
promienie światła nie zatrzymają się w miejscu, tylko po przecięciu zaczną się
dalej prostoliniowo rozbiegać, aż trafią na kliszę - w postaci jasnego
"placka".
Jaki kształt będzie miał ten placek?
Taki,jak nasza soczewka...

Na razie rozważamy sobie idealną soczewkę, więc jest nieskończenie cienka -
załamuje światło, ale nie przesuwa go. Czyli na każdy punkt soczewki pada
światło, jest załamywane w kierunku ogniska i leci dalej tworząc niejako
świetlny stożek z wierzchołkiem tam, gdzie wypada nasze ognisko (51.3mm dalej
). Od tamtego miejsca rozbiega się identyczny, symetryczny stożek światła
uciekając do nieskończoności, czy do naszej kliszy.
A co gdyby ów punkt był bliżej niż metr?
Pół metra?
Przy półmetrze: 1/(20D-1/0.5) = 55.5mm, czyli promienie przetną się 3mm za
kliszą... ergo, naświetlą ją zanim zejdą się z powrotem w jeden punkt -
tworząc tym samym placek o takim samym kształcie jak poprzednio, tylko
odwrócony o 180 stopni (przy okrągłym prześwicie soczewki to kółko i tak
będzie kółko).

Wniosek: wszystko, co nie jest położone na powierzchni fokalnej (w naszym
przypadku i przy naszym aktualnym ustawieniu ostrości jest ona w przybliżeniu
1m od środka soczewki) jest odwzorowywane nieostro - z punktów robią się
placki światła, cienkie, kontrastowe linie robią się grubymi, mało
'intensywnymi' maźgami, ostre krawędzie znikają.

Jak bardzo nieostro?
Ano to zależy. Po pierwsze zależy od tego, jak daleko od płaszczyzny fokalnej
jest nasz obiekt - wiadomo, że jeśli zamiast 2 metry od szkła postawimy ten
punkt 4 metry od szkła, to promienie przetną się jeszcze dalej od kliszy, będą
miały dłuższą drogę na "rozbieganie się" i w efekcie zarejestrują się na
większej powierzchni - będzie większy, ale ciemniejszy "placek".
Po drugie: przy tej samej odległości promienie szybciej rozbiegają się, gdy
soczewka jest większa. Kąt rozwarcia naszego "świetlnego stożka" jest przecież
zależny od średnicy szkła...
Jak łatwo zauważyć, istotna jest nie tyle średnica szkła, co jej stosunek do
długości ogniskowej - ten sam kąt przy wierzchołku będziemy mieli przy dziurze
5cm i ogniskowej 50mm co przy dziurze 20cm i ogniskowej 200mm (kto nie wierzy
nich sobie narysuje i przypomni Talesa). Stąd wzięło się pojęcie otworu
względnego przysłony, znanego jako f-stop: jest to właśnie stosunek efektywnej
średnicy (dalczego efektywnej to potem) szkła do jego ogniskowej.
f:1.8 oznacza, że nasz obiektyw ma średnię [f (==ogniskowa) podzielić przez 1.
8], czyli 50mm/1.8 = ca. 28mm

Dla wspomnianego punktu odległego o 2 metry, którego obraz powstaje 51.3mm od
szkła, przy f:1.8, snop światła "zbiega się" ze średnicy 28mm do "zero" na
odległosci właśnie 51.3mm, czyli na pozostałych mu 1.2mm rozbiega się do:
1.2/51.3 * 28 = 0.65mm (Tales!).

Zapewne każdemu obiło sie o uszy pojęcie przysłony. Taki mechaniczny dynks, co
służy zmniejszaniu "prześwitu" w obiektywie. Wiemy już, że nic poza
płaszczyzną fokalną nie będzie idealnie ostre. Ale może można to uczynić
_wystarczająco_ ostrym? Pominę tu kawałek wyliczeń, weźcie na wiarę, że
przyjmuje się, iż obraz jest ostry, gdy punkty na kliszy są mniejsze niż ok.
0.02mm. Nasz "punkt" jest za duzy (0.65mm), żeby zostać uznanym za taki. Ale
odwróćmy poprzednią proporcję:
Jeśli chcemy, by ten dalszy obiekt był ostry, to jego punkcik nie powinien być
większy niż 0.2mm, czyli nie możemy wziąć soczewki większej niż:
0.2mm * 51.3mm / 1.2mm = 8.55mm średnicy, albo, jak kto woli:
50/8.55 = f:5.85 ~= f:5.6

nie, nie trzeba obcinac soczewki dookoła, wystarczy zasłonić jej brzegi, a
zostawić tylko okrągły prześwit w środku. Liczy sie powierzchnia rzucająca
światło w kierunku kliszy. Tracimy powierzchnię zdolna do zbierania światła, w
zamian za to zyskujemy przestrzeń, w której obiekty są ostre.

oops... ale was wmanewrowałem w pojęcie głębi ostrości ;P

Ale przynajmniej już wiadomo, skąd się bierze - im dalej od "celu" jest
element kadru, tym dalej od kliszy powstaje jego obraz i tym "większe" robią
się jego "punkty", efekt można zmniejszyć poprzez zmniejzenie srednicy szkła
(domknięcie przysłony). Ciąg dalszy o głębi ostrości, wzory na jej liczenie
itd. wraz z przykładami znajdziecie w pierwszym lepszym podręczniku
fotografii.

Ja tymczasem chcę oddryfować na moment w trochę inną stronę... ale to w
następnym odcinku ;)

 

Artykuły ogólne: Zima w lesie

 

Date: Sat, 15 Dec 2001 22:54:04 +0100
From: "Krzychu"

...a bylo to we wtorek...zapakowalem torbe, ubralem sie jak eskimos i dawaj
na dwor...Mroz 15 st, "lekki" wiaterek a ja zasuwam po lesie, zobaczylem
jarzebine i mysle: "oooo.. trza sfotografowac..." patrze jakis dupiaty film
w aparacie - trzeba zmienic; zdjalem rekawiczki, odpilem torbe.. i juz
mialem rece zgrabiale, pogrzebalem, poogladalem pudelka i czuje ze
przymarzam do podloza, ale co tam, uparty jestem, zalozylem jeden film
rozmyslilem sie zalozylem drugi (sam nie wiem jakim cudem) przymierzam i
mysle "eeee tam, to trza macro zrobic...." wyjalem pierscienie i 50mm
zalozylem i mysle: "nie, jednak nie..." wyjalem 70-200 mierze i co...???? i
nic...!!!!! cholera kolko od nastawiania przyslon nie
dziala!!!!!!......zmieniam obiektywy, kombinuje, potrzasam, spocilem sie (na
2 min bo za chwile ten pot mi zamarzl na plecach) lap juz nie czuje, pyska
nie moge otworzyc bo sie wczesniej nie odwrocilem od wiatru, pierscienie w
sniegu, 70-200 pod pacha torba wisi na lokciu bo spadla z ramienia, a nie
mam jak poprawic bo w drugiej trzymam 50, klne na czym swiat stoi i mysle ze
chyba zostane do wisny bo sie nie umie ruszyc.....W koncu jakos to
ogarnalem,(50 wziolem pod brode) poprawilem torbe i dawaj kombinowac z
aparatem (i tak sie nie moglem ruszyc to co tak mialem stac bezczynnie),
otwieram, zamykam powtarzam czynnosc po 4 razy i nic....mysle "o naturo
zlosliwa ja tu chyba umre ..." Wylacznik od kolka na "1" mowie co jest
cholera....????ogladam klapke patrze na styki..... i nic....patrze jeszcze
raz i cos mi sie zdawalo ze widzialem wlos, przygladam sie, patrze jak sroka
w kosc, oczy pelne lez od zimna, kupe pary w kolo jak z konia na
wyscigach... i..... JEST.....!!!!!!!!!! taki jeden maly squrkowany..... jak
z koca, dlugosci ok 3 mm, grubosci... sorry nie mierzylem.... usadowil sie
na stykach...Dobra ale jak go wyciagnac, dmuchanie nic nie daje, lapami nie
umie trafic do kieszeni a co dopiero w taki wlosek, pomeczylem sie jeszcze z
10 min i udalo sie.....wyjalem dziada "cisnalem" ze zloscia w snieg,
sprawdzilem, ze juz wszystko dziala jak nalezy. No to dawaj sie pakowac,
poskladalem sprzet do kupy wrzucilem do torby ale do jasnej Anielki ta
50-tka spod brody nie chce wyjsc, przymarzla cholera jedna.....co ja sie
nameczylem zeby ja wyjac to tylko ja wiem, ile ja sie nacierpialem....
Mysle: "trza stad pitac..." ale jak???? Caly sie telepie, nog nie czuje
"matko, ja chyba tu umre.." Ale nic, zaparlem sie, szarpnalem i eja marycha
wiac z tego lasu potykajac sie i przewracajac lece (tak mi sie zdawalo) do
miasta, wybieglem z lasu prosto na przystanek autobusowy, do domu mialem
jescze 100 m ale mysle "pierdziele..nie dojde.." i wtedy jak spod ziemi
zjawil sie taki duzy, czerwony... drzwi sie otworzyly zapraszjaco tuz przede
mna, powialo ciepelkiem wiec nie myslalem dlugo tylko chyc i juz jestem w
srodku. Ludzie patrza jak na wariata, krwiak pod broda, nos zielono-siny,
oczy zalane lzami, do karku przymarzniety kolnierz od kurtki, w torbie cos
dzwoni jak w dzieciecej grzechotce a ten gupek siedzi wesoly z pyskiem przy
dmuchawie pod siedzeniem....
Alem sobie petle walna po rodzinnym miescie, chyba ze 40 min jechalem i
upajalem sie praca dmuchawy...
Wysiadlem na przystanku na ktorym wsiadalem i podreptalem do domociu...


Ech jak ja kocham "robic" te zdjecia...:))))))



Date: Sat, 15 Dec 2001 23:38:12 +0100
From: "nekrolog"

W zeszlym roku szedlem piechota z Pulaw do Kazimierza Dolnego. Bylo ze 20
st. mrozu. Przez pierwsze 5 km bylo wszystko ok. Pozniej postanowilem
skrecic w las. To byl blad. Zgubilem sie. Na szczescie mialem ze soba
aparat. Wyjalem go, zeby zapomniec o klopotach i zrelaksowac sie. Patrze i
co?? Moj Fed 5b odmowil posluszenstwa. Zamarzl mi pierscien do ustawania
ostrosci. Taki ladny las, takie ladne drzewa, snieg, sloneczko, a ja jak
kolek w srodku boru z Fedem. Zaczynam dmuchac, huhac no i sie udaje.
Odmarzl. Przystawiam wizjer do oka, celuje i znowu. Qrde, znowu nie idzie.
Ostrosc ustawiona, swiatlo tez tylko cos migawka nie dziala. Pierd... Siadam
i wyciagam piwo z plecaka. Napilem sie i pomyslalem. Juz dawno nie czulem
palcow, wiec znalazlem jakies badyle i z trudem udalo mi sie rozpalic
ognisko. Ogrzalem sie troche i rozmrozilem Feda. Teraz wszystko dzialalo. Do
Kazimierza mialem jeszcze z 10 km. Majac swiadomosc, ze aparat wyzdrowial
ruszylem w dalsza drode nie czujac zimna (chociaz suwak od kurtki przymarzl
mi go wargi) i zmeczenia. Po 3 godzinach dotarlem do Kazika. Tam jeszcze
pare fotek. Zalapalem sie na podmiejski i wrocilem do Pulaw.
Ten dzien uwazam za jedna z najwiekszych przygod z aparatem. Ciekawe co sie
jeszcze moze stac???

 

Artykuły ogólne: Fotografowanie zimą

 

Pierwsza i podstawowa rada: zimą się nie fotografuje ;-).
Zimą się siedzi w domu i ogląda zdjęcia z lata. To także świetny czas na porządki w domowym archiwum, skanownie zdjęć, segregowanie filmów... Zawsze się jednak znajdzie taki, co nie usiedzi na d... w domu i musi wyjść na zewnątrz i porobić parę zdjęć... gdyby jeszcze fotografowali swoją rodzinę lub bałwana (mam na myśli śniegowego a nie wujka Ryśka - choć na fotografii będą wyglądać podobnie ;-) ... ale nie - oni fotografują kupki śniegu, sopelki i takie tam... Ale cóż - pasję trza uszanować. ;-)

  1. Zabezpieczenie fotografa
    Wiadomo że najważniejszy jest aparat... ale o sobie też nie zapominajmy.
  2. Zabezpieczenie sprzętu i jego obsługa
    • zimno - najlepiej go unikać, na przykład trzymając aparat pod kurtką, wyjmując go tylko na czas robienia zdjęcia. Dzieki temu możemy od razu pominąć parę następnych punktów. Niestety gdy robimy dużo zdjęć lub mamy duży aparat (np. z teleobiektywem) takie rozwiązanie nie jest zbyt dobre. Może też być niebezpieczne podczas upadku gdy łączymy fotografię z narciarstwem. Sposób ten jednak jest skuteczny tylko podczas krótkich wyjść i raczej nie nadaje się na dłuższe okresy gdyż wrogiem staje się nasz pot który skrapla się na aparacie i niezbyt dobrze służy elektronice.
    • baterie - w niskich temperaturach pojemność baterii znacznie się zmniejsza (maleje efektywność przemian elektrochemicznych w ogniwach) - powoduje to znacznie szybsze wyczerpywanie się baterii i wzrost ich rezystancji wewnętrznej (posiadacze manuali w tym momencie uśmiechają się w poczuci wyższości - i mają rację ;-). Najlepszym wyjściem jest chronić baterie przed zimnem, na przykład przez zastosowanie zewnęrznych źródeł zasilania przechowywanych w cieple pod kurtką (Power Pack). A posiadanie zapasowych baterii (zalecane w lecie) - zimą staje się koniecznością - szczególnie jeśli są to baterie nietypowe których nie kupimy w każdym kiosku. Korzystanie z Battery Pack'a na "paluszki" powala na częstszą wymianę tanich baterii bez bólu serca i portfela.
    • rękawiczki - wiecie jaki jest szczyt zręczności? ;-) No więc czy przy zakupie aparatu myśleliście o tym czy da się go obsługiwać w rękawiczkach? Jeśli nie to teraz już jest za późno... Co najwyżej możecie pomysleć nad doborem rękawiczek które wam tego nie uniemożliwią. O ile przy małych mrozach jesteśmy sobie w stanie przez chwilę poradzić bez nich, to przy dużych bez rękawiczek się nie da. Dobrym rozwiązaniem jest posiadanie dwóch par rękawiczek - jednej cienkiej w której będziemy w stanie obsługiwać aparat oraz drugiej (np. dwupalcowej) w której będzie nam dostatecznie ciepło żeby móc się przemieszczać na mrozie - zakładamy jedne na drugie i zdejmujemy cieplejsze w razie potrzeby.
    • statyw - solidny kawałek metalu, którego lepiej nie lizać na silnym mrozie (żeby nie było że nie ostrzegałem; i przy okazji - proszę nie nazywać plastikowych podpórek statywami). Jeśli statyw nie jest wyposażony w gąbki, to dobrym rozwiązaniem będzie ich dokupienie lub spreparowanie z kawałka pianki - chwila majsterkowania odpłaci nam się wygodą przenoszenia statywu i nieodmrożonymi palcami. Ze statywem wiąże się też stosowanie płytki szybkomocującej przy głowicy - pozwala na szybkie zdejmowanie aparatu i chowanie do torby lub pod kurtkę gdy nie robimy zdjęć.
    • śnieg - czyli woda - unikać jak ognia (nie dotyczy posiadaczy aparatów EOS 1V i Nikonos). Małe ilości śniegu należy usunąć (zdmuchnąć, najlepiej gruszką gumową - dmuchanie ciepłym powietrzem przyniesie raczej odwrotny efekt) zanim się rozpuszczą. No i z przykrościa muszę stwierdzić że maniakom fotografowania podczas zadymki przyda sie do ochrony obiektywu filtr UV - będziemy mogli go co chwilę wycierać bez obawy o przednią soczewkę (a jakość zdjęć z filtrem... w czasie śnieżycy raczej nie jest ważna ;-).
    • zaparowanie - gdy już się nafotografujemy i w końcu z radością wracamy do domu, pojawia się kolejny problem - kondensacja pary wodnej na i w aparacie. Nie służy to dobrze ani elektronice ani optyce. Dotyczy to tylko sytuacji gdy aparat jest wychłodzony - gdy trzymaliśmy go pod kurtką, problem ten nie wystąpi. Zabezpieczyć się przed tym można za pomocą woreczka foliowego w którym zamykamy aparat - wtedy para wodna skrapla się na woreczku a nie w środku. Trzeba tylko pamiętać o jednym - żeby włożyć aparat do woreczka przed wniesieniem do domu! W woreczku musi być zamknięte powietrze z zewnątrz, gdyż zawiera mniejszą ilość wilgoci.
  3. Naświetlanie
    Zima to pora wielkich kontrastów - biel śniegu, szczególnie w słońcu jest o kilka EV wyższa niż ekspozycja pozwalająca prawidłowo naświetlić ludzi lub zacienione obiekty. Dodatkowo duże ilości bieli oszukują światłomierz skalibrowany na średnią szarość co powoduje nieefektywne wykorzystanie pojemności tonalnej filmu.
    • na światło - metodą najbardziej uniwersalną pomiaru światła jest pomiar na szarą kartę lub pomiar światła padającego - zapobiega to oszukaniu światłomierza przez śnieg i nie wymaga stosowania korekt.
    • na obiekt - naprostszą metodą jest pomiar punktowy obiektu na którym nam zależy - np. pomiar oświetlenia twarzy portretowanej osoby.
    • na śnieg - gdy fotografujemy na slajdzie lub negatywie o małej rozpiętości tonalnej należy uważać by biel śniegu nie przekroczyła górnej części krzywej charakterystycznej gdyż spowoduje to utratę szczegółów w światłach (faktury śniegu). Na slajdach powoduje to powstanie białych dziur które wyglądają okropnie. Należy więc dokonać pomiaru na śnieg i ustalić taką korekcję aby nie stracić szczegółów w bieli - dla slajdu będzie to korekcja +1.5 lub +2EV. Grozi to oczywiście znaczną utratą szczegółów w czerni, ale taki slajd może jeszcze być akceptowalny.


From: "Rafal Janica"
Subject: Odp: FAQ - co robicie w dlugie zimowe wieczory?
Date: Thu, 12 Dec 2002 09:42:55 +0100

moj sposob na fotografowanie zima, to maly, manualny
aparat (czesto jest to smiena, albo ricoh zf) w ktorym nie
ma klopotu z bateriami (bo ich nie ma, albo zasilaja jedynie
swiatlomierz). Nosze go przewieszonego przez ramie, na boku
w pokrowcu, tak, zeby oslaniac go reka (wazne np w gorach).
Taki aparat ma jeszcze jedna zalete: nagrzewa sie szybko
po wejsciu do pomieszczenia i juz po kilku minutach
mozna robic zdjecia, w czasie, kiedy masywna lustrzanka
wciaz zaparowuje jak okulary, po wejsciu do pomieszczenia.
Inny IMO dobry pomysl, ktory mnie sie sprawdza, to kompakt
(mjuII) noszony w kieszeni (byle nie wewnetrznej) kurtki, gdzie
jest na tyle cieplo, zeby nie siadly baterie, ale gdzie sie nie poci.

Jesli juz nosze lustrzanke, to w naramiennej malej torbie (trojkatnej), tez
przewieszonej na boku, pod reka a zapasowe baterie w kieszeni wewnętrznej
w torebce foliowej.



From: maildras+mp.pl (Andrzej Sroka)
Subject: Re: FAQ - co robicie w dlugie zimowe wieczory?
Date: Thu, 12 Dec 2002 18:49:31 GMT

na krotsze spacery i krotkie "ustawianie" aparatu do zdjecia to dobry
sposob, ale na dluzej, z dluzszym pobytem aparatu na statywie,
zmianami obiektywow itp. radze jadnak nosic aparta normalnie w
plecaku, ew. torbie fot. w temperaturze otoczenia.
Jedynie swiatlomierz nosilem na szyi, ale aby go wyjac nie trzeba
rozpinac kurtki. Aparatowi nie powinno szkodzic zimno - jedynie
bateriom, ale sa chyba jakies zewnetrzne zasobniki itp jak juz ktos
musi jakiegos "elektryka" w takich war. uzywac. Manualne - dobrze
oddac do dobrego serwisu dla smarowania dobrymi smarami, regulacji
itp. Film sztywnieje i moze sie zerwac, trzeba spokojnie naciagac i
zwijac.
Nie rozpinajac co chwile kurtki utrzymujemy najwazniejsza temperature
- wlasnego ciala, przy ciaglym rozpinaniu kurtki, jesli jest
faktycznie zimno, a nie jakies np. -10 , a spacer dlugi to moze sie
odechciec fotografowania - wlasnie z wychlodzenia.
W ogole, wszystko idzie wolniej i trzeba sie z tym pogodzic.
Warto zalozyc duze rekawiczki "jednopalcowe" na jakies ciensze piecio
i do ustawiania zdejmowac tylko te grube, na jak najkrocej.
Jeszcze jedno - duzy komfort daje uczucie ciepla w glowe i stopy -
czapka, nawet typu kominiarka, podwojne skarpety, dobre buty. Jak jest
cieplo w nogi i glowe to jest cieplo. To slowa mysliwych, ktorzy
dlugie godziny spedzaja czasami na mrozie, akurat z tego ich
doswiadczenia mozna skorzystac.

 

Artykuły ogólne: Dekalog grupowy

 

Date: Sat, 2 Mar 2002 07:49:22 +0100
From: "kluge"

1. zanim zadasz pytanie na grupie zajrzyj na pare stron w sieci
2. jak juz sobie wyrobisz pojecie to poobserwuj grupe przez chociaz 2-3
tygodnie i przejrzyj archiwum
jestes nowy i nieoswiecony, takich jest kupa, pewnie twoje pytanie albo juz
bylo albo sie pojawi w ciagu tych 3 tygodni
i nie bedziesz musial go juz zadawac
3. w archiwum pusto, minal miesiac i nikt nie zadal tego pytania, trudno,
zadaj je
4. poczekaj cierpliwie na odpowiedzi, jesli sie nie pojawia to widocznie
nikogo to zagadnienie nie zainteresowalo, niestety jestes zdany na siebie
5. jesli masz odpowiedzi, przeczytaj je, skonfrontuj z danymi z sieci, znowu
poszperaj
6. jestes blisko wyjasnienia sprawy, masz dane, przemysl je jeszcze raz
7. powinienes teraz miec juz pojecie co robic, jesli nie to wroc do punktu 1.
8. wszystkiego i tak sie nie dowiesz z sieci, niektore rzeczy trzeba
sprawdzic samemu, jesli cos kupujesz to idz najpierw i pomacaj w sklepie
9. Pomacales? to dobrze, teraz jeszcze raz przemysl sprawe i podejmij
decyzje
10. Pamietaj o najwazniejszym "Dobry aparat sam z siebie dobrych zdjec nie
zrobi, musi do niego byc podczepiony jeszcze w miare sprawny fotograf"

 

Artykuły ogólne: Krótko o bokeh

 

Autor: watteau+box43.gnet.pl (Stanislaw B.A. Stawowy)
Data: 29 listopada 2001 23:53:53

Stanislaw B.A. Stawowy


KROTKO O BOKEH


Wiele, jakze wiele nieporozumien naroslo wokol tej wlasciwosci
obiektywow! Nie bez powodu drugim znaczeniem slowa 'bo-ke'
w jezyku japonskim jest 'bezmozgi idiota' ...


Bokeh jest to opisowe okreslenie wygladu obiektow znajdujacych
sie poza plaszczyzna ostrosci. Do chwili obecnej nie zostal
powszechnie przyjety jakikolwiek zestaw parametrow opisujacych
bokeh; producenci obiektywow czesto wcale nie zwracali nan uwagi.
Po raz pierwszy 'piekny sposob przedstawiania nieostrosci' zostal
wykorzystany jako zaleta przed I wojna swiatowa w reklamie obiektywów
Goerza, bardzo czesto zwracal na niego uwage Dr Paul Rudolph,
takze Oskar Barnack w jednym z listow do znajomego pisze o 'slicznym
wygladzie nieostrosci' jako efekcie zastosowania formuly Tessara
w Elmarze 3.5/50 - slynnym skladanym obiektywie Lajek.


Idealny obiektyw powinien przedstawiac punkt swiecacy lezacy
w plaszczyznie ostrosci jako punkt na plaszczyznie filmu. W miare
oddalania sie punktu od plaszczyzny ostrosci, jego obraz na filmie
powinien przybierac postac jednolicie oswietlonej, coraz wiekszej
i jednoczesnie coraz ciemniejszej plamki. Taka sytuacje mozna
zaobserwowac jednak tylko w przypadku obiektywu otworkowego
(pinhole). Obiektywy zawierajace elementy optyczne maja zawsze
nieskorygowane w pelni wady optyczne (szczegolnie aberracje
sferyczna) powodujace, ze obraz krazka rozproszenia nigdy nie
jest jednolicie oswietlony.


Istnieja dwie mozliwe postaci obrazu krazka rozproszenia: ciemniejszy
przy brzegach i z jasnym srodkiem (najczestsza przyczyna jest niedoko-
rygowana aberracja sferyczna) i ciemniejszy w srodku i z jasnym
brzegiem (przekorygowana aberracja sferyczna). Ten pierwszy daje bardzo
ladny bokeh: mozna zobaczyc przyklady w broszurkach Leici i np. na
zdjeciach zrobionych Tessarami; ten drugi zas daje bardzo brzydki
bokeh - pojedyncze linie (galezie, slupy..) rozdwajaja sie poza
obszarem ostrosci; czesto mozna go zaobserwowac na zdjeciach robionych
niektorymi starszymi manualnymi oiektywami Nikon i w przypadku
duzej czesci tanich zoomow. Obiektywy Zeissa i wspolczesne staloogniskowe
obiektywy standardowe japonskich firm maja praktycznie neutralny bokeh,
lekko niedokorygowany dla uzyskania ladniejszego wygladu obszarow
nieostrych.


Jaki jest wplyw ksztaltu otworu przeslony na bokeh? Niezbyt duzy.
Krazek rozproszenia przyjmuje ksztalt przyslony; dla obiektywu
z dwu-trzylistkowa przyslona ksztalt krazka moze byc na tyle dziwny,
ze zdjecia czesto razaco draznia - poniewaz wiekszosc aparatow
kompaktowych jest wyposazona w migawko-przyslone (dwie blaszki
rozchylajace sie na odpowiedni okres czasu i do odpowiedniego
rozmiaru otworu), czesto na zdjeciach z nich mozna zauwazyc
dziwny wyglad plamek swiatla miedzy liscmi, odblaskow i plamek.
Pzykladem moze by tu np. Olympus mju/mjuII czy Yashica T4/T5
albo Nikon 35Ti/ 28Ti. W przypadku obiektywow z piecioma
lub wiecej listkami przyslony praktycznie nie da sie zauwazyc
zednego wplywu ich ilosci na bokeh. Wyjatkiem sa tu obiektywy
lustrzane ktore z racji konstrukcji przedstawiaja punkty
poza plaszczyzna ostrosci jako jasne krazki ze znacznie
ciemniejszym srodkiem.

 

Artykuły ogólne: Autorstwo zdjęcia

 

autorstwo zdjęcia (b. długie)
Autor: Gustaw H. nomail@dudu.com
Data: 03-01-2005, 15:24:03

jakiś czas temu pojawił się wątek dotyczący kwestii zabezpieczenia interesów
autora zdjęcia. chciałbym tutaj trochę więcej o pewnym aspekcie tegoż
zabezpieczenia napisać, może komuś się przyda i zaoszczędzi sobie i innym
złudzeń, czasu no i przede wszystkim pieniędzy.rzecz będzie dotyczyć
zabezpieczenia dowodów, które będzie niezbędne w razie ewentualnej sprawy
sądowej.

nasze prawa reguluje ustawa oprawie autorskim i prawach pokrewnych. nie mam
zamiaru jej cytować, bo niepotrzebnie zwiększy to objętość posta a
zainteresowani i tak dotrą do właściwego tekstu (USTAWA z dnia 4 lutego 1994
r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.(1) (tekst pierwotny: Dz. U. 1994
r. Nr 24 poz. 83) (tekst jednolity: Dz. U. 2000 r. Nr 80 poz. 904) z
późniejszymi zmianami), warto jednak wiedzieć, że ilekroć mówimy tu o
ustawie, to chodzi właśnie o tą.

nie będę pisał tu o tym, na co należy uważać przy spisywaniu umowy,
zakładam, że taka w ogóle jest spisywana. jeśli jednak jest inaczej, to
koniecznie trzeba zadbać o posiadanie wydanych imiennie akredytacji,
pozwoleń na wykonywanie zdjęć, posiadania materiałów źródłowych (pliki raw,
negatywy), świadków. jeśli sprawa ostatecznie dotrze do etapu na którym
będzie musiała być rozpatrzona przez sąd to wszystko okaże się niezbędne.

zakładamy tu sytuację, w której nasz materiał, bez umowy, zgody ani
czegokolwiek, został wykorzystany w sposób komercyjny. np. wydany został
kalendarz z naszym zdjęciem / zdjęciami. bez podpisu, nazwiska autora,
czegokolwiek. dodatkowo zdjęcia zostały opublikowane w internecie.
sugerowałbym wstrzymanie się od utarczek jakiegokolwiek rodzaju z
przeciwnikiem wniosku do momentu zabezpieczenia dowodu, tym bardziej, że
sprawy w tym momencie często się kończą.

warto także pamiętać, że o ile nie mamy umowy z żadną agencją która dla
firmy_x wykonuje serwis internetowy i opracowuje kalendarz to przeciwnikiem
wniosku jest firma_x, z "agencją" z którą rozmawialiśmy nie ma w ogóle sensu
podejmować negocjacji. nie ma umowy pisemnej - nie ma umowy i rozmowy i
koniec. warto pamiętać, że umowa w tym przypadku wymaga formy pisemnej pod
rygorem nieważności. kto lubi czytać - odsyłam do ustawy. w każdym razie
przeciwnikiem wniosku jest firma, na której stronie www materiał jest
wykorzystany i której logo widnieje na naszym zdjęciu.

na podstawie art. 80 ust 1 ustawy, właściwy sąd jest zobowiązany do
zabezpieczenia dowodu (cyt: Art. 80. 1. Sąd właściwy do rozpoznania sprawy o
naruszenie autorskich praw majątkowych miejsca, w którym sprawca prowadzi
działalność lub znajduje się jego majątek, także przed wytoczeniem powództwa
rozpoznaje, nie później jednak niż w ciągu 3 dni od dnia złożenia w sądzie,
wniosek mającego w tym interes prawny:
1) o zabezpieczenie dowodów, bez potrzeby wykazania obawy, że ich
przeprowadzenie stanie się niewykonalne lub zbyt utrudnione) ważna uwaga:
właściwym sądem jest _sąd_okręgowy_ (wydział cywilny) a nie rejonowy. tak
więc cała sprawa rozpoczyna się już w "wyższej" instancji.

należy więc złożyć do sądu okręgowego pismo o treści podobnej do poniższej:

===============
(miejscowość, data)

Sąd Okręgowy w (miejscowość)
(numer) Wydział Cywilny

Wnioskodawca: (nasze dane, adres)

Przeciwnik wniosku (dane, adres)

Wniosek o zabezpieczenie dowodu
na podstawie art. 80 ust 1 pkt 1 ustawy o prawie autorskim i prawach
pokrewnych

Wnoszę o zabezpieczenie dowodu w postaci materiału zawartego na stronie www
pod adresem (tu adres) w sekcji (tu dokładnie określić jak dotrzeć do
interesujących nas materiałów), oraz w postaci kalendarza (załącznik nr.)
poprzez stwierdzenie że są one tożsame ze zdjęciami dołączonym do wniosku w
formie załączników (tu oznaczenia załączników - naszych oryginalnych
materiałów). Wnoszę o zabezpieczenie wymienionych dowodów bez uprzedniego
wezwania przeciwnika (ważne w przypadku materiałów na stronach www).

Uzasadnienie

Jestem autorem (autorką) 10 fotografii załączonych do wniosku, oznaczonych
jako (tu oznaczenia, np. 1-10). Bez zawarcia umowy ze mną i bez mojej zgody
spółka / firma (tu nazwa przeciwnika wniosku) fotografie te umieściła na
swojej stronie internetowej w celach reklamy swoich produktów oraz
wykorzystała do opracowania kalendarza o charakterze komercyjno-reklamowym.
Materiały zawarte na stronie www mogą być w każdej chwili usunięte co
uniemożliwi lub poważnie utrudni mi dochodzenie moich praw autorskich
osobistych i majątkowych. W związku z tym na podst. art 313 k.p.c.
uzasadnione jest zabezpieczenie dowodu bez wezwania przeciwnika.
Załączam także odbitki przedstawiające odnośne fragmenty rzeczonego serwisu
internetowego.

(podpisy, spis załączników, wpis sądowy - obecnie powinno to być 30 pln)

==================

składamy wniosek w sądzie, stosowne załączniki (pliki też, ale koniecznie z
odbitkami), wpłacamy 30 pln znakami opłaty sądowej i czekamy. po tygodniu -
kiedy to najprawdopodobniej zabezpieczenie nie będzie jeszcze dokonane,
składamy pierwsze ponaglenie, np:

==================

Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych w art. 80 ust. 1 przewiduje
trzydniowy termin na rozpoznanie wniosku i zabezpieczenie dowodu. Wniosek
ten został przeze mnie złożony dnia (tu data) tak więc przewidziany Ustawą
termin został znacznie przekroczony a brak niezwłocznego zabezpieczenia
dowodu utrudni możliwości dochodzenia moich praw. Dlatego zwracam się z
ponownym wnioskiem o jak najszybsze rozpoznanie.

(podpis)

==================

Po kolejnych dwóch tygodniach składamy drugie ponaglenie i robimy
kalkulację. na podstawie tabel np. zpaf określamy, ile może być wart
materiał zawarty na stronach firmy_x oraz ten wykorzystany w kalendarzu.
mnożymy razy 2. jeśli wyszło mniej niż 10 000 to modlimy się, by materiał
został usunięty z serwera. dlaczego? ano dlatego, że teraz już bardziej
będzie się opłacało pozwać skarb państwa i żądać odszkodowania z tytułu
przewlekłości postępowania. jeśli obliczona kwota jest większa niż 10 000
(sam uznałbym, że warto jeśli to więcej niż 18 000) to działamy dalej...

najprawdopodobniej na tym etapie sąd zażąda uzupełnienia wpisu opłatami na
korespondencję. w przypadku moich spraw było to 100 pln. w tym momencie
koszty wynoszą już 30 pln (wpis) + 100 pln (zaliczka na korespondencję) i
koszt wykonania odbitek. pisma składałem sam bezpośrednio w sądzie, więc
odpada koszt przesyłek poleconych.

jeśli wszystko pójdzie jak należy, po minimum 1,5 miesiąca (przy 3 dniowym
terminie rozpatrzenia) mamy szanse mieć w ręku protokół z przeprowadzenia
procedury zabezpieczenia. a jeśli nie mamy szczęścia?

sąd poinformuje nas, że mamy sprecyzować w jaki sposób ma się odbyć taka
procedura (mimo, że wynika to choćby z praktyki pracy sędziego). wtedy
należy dokładnie napisać sądowi co ma zrobić. włączyć komputer z połączeniem
z internetem, uruchomić przeglądarkę, wpisać adres...

sąd może także powołać sobie biegłego, który dokona całej procedury.
pamiętajcie, sąd nie musi umieć obsługiwać komputera (mimo, że uzasadnienia
pisze się zwykle na komputerze). biegły to koszt nawet kilku tysięcy
złotych, o których wpłacenie sąd poprosi nas w kolejnym piśmie. dołączamy to
do rachunku i kalkulujemy. szanse na wygraną są duże, wiele osób rezygnuje
jednak w tym momencie i przepada i to co wpłacone i to co mogło by być
wygrane. tak więc płacimy, po raz kolejny... biegły stwierdza, że materiały
są tożsame. otrzymujemy wreszcie upragniony protokół wraz z opinią biegłego.
opinia będzie droższa, jeśli materiał już został usunięty z serwera. wtedy
trzeba zabezpieczyć twarde dyski serwerów, odtworzyć skasowane dane... i
dopłacić. na szczęście zdarza się to nieczęsto.

mając zabezpieczony dowód przystępujemy do negocjacji z przeciwnikiem
wniosku. pamiętajcie, że sąd nie musi przychylić się do wniosku o jego
niewzywanie, więc niewykluczone, że przeciwnik wniosku dowie się szybciej.
mnie w dwóch takich sprawach dotąd udało się przekonać sąd, że wzywanie
przeciwnika wniosku nie leży w moim interesie, bo może on usunąć materiały o
których zabezpieczenie wnoszę.

negocjacje z sądowym zabezpieczeniem dowodów są miłe i przyjemne. nie
słyszałem dotąd o przypadku by ktoś nie zmiękł - chociaż trochę. co nie
znaczy, że wy nie traficie na twardziela. i lepiej nie trafiać, bo
samodzielne stawanie w sądzie, prowadzenie wszystkiego jest możliwe, ale
niewskazane. tu już będzie konieczny dobry adwokat, dlatego nie piszę co
należy robić dalej. jeśli tylko przeciwnik podważy autorstwo zdjęć konieczna
będzie opinia biegłego, badanie materiałów źródłowych, przesłuchania
świadków itp. nie mówiąc już o tym, że przez cały ten czas konieczne będzie
dokonywanie kolejnych opłat sądowych. dopiero po wygranym procesie możliwy
jest zwrot wszystkich wniesionych opłat.

i jeszcze jedno... gdzieś tam wspomniałem o skardze na przewlekłość
postępowania... warto pomyśleć o tym zawczasu, składając ponaglenia.
dlaczego? ano dlatego, że jeśli nasz przeciwnik nie zmięknie a materiał
zostanie usunięty (jeśli mówimy oczywiście o materiale na stronach www),
jest szansa uzyskania odszkodowania w wysokości do 10 000 pln. i to wtedy
jedyna szansa otrzymania jakiejkolwiek namiastki odszkodowania.

wszystko co tu napisałem to praktyka. miałem już (niestety) 3 takie
przypadki (z kim ja pracuję...), w dwóch po zabezpieczeniu dowodów przez sąd
sprawa się zakończyła bez pozwu, w jednym otrzymałem odszkodowanie za
przewlekłość postępowania w pełnej wysokości. średni czas oczekiwania na
zabezpieczenie: 5 miesięcy.

{mospagebreak}

Re: autorstwo zdjęcia (b. długie)
Autor: Gotfryd Smolik news smolik+stanpol.com.pl
Data: 22-01-2005, 00:50:08

On Mon, 3 Jan 2005, Gustaw H. wrote:
[...]
>+ na podstawie art. 80 ust 1 ustawy, właściwy sąd jest zobowiązany do
>+ zabezpieczenia dowodu (cyt: Art. 80. 1.

Nie wątpię iż sądowe zabezpieczenie dowodu jest dobrym pomysłem.

Dla porządku przytoczę "technologię" zastosowaną w innym przypadku
(akurat nie prawa autorskie, a poszło o nieuczciwą konkurencję
- konkretnie podanie w słowach kluczowych swojej strony firmy
konkurenta i "wypromowanie" siebie w googlu w ten deseń :)).

Poszkodowany zastosował mianowicie notarialne zabezpieczenie
dowodu. Bierze się notariusza (takiego ma internet w biurze :)),
zapodaje mu adres - i on ściąga co trzeba +ew. save-as + koniecznie
"opis dowodowy". Ja bym nie wykluczał zrobienia wydruku i notarialnego
poświadczenia tegoż - w opisie procesu takiej wzmianki nie widziałem,
ale jakby przeciwnik miał 'mocnego' prawnika i chciał dowodów w postaci
nieelektronicznej... pamiętamy iż materiał cyfrowy NIE będzie
podpisany podpisem cyfrowym - nie sądzę aby notariusze już
masowo korzystali :] - i "opis" sporządzony na piśmie ma większą
moc dowodową, a pewnie przeciwnik będzie pytał "czy notariuszowi
się nie wydawało" :] ; co dla "akcji w googlu" nie miało znaczenia
("goły tekst") IMHO dla zdjęcia może być ważne.

Wady: kilka złotych więcej dla notariusza (pewnie stawki urzędowej
nie ma i trzeba wynegocjować).
Zalety: czas reakcji (w porównaniu do sądu) mniej więcej tak jak
cyfrowa lustrzanka do cyfrowej hybrydy ;), wyklucza możliwość
reakcji pozwanego nawet jakby sąd go za wcześnie powiadomił.

IMHO można zastosować niezależnie od tego co opisałeś :)

 

Artykuły ogólne: Unikanie "walących się" ścian w fotografii architektury

 

"Walące się ściany" są jednym z podstawowych błędów przy
fotografowaniu architektury. I nie ma tu wytłumaczenia "to
dodaje strzelistości" czy "dynamizmu". Gdy widzimy dany
budynek nasz mózg potrafi skorygować "pionowość"
automatycznie - gdy patrzymy na zdjęcie nie mamy punktu
odniesienia więć musi być "proste".

Metody korekcji możemy podzielić na dwa typy:
- przed zrobieniem zdjęcia
- po zrobieniu zdjęcia

Przed zrobieniem zdjęcia możemy zapobiec walącym się ścianom
przez:
- sfotografowanie budynku z większej odległości (nie
zlikwidujemy całkiem bieżności ale może ona być
niezauważalna)
- sfotografowanie bez odchylania osi obiektywu od poziomu -
środek zdjęcia wypadnie na dole budynku i sfotografujemy też
sporo chodnika który potem musimy wykadrować przy robieniu
odbitki.
- użycie obiektywu "shift" z przesuwną osią optyczną
- użycie aparatu z możliwością przesunięcia osi obiektywu
wzgledem filmu; na ogół są to aparaty wielkoformatowe lub
średnioformatowe

Po zrobieniu zdjęcia możemy je "uratować" przez:
- skorygowanie pod powiększalnikiem - przez przesunięcie osi
obiektywu
- skorygowanie skanu w programie graficznym (korekcja
perspektywy w programach graficznych, specjalne programy do
korekcji, opcje korekcji w programach do składania panoram)

Opis fotografii architektury Czarka
Przykłady różnych typów zdjęć architektury

 

Artykuły ogólne: Wyznanie Anonimowego Sprzętowca-kolekcjonera

 

From: "[ d z e r r y ]"
Newsgroups: pl.rec.foto
Subject: Re: Czy warto Pentax MZ-5n w tej cenie ??
Date: Tue, 21 Jan 2003 13:44:10 +0100

[...]
Nazywam sie [ d z e r r y ], jest sprzetowcem-kolekcjonerem. Oto moja
historia, ku przestrodze.
Kupilem sobie kiedys p30 - nie wiedzialem wtedy nic o aparatach, ale juz
troche wiedzialem o fotografii. Po jakims czasie w komisie byla wielka
wyprzedarz. Dokupilem sobie zoom'a. Wtedy dowiedzialem sie co to znaczy PK.
Poznalem tez uroki obiektywu szerokatnego. Po jakims czasie zapragnalem
teleobiektywu. Na kolejnej wyprzedarzy dokupilem sobie dlugiego zoom'a. W
tym momencie juz rozroznialem poszczegolne modele, wiedzialem co to znaczy
SMC, nie wiedzialem jeszcze nic o dedykacji lamp blyskowych, ale stan ten
nie trwal dlugo. Do torby trafialo coraz wiecej gadzetow, az pewnego
listopadowego poludnia, torba z cala zawartoscia, bez udzialu mej woli,
zmienila wlasciciela. Wtedy odczulem pierwsze ojawy uzaleznienia. Nagle
stracilem sens zycia. Nie na dlugo. Juz miesiac pozniej, licytowalem na
ebay-u Pentaxa SuperA. Bezposredni przed decyzja o SuperA, realia rynku
zrzucily mnie twardo na ziemie - dowiedzialem sie, ze LX kosztuje znacznie
wiecej niz 600 zl. Osiagniecie stanu sprzed kradziezy zajelo mi tym razem
znacznie mniej czasu, a to dzieki urokom e-bay'a - uwaga kolejna odnoga
uzaleznienia. SuperA otworzylo kolejna furtke - mozna do niego kupowac
akcesoria. Po pewnym czasie stracilem mojego pupila. Jego miejsce zajal
MZ-M. Przez jakis czas byl spokoj, az nagle zachorowalem na dodatkowe body.
Padlo na MX'a. Kolejne niezliczone transakcje, windery, lampy, obiektywy,
choroba na sredni format, kolejny Pentax, matowki, torby....ufff.
Efekt jest taki, ze mam LX'a, MX'a, 645, zestaw staloogniskowych SMC,
dedykowana lampe, worek akcesoriow, 2 torby, a manulnych Pentaxach wiem
prawie wszystko. Problem polega na tym, ze od roku zrobilem piec zdjec na
krzyz - no ale przeciez mam potencjal.

[...]

Musze konczyc, na ebay-u wlasnie konczy sie licytacja na UG-20 - jasna
matowke z siatka do 645.
;-)))))

 

Artykuły ogólne: Siedem Poziomów Fotografów

  

Duchowy przewodnik (satyra) © Ken Rockwell.com

(Uwaga: posługuję się zachodnią konwencją językową, według której „on” oznacza obydwie płcie).

Artysta: Najwyższy Poziom 7 (odpowiednik “Nieba” w mitologii chrześcijańskiej)

To najwyższy poziom, jaki można osiągnąć.

Artysta przelewa swoją wyobraźnię w materialną formę, którą nazywamy fotografią. Zatrzymuje w tej fotografii duszę miejsca, prawdziwą lub wyobrażoną, na którą reaguje widz.

Artysta w pełni panuje nad używanymi przez siebie narzędziami. Tworząc, artysta wykracza poza zwykłe, przyziemne istnienie, gdyż jego dusza ulatuje aby spotkać się z duszą, którą on chce ukazać. Artysta może uczyć się i ćwiczyć kiedy nie tworzy. Kiedy jednak tworzy, aparat staje się przedłużeniem jego umysłu. Gdy jest zaangażowany w proces twórczy, nie poświęca ani jednej świadomej myśli kwestiom technicznym, które tak doskonale opanował.

Używając muzycznego porównania, pianista może nieustannie ćwiczyć gamy, ale kiedy występuje, nie zastanawia się nad układem palców na klawiaturze. Zatraca się w nastroju chwili.

Podobnie jak profesjonalni surferzy, mający po kilkanaście desek, czy gitarzysta z kolekcją 23 kostek, artysta może posiadać wielką ilość aparatów – a każdy z nich służy do innego celu.

Inny artysta może mieć tylko jeden aparat, lub nie mieć go wcale. To nie ma znaczenia.

Artyści czasem ubierają się dziwacznie, a często bardzo późno kładą się spać.

Nikt nigdy nie ogląda ich prac, ponieważ nie są zbyt dobrzy w autopromocji. Ci, którzy potrafią się wypromować, spadają na poziom Dziwki. Niestety, o paradoksie, oznacza to, że nie zobaczysz nigdy zdjęć prawdziwego artysty – chyba że znasz go osobiście. Dobrzy artyści na ogół wstydzą się pokazywać swoje prace komukolwiek – chyba że bardzo dobrze ich znasz – ponieważ wkładają w nie swoją duszę.

Artysta może posługiwać się dowolnym rodzajem aparatu, także otworkowym czy jednorazowym, albo kamerą wielkoformatową. Posługują się takim instrumentem, jakiego potrzebują by stworzyć to, czego chcą.

Dziwka: Poziom 6

Dziwka to artysta, który sprzedaje swoją duszę, przyjmując za swoje dzieła pieniądze lub narkotyki.

Ponieważ zniża się do tego poziomu, jego wizja twórcza zapewne nie jest szczera.

Dlaczego? Jeżeli musisz sprzedawać swoją duszę, aby mieć kasę na jedzenie i mieszkanie, nie pieprzysz się dla przyjemności – co oznacza, że nie próbujesz niczego nowego.

Jeżeli dziwce uda się po latach starań zarabiać tyle, by wystarczyło na opłacanie rachunków, to raczej mało prawdopodobne, aby próbował nowego stylu, dopóki potrzebuje pieniędzy.

Artyści mający swojego “przedstawiciela” (co oznacza, że reprezentuje ich galeria czy agent – coś w rodzaju alfonsa) mogą go utracić, zmieniając styl.

Dlatego też sztuka wystawiana na sprzedaż przez jedną osobę raczej nie będzie ani lepsza, ani inna.

Jedyne, czego chcą od dziwki jego alfonsi (pardon, przedstawiciele) to styl, dzięki któremu jego zdjęcia sprzedają się. Przeczytaj książkę Barnbauma o artyzmie. Naprawdę rzadko zdarza się, aby odnosząca sukcesy dziwka zmieniła styl, który już został zaakceptowany.

Amator: Poziom 5

Amatorami są ludzie, którzy mniej niż połowę swoich zarobków osiągają z fotografii. Nie ma to nic wspólnego z jakością robionych przez nich zdjęć.

Tacy ludzie kochają tworzyć fotografie. Dobrzy amatorzy o czystych duszach mogą przeskoczyć pozostałe poziomy i stać się artystami.

Ludzie, którzy poza swoim normalnym zajęciem w weekendy zajmują się fotografowaniem ślubów itp. nie przestają być amatorami – po prostu biorą pieniądze za swoje zdjęcia.

Amatorzy, którzy sądzą, że lepszy aparat sprawi iż będą robili lepsze zdjęcia, ryzykują spadek na najniższy poziom – onanisty sprzętowego. Zbyt wielu amatorów daje się zwieść producentom aparatów i wierzy, że muszą mieć dobre aparaty aby robić dobre zdjęcia. Takie myślenie zabija tworzenie sztuki.

Amatorzy, którzy potrafią zatracić się w tworzeniu świetnych obrazów, znajdują się na dobrej drodze do uzyskania oświecenia.

Dobrze jest być amatorem – z tego poziomu łatwo można wznieść się na poziom artysty.

Amatorzy prawie zawsze używają lustrzanek Canona.

Pstrykacz: Poziom 4

Pstrykaczem jest moja mama, a wraz z nią większość ludzi. Takie osoby chcą mieć wspomnienia, a nie fotografie czy aparaty.

Pstrykacze, którzy są grafikami, bądź po prostu posiadają zdolności plastyczne, bardzo często tworzą fantastyczne zdjęcia, zadziwiając innych. Tacy pstrykacze są artystami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Na ogół także ubierają się lepiej niż artyści, którzy uważają się za artystów.

Uwierz mi: to fotograf robi zdjęcie, a nie aparat.

Pstrykacze używają zwykłych „małpek” albo aparatów jednorazowych, osiągając tak samo doskonałe rezultaty jak pozostali, korzystający z „Lejków”, Nikonów, Canonów czy Contaxów.

Zawodowiec: Poziom 3

Zawodowy fotograf to ktoś, kto utrzymuje się wyłącznie (w 100%) z fotografii.

Zawodowcy nie tworzą sztuki aby żyć – tworzą komercyjne obrazy. Zwykle dobrze opanowali technikę i potrafią wygenerować całkiem porządne zdjęcia, jednak umiejętność przekazywania swoich wizji nie zawsze jest im dana.

Oczywiście, zawodowcy mogą tworzyć wspaniałe zdjęcia w czasie, kiedy nie pracują.

Zawodowcy poświęcają bardzo niewiele czasu na zastanawianie się nad swoim sprzętem – poza sytuacjami, kiedy muszą go naprawić. Spędzają większość czasu na poszukiwaniu zleceń i narzekaniu, że wszyscy inni fotografowie w mieście obniżają ceny.

Zawodowcy wydają na klisze i usługi laboratorium więcej w ciągu miesiąca niż na swój sprzęt w ciągu całego roku.

Nie istnieją profesjonalni fotografowie przyrody. Fotografowie przyrody mają jakiś inny etat, albo są utrzymywani przez żony.

Zawodowcy robią zdjęcia lustrzankami Nikona, średnioformatowymi Mamiyami lub aparatami wielkoformatowymi Calumet 4x5”. Nie stać ich na tak dobry sprzęt, jaki kupuje większość poważnych amatorów.

Jeżeli nie jesteś profesjonalnym fotoedytorem, pewnie nigdy nawet nie słyszałeś o zawodowych fotografach – chyba że przyjaźnisz się z jednym z nich. Faceci występujący w reklamach aparatów, którzy twierdzą, że używają tego czy tamtego aparatu, to tylko wynajęci modele.

Prawdziwi zawodowcy nie mają swoich stron internetowych i nie publikują biuletynów technicznych. Tacy ludzie są zwykle amatorami.

Bogaty Amator: Poziom 2

To amatorzy, którzy – posiadając zbyt wiele pieniędzy – kupują mnóstwo sprzętu. Ma on uwolnić ich swobodną ekspresję. W tej grupie znajdziemy przeważnie mężczyzn, a większość z nich jest w podeszłym wieku lub na emeryturze.

Bogaci amatorzy robią zdjęcia aparatami marki Leica, Contax, Alpa, Hasselblad oraz kamerami wielkoformatowymi Linhof (4x5”) Są to niewątpliwie świetne aparaty. Ale zdjęcia uzyskiwane nimi niczym się nie różnią od tych zrobionych Zenitem, Pentaxem, Bronicą czy Tachihara.

Biedniejsi bogaci amatorzy robią zdjęcia lustrzankami Nikona – a czasem też Canona.

Ostatnio ci kretyni kupują cyfrowe lustrzanki, przeznaczone dla reporterów gazetowych, takie jak Canon EOS-1D czy Nikon D1X. Aparaty te dają gorsze rezultaty techniczne niż aparaty, którymi posługują się pstrykacze. Naprawdę głupi ludzie czekali na pojawienie się Contaxa N Digital, który kosztuje 7 tysięcy dolarów. Jest mniej użyteczny niż cyfrowe lustrzanki Nikona czy Canona, a zdjęcia robi technicznie gorsze niż tania lustrzanka na zwykłe klisze.

Bogaci amatorzy myślą, że nieostre czarno-białe zdjęcia pokazujące ubogich ludzi to sztuka.

Niektórzy bogaci amatorzy łatwo spadają na ostatni poziom w hierarchii, ponieważ nadmiernie przejmują się kwestią sprzętu. Inni przechodzą wprost do tworzenia świetnej sztuki, ponieważ nie muszą przejmować się sprzętem – uważają, że właśnie ich jest najlepszy z możliwych. Co ciekawe, niewielu bogatych amatorów tworzy zwyczajne, przeciętne zdjęcia. Ich prace są albo świetne, albo całkowicie do dupy.

Onanista sprzętowy: Najniższy Poziom 1 (odpowiednik “Piekła” w mitologii chrześcijańskiej)

Ci mężczyźni (a do tej grupy zaliczają się wyłącznie mężczyźni) nie interesują się sztuką ani fotografią, ponieważ nie posiadają duszy. Nie mając duszy, nie potrafią wyrazić swoich wyobrażeń ani uczuć, dlatego też ich zdjęcia – o ile w ogóle jakieś robią – są do niczego.

Większość uprawia techniczne zawody – są wśród nich inżynierowie, komputerowcy i specjaliści od nauk ścisłych. Ludzie ci tak bardzo przejmują się wystawianiem cyfrowych ocen dla różnych rzeczy, że całkowicie zapominają o tym drobnym fakcie, iż aparat czy tabela z wynikiem testów ma niewiele wspólnego z duchem obrazu. Ponieważ tak bardzo interesują się mierzeniem osiągów aparatów, przezwaliśmy ich „onanistami sprzętowymi”. Niestety, wielu z nich trafia na moją stronę KenRockwell.com poszukując informacji o osiągach aparatów.

Wielu z nich lubi też bawić się sprzętem audio, komputerami czy samochodami. Mogą cieszyć się z zabawek, takich jak aparaty, dla samej przyjemności ich posiadania. Rzadko, jeżeli w ogóle, korzystają z nich w celach, do jakich zostały stworzone.

Młodsi spośród nich grają w gry komputerowe, często „czatują” i surfują po Internecie. Starsi przyłączają się do klubów miłośników aparatów. (Należy zapisywać się do klubów fotograficznych, ale nigdy do klubów miłośników aparatów czy jakichkolwiek klubów, które usiłują wystawiać punkty sztuce, ponieważ sztuka jest czymś subiektywnym i nie może być oceniana za pomocą cyferek). Ludzie ci nigdy nie stworzą niczego godnego uwagi, korzystając ze swoich sprzętów. Ale z pewnością podnieca ich fakt posiadania, nabywania lub opowiadania o nich innym ludziom.

Jedynym rodzajem wyposażenia, na który nie zwracają najmniejszej uwagi, jest ten sprzęt, który jest rzeczywiście przydatny: oświetlenie.

Interesują się sprzętem dla samego sprzętu. Zagadają cię na śmierć, jeżeli tylko im pozwolisz. Jednak gdy wyrazisz chęć obejrzenia ich prac, cała odwaga natychmiast ich opuszcza. Mogą także pomyśleć, że chcesz zobaczyć ich aparaty.

Ktoś posiadający przyzwoite portfolio nie jest sprzętowym onanistą sprzętowym. Ktoś posiadający więcej aparatów niż porządnych zdjęć może nim być. Zapewne są nimi osoby, których strony internetowe pełne są artykułów o technice, a pokazują bardzo niewiele interesujących zdjęć.

Pod żadnym pozorem nie zadawaj się z tymi ludźmi, nie rozmawiaj z nimi ani nie czytaj ich stron internetowych. Dla nieuświadomionych jawią się niczym niewyczerpane źródła wiedzy. Ich chore, pozbawione życia dusze z rozkoszą wciągną cię do ich własnego piekła. Już nigdy nie uwolnisz się od rozważań o tym, jak ostry naprawdę jest twój obiektyw. Jeżeli zaczniesz się tym martwić, już nigdy nie sfotografujesz niczego poza murem z cegieł czy kartą testową.

Ludzie ci są łatwi do zidentyfikowania. Jeżeli doczytałeś aż do tego miejsca, zapewne widziałeś ich strony internetowe. Zawsze mają mnóstwo informacji o sprzęcie, ale niewiele zdjęć. Strzeż się informacji pochodzących ze stron, na których nie ma wielkiej ilości zdjęć, które ci się podobają.

Musiałem zdjąć większość zdjęć sprzętu z mojej strony internetowej, ponieważ ci ludzie poświęcali więcej czasu na oglądanie mojego sprzętu niż na oglądanie moich prac! Pasmo dostępu, za które płacę, zajmowali ci idioci, gapiąc się na moje obiektywy zamiast oglądać zdjęcia – dla których właśnie ta strona powstała. Dlatego wszystkie fragmenty o sprzęcie są w kolorze żółtym, aby bolały ich oczy, gdy będą tracić zbyt wiele czasu na śrubki i motorki.

Wielu ludzi, którzy piszą do mnie mejle, należy niestety do tej najgorszej, nieoświeconej grupy. Mnóstwo z nich grasuje po Internecie i poświęca całe godziny na „wnoszenie własnego wkładu” do stron poświęconych technice oraz gadając na czatach takich jak Photo.net, www.dpreview.com, photocritique.net czy na niemieckim forum dla osób posiadających i zbierających Nikony, zamiast robić własne zdjęcia. Ci goście tutaj nie są tacy źli.

 

Artykuły ogólne:

 

Sprzęt: W poszukiwaniu złotego Graala - granice fotografii 35mm

 

Date: Sun, 07 Oct 2001 22:18:30 GMT
From: watteau+box43.gnet.pl (Stanislaw B.A. Stawowy)

W poszukiwaniu zlotego Graala - granice fotografii 35mm


Granica piewsza - rozdzielczosc oka
===================================
Jakosc powstalego obrazu jest ograniczona w pierwszym rzedzie
przez wzrok ogladajacego. Jesli skala powiekszenia jest odpowiednio
mala, niska rozdzielczosc systemu tworzacego obraz moze zostac
nie zauwazona. Przykladem moze byc tu mn. fotografia robiona
przy pomocy apaatow subminiaturowych - np. Minoxa. Obiektywy
tych aparatow maja krotka ogniskowa i musza dawac ostry obraz
na niewielkiej powierzchni; najlepsze obiektywy Minoxow daja
lepszy obraz niz najlepsze obiektywy aparatow 35mm, zblizajac
sie znaznie ardziej do bycia ograniczonymi jedynie przez dyfrakcje.
W efekcie zdjecie z Minoxa powiekszone, zalozmy, 20 razy, bedzie
mialo wieksza rozdzielczosc niz zdjecie 24x35 powiekszone 20
razy. Jednak powiekszenia tej samej wielkosci (np. 13x18)
z negatywu subminiaturowego, beda nie lepsze, a najprawdopodobniej
znacznie gorsze, niz z negatywu maloobrazkowego. Powyzsze
stwierdzenie odnosi sie do porownania malego obrazka ze srednim
formatem i sredniego formatu z duzym.


Powszechnie przyjmuje sie zalozenie, ze praktyczna granica
dajaca wszystko co mozliwe z malego obrazka, jest 15 razy -
oznacza to odbitke o rozmiarach 36x54cm. Przyjmujemy tutaj,
ze patrzymy na zdjecie z odleglosci 25 centymetrow.
Ze wzgledu na budowe siatkowki, przecietne oko nie jest
w stanie zobaczyc wiekszej liczby szczegolow z
mniejszej odleglosci.
Granica rozdzielczosci ludzkiego oka jest 1' - jedna
minuta katowa (jeden stopien katowy zawiera 60', srednica ksiezyca
w pelni wynosi okolo 30'). Jedna minuta katowa w odleglosci
25 centymetrow rowna sie okolo 8 par linii na milimetr
na naszej odbitce. Przyjmijmy 10 lpmm dla latwosci obliczen.
Na naszym zdjeciu musimy uzyskac 10 lpmm. Oznacza to, ze
na negatywie musielibysmy miec 150 lpmm.


Granica druga - rozdzielczosc filmu
===================================
Filmy stosowane do wykonywania reprodukcji takie jak Kodak
Technical Pan czy Agfa Copex Rapid (Gigabit film) maja
podawana przez producenta rozdzielczosc 350 - 600 lpmm.
Jednakze wartosci te odnosza sie do negatywow wywolywanych
w specjalnych (laboratoryjnych) wywolywaczach, dajacych
bardzo duzy kontrast. Wartosci te sa mierzone przez naswietlanie
negatywu poprzez plytke szklana z naniesionymi bardzo drobnymi
czarno-bialymi liniami. Do pomiaru granic rozdzielczosci
uzywa sie tez szklanych plyt z naniesiona warstwa chromu
z wyrytymi liniami.


Niektorzy producenci podaja tez rozdzielczosci filmow dla
obiektow o ciaglych tonach. Przyklady (za E.Putsem):
Kodak Technical Pan: 250 lpmm
Agfa APX25: 179 lpmm
Kodak T-Max 100: 120 lpmm
Kodak Panatomic-X: 180 lpmm
Nie wszystkie rozdzielczosci filmow podanych wyzej moga byc
porownane wprost z uwagi na rozna metode pomiarow roznych
producentow, mozna jednak przyjac, ze granica 200 lpmm moze
byc osiagnieta w warunkach laboratoryjnych. Wszyscy producenci
zaznaczaja jednak, ze wartosci te sa idealne i nie biora pod
uwage ogranizen sprzetu uzywanego w fotografii.


Granica trzecia - dyfrakcja
============================
Opisywanie rozdzielczosci powyzej 500 lpmm moze brzmiec
fantastycznie :-). Tak jednak nie jest.
Rozdzielczosc obiektywu jest ograniczona przez dwie wartosci:
aberracje optyczne i dyfrakcje. Obiektyw ograniczany
wylacznie przez dyfrakcje jest to obiekttyw skorygowany tak
dobrze, ze jedynym czynnikiem ograniczajacym jego rozdzielczosc
jest dyfrakcja (i dlugosc fali swiatla uzywanego do
robienia zdjec). Oto wartosci rozdzielczosci dla
kilku wartosci przyslony (przyjete zalozenia to dlugosc fali
swiatla 550nm i zalozenia teorii kontrastu Kuhlera):


Przyslona       Rozdzielczosc
1,4             550 lpmm
2,0             385 lpmm
2,8             263 lpmm
4,0             185 lpmm
5,6             135 lpmm
8,0              94 lpmm
11               69 lpmm
16               48 lpmm
22               30 lpmm
32               21 lpmm

 

Przyjete wartosci odnosza sie (znow) do warunkow idealnych.
Zgodnie z wykladnia Zeissa, powyzsze wartosci rozdzielczosci
nie moga byc wprost uzyte do okreslenia jakosci obrazu
dawanego przez obiektyw. Oko ludzkie moze rozdzielic
czarne i biale linie jesli kontrast pomiedzy nimi wynosi
okolo 2%. Tak mala roznica jest znaznie ponizej
ograniczen kombinacji obiektyw - film. Zeiss uzyl wartosci
kontrastu rownej 30% przy ustalaniu rozdzielczosci
wysokorozdzielzych emulsji fotograficznych. Jesli rozwazymy
teraz dane producentow dotyczace rozdzielczosci ich filmow
przy kontrascie 50% - przyjetym przez producentow dla
filmow ciaglotonowych, otrzymamy nastepujace wartosci:


Film                    ASA     lpmm    lpmm dla kontrastu 50%
Copex/ Gigabit         12(40)   600     100
Kodak Technical Pan    25/50    320     100
Kodak T-Max 100         100     200      63
Kodak T-Max 400         400     125      50
Agfapan APX-25           25     200      80
Agfacolor HDC Plus      400     130      45
Kodak Ektar 25           25     200      80
Fujichrome Velvia Pro    50     160      80
Fujichrome Provia 100P  100     140      60
Fujichrome Provia 400   400     125      40
Fujichrome Astia        100     135      55
Fujichrome Sensia II    200     125      50
Fujichrome Sensia II    400     125      40
Fujicolor Superia 400   400     100      50
Fuji Profess. 400 NPH   400     110      50
Fuji NHG 800 Profess.   800     100      45
Kodak Ektachrome 64T     64     125      50
Kodak Ektachrome 100    100     125      50
Kodachrome 200          200     100      50
Kodak Tri-X             400     100      50
Konica Impresa Pro       50     130      80
Konica SR-G Pro         160     100      50

 


Widzimy tutaj o ile mniejsza jest praktyzna rozdzielczosc
podanych wysokorozdzielczych filmow dla zastosowan fotograficznych.


Granica czwarta - obiektyw
==========================
Najlepsze istniejace obiektywy Leici potrafia uzyskiwac
rozdzielczosc teoretyczna okolo 450 lpmm przy 5% kontrascie.
Dla kontrastu 30% oznaza to okolo 250 - 300 lpmm. Canon
New FD 1.4/50 ma odpowiedno 420 lpmm i 278 lpmm.Zeiss
Planar 1.7/50 - odpowiednio 460 lpmm i 290 lpmm.
Musimy jednak wziac pod uwage, ze wartosci podane powyzej
sa znow wartosciami idealnymi. Najlepsza wartosc uzyskana
praktycznie wynosi 120 lpmm na negatywie (za E.Putsem).
Kodak sugeruje, ze dla wyzyskania w pelni rozdzielczosci
filmu, obiektyw powinien miecokolo 3 razy wieksza
rozdzielczosc od negatywu. Ponizsza taelka pokazuje
wyniki:


    Rozdzielczosc (lpmm)
filmu   obiektywu   calosci
  50      100        33
  50      200        40
  50      400        44
  80      100        44
  80      200        57
  80      400        63
 100      100        71
 100      200        89
 100      400        97
 600      100        98
 600      600       425
 600     1800       569


Wiekszosc obiektywow dostepnych obecnie na rynku ma
rozdzielczosc znacznie nizsza niz 100 lpmm dla
kontrastu 30%. Widzimy wiec, ze maksymalna praktyczna
rozdzielczosc filmu, ktora znalezlismy wyzej - 100 lpmm
i rozdzielczosc przecietnego konsumenckiego obiektywu
- 100 lpmm (zoomy maja z zasady znacznie mniejszy
kontrast stad i nizsza rozdzielczosc. Srednia statystyczna
obiektywow typu zoom testowanych na Photodo daje okolo
50-60 lpmm) ogranicza nas do okolo 70 lpmm, pozwalajac
w wyjatkowych wypadkach (najlepszy obiektyw + ultradobnoziarnisty
film) osiagnac okolo 90 lpmm. Oznacza to okolo dziewieciokrotne
powiekszenie -- okolo 21x32 cm.


dodatek: dowod empiryczny :-)
====================
(za Shermanem i Schneiderem, Modern Photography 1978).
Fotografowany byl obiekt o wysokim kontrascie, wiec wyniki
dla 'zwyklej' fotografii beda gorsze o ok. 1/3:


Obiektyw nastawiony na f/4, nieskonczonosc

 

Obiektyw       Pan X   Tech Pan  Kodachrome 25 #2483 Micro Ektachrome
(PCF)
Summicron
Leitz 2/50     88 lpmm 96 lpmm     86 lpmm        102 lpmm
Nikon 1.8/50   88      96          82             100
Canon 1.8/50   86      92          80             100
Minolta 1.7/50 86      92          82             100
Pentax  1.7/50 86      92          80             100
Olympus 1.8/50 86      92          80             100

 

 

 

Sprzęt: Image Stabiliser - stabilizator obrazu

 

http://www.canon.com/camera-museum/tech/room/b_tebure.html
http://www.usa.canon.com/eflenses/technology/imagestabilizer.html

Date: Thu, 24 Jan 2002 23:38:44 +0100
From: "Sebastian Kaliszewski"

Co to jest i jak działa IS (ang. Image Stabiliser -- stabilizator obrazu, w
wersji Nikonowskiej oznaczany VR - Vibration Reduction)


IS pozwala na bezproblemowe uzyskiwanie przy zdjęciach "z ręki" czasów
równych 4 * 1/ogniskowa zamiast zwyczajowo przyjmowanego za bezpieczny
1/ogniskowa (wielu zaś stosuje 1/2 * 1/ogniskowa), a korzystając z wiedzy i
umiejętności można ten czas przedłużać jeszcze 2-4 razy. Co robi IS? wykrywa
i koryguje niewielkie ruchy obrotowe obiektywu (dokładniej obracanie się osi
optycznej). Nie koryguje obrotów wokół osi ani też ruchów postępowych
(przybliżanie, oddalanie, ponoszenie, opuszczanie) -- ale też jak się
okazuje na poruszenie zdjęć przez fotografującego główny i decydujący wpływ
mają własnie ww ruchy obrotowe. IS nie też oczywiście ruchu obiektu (nie ma
żadnego mechanizmu śledzącego obiekt) tak więc nie należy się spodziewać
zamrożenia poruszjącego się fotografowanego obiektu. Ruchy obrotowe
korygowane są całkowicie w pewnym, niewielkim zakresie -- wystarcza to na
takie właśnie 4-8 krotne przedłużenie ekspozycji -- normalnie trzymany
aparat w takim czasie nie obróci się poza korygowany zakres. Ale z tego
wynika jeszcze jedno -- skoro drgania aparatu są zjawiskiem przypadkowym
(szumem) to przy odrobinie szczęścia przez czas jeszcze 2, 3, 4 razy dłuższy
(zwłaszcza przy dobrym trzymaniu apaartu) maksymalne obrócenie zmieści się w
korygowanym zakresie. A szczęściu można pomóc przez powtorzenie próby -- tak
więc przy 3, 4 próbach można z ręki uzyskać np. 1/10s przy 130mm ogniskowej
(niektórzy twierdzą, że dochodzili do 1/4s). Dodatkowo dzięki temu, że ruchy
są albo wystarczająco małe i całkowicie korygowane, albo za duże i przez to
niekorygowale zdjęcie albo jest całkowicie utrzymane (jak ze statywu) albo
wyraźnie poruszone -- nie ma form pośrednich -- więc od razu widać czy
wyszło. W szkłach profesjonalnch IS ma dodatkowo tryb do zdjęć robionych z
panoramowaniem (ang. panning, prowadzenie obiektywu za celem) -- wtedy układ
wykrywa ruch panoramowania i koryguje względem niego a nie względem
zatrzymanego obiektywu (bez tego, tak jak jest w szkłach amatorskich, do
panoramowania IS trzeba wyłączać bo może on po prostu rozwalić efekt
zamrażając tło a brzydko (obiekt robi się jakby podwójny) rozmywając obiekt,
albo psując i tło i obiekt)
A jak to działa? Układ skłąda się z żyroskopowego detektora ruchów (w wersji
Canonowskiej 2 żyroskopy) przekazującego impulsy do pokładowego
obiektywowego komputerka oraz grupy soczewek (zwykle rozpraszającej) w torze
optycznym obiektywu zawieszonej na mikrosiłownikach sterowanych tym
komputerkiem. Kiedy przód obiektywu "leci" w dół, ta grupa soczewek też jest
przesuwana w dół utrzymując obraz na kliszy w stałym miejscu.

 

 

Sprzęt: Koreksy polskie - recenzja

 

Temat: Koreksy polskie - recenzja
Autor: Fereby ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl
Data: 01-09-2005, 14:32:26

W związku z pojawiającymi się co jakiś
czas na tej liście zapytaniami o używane
koreksy polskie, pozwoliłem sobie opisać
pokrótce kilka częściej spotykanych koreksów
rodzimej konstrukcji, streszczając ogół
doświadczeń płynących z ich użytkowania.

Objaśnienia pojęć pojawiających się w opisach
poszczególnych modeli (jeśli znasz się już
trochę na tym, możesz od razu przeskoczyć
do "Opisy"):

* Błona typ 120 - błona zwojowa szerokości 6 cm
w standardowej długości: 16 klatek 4,5x6 cm,
12 klatek 6x6 cm, 9 klatek 6x9 cm (istnieje możliwość
wywołania zamiast dwu błon typu 120 jednej błony typu
220 o dwukrotnie większej długości).
* błona typ 135 - błona małoobrazkowa szerokości
24 mm, standardowa klatka 24x36 mm (konfekcjonowana
6 do 36 klatek, względnie odpowiedno więcej przy
rozmiarze klatki 24x24 mm lub "klatce filmowej"
24x18 mm).
Z opisu parametrów dla błon 40 mm i 16, obecnie
rzadko spotykanych, zrezygnowano.

Objętość roztworu dla danej błony podawana
jest według danych zawartych w instrukcjach
obsługi. Liczba w nawiasie to objętość podawana
w literaturze, bądź instrukcjach przyrządzania
roztworów. Liczba z "hashem" (#) to objętość
zmierzona przez autora recenzji. Zmierzone
i podawane przez literaturę objętości są
z reguły nieco mniejsze niż podawane przez
producenta (zawsze lepiej nalać za dużo
niż za mało roztworu), co w pewnych
sytuacjach może pomóc (chcemy użyć 75 ml
roztworu w rozcieńczeniu 1+4, razem 375 ml,
a producent zaleca objętość dla błony
małoobrazkowej 400 ml), z drugiej wszakże
strony taka oszczędność może się zemścić
niewywołanym brzegiem błony, więc lepiej
korzystać z tego jedynie w absolutnej
konieczności, przedtem dokładnie
wymierzywszy objętość płynu pokrywającą
w całości szpulę ustawioną dla formatu
błony, którą chcemy wywołać.

"Szpula nieprzejrzysta" oznacza szpulę
z tworzywa nieprzepuszczającego światła.

"Szpula przezroczysta" to lekko matowa
szpula z tworzywa przepuszczającego światło,
umożliwiajaca tym samym naświetlanie wywoływanych
filmów odwracalnych (przy filmach negatywowych
praktycznie bez znaczenia). Szpule przezroczyste
na ogół są mniej odporne na urazy mechaniczne.

"Rowki" - starsze rozwiązanie szpul koreksu,
błonę wsuwa się łapiąc za brzegi i kręcąc
talerzykami, bądź popychając palcem.

"Rowki+kulki" - szpule koreksu wyposażone na
brzegach w plastykowe, bądź ze stali nierdzewnej
kulki, znacznie upraszczające proces wsuwania
błony.

"Kręcenie szpulą" - poruszanie szpulą z filmem
przy pomocy pokrętła. Wedle literatury pogarsza
ostrość konturową. Podobno może też spowodować
mocniejsze wywołanie brzegów błony, niż środka
- z czym jednak nigdy osobiście się nie zetknąłem.

"Obracanie koreksem" - oprócz kręcenia szpulą
w koreksach o specjalnej konstrukcji wlewu/wylewu
i wyposażonych w dodatkową pokrywkę, można obracać
wokół osi poziomej cały koreks powodując ruch
wywoływacza względem błony. Wedle literatury
takie mieszanie wywoływacza sprzyja zwiększeniu
ostrości konturowej.

Konstrukcja wlewów i wylewów ma istotne
znaczenie dla wygody wywołania. Wąskie wlewy
i niewielkie wylewy wymuszają odpowiednio
wcześniejsze rozpoczęcie wlewania i wylewania
kąpieli fotograficznych (nawet ponad pół minuty
wcześniej). Dodatkowo wąski strumień wywoływacza
ma większą powierzchnię kontaktu z powietrzem,
co ma negatywny wpływ na trwałość - w przypadku
stosowania wywoływaczy jednorazowych, powyższe
ma oczywiście nikłe znaczenie. Szerokie otwory
wlewowe i duże wylewowe umożliwiają napełnienie
i opróżnienie koreksu w ciągu kilku, kilkunastu
sekund.

Szybkie napełnianie może spowodować spienienie
się wywoływacza i utrwalacza, tak że nie dotrą
one do niektórych miejsc błony (efektem są białe
lub czarne koliste punkciki na negatywie). Można
jednak temu zapobiec, energiczne (w granicach,
rzecz jasna, rozsądku), kilkakrotne uderzając
denkiem koreksu o twardą, poziomą powierzchnię,
natychmiast po wlaniu wywoływacza i utrwalacza
(przerywacza zresztą też w zasadzie można, choć
nie jest to niezbędnie konieczne), powodujące
oderwanie się bąbelków powietrza od emulsji
(dobrze jest sobie wyrobić ten nawyk, niezależnie
od szerokości wlewu i wylewu naszego koreksu -
nic nie kosztuje, a może zdecydowanie poprawić
jakość negatywów).

Wszelkie oceny co do prostoty obsługi odnoszą
się do koreksów nieużywanych (względnie: mało
używanych i zadbanych) - jest oczywistym
że błony wsuwa się trudniej w bardzo zużyte
szpule, osady roztworów zmniejszają czynną
średnicę wylewów, etc.

********************************************************
+Opisy+

"Korex Uniwersalny"
Pojemność maksymalna - ok. 520# ml
* błona typ 120 (lub 2x) - 450 (420-430#) ml
* błona typ 135 - 275 (250#) ml
* błony płaskie - 500 ml

Wkładanie błony - wsuwanie w rowki.
Szpula - nieprzejrzysta.
Poruszanie błoną - kręcenie szpulą.
Wlew - szeroki.
Wylew - niewielki.

Producent: Spółdzielnia Pracy "Anatomia"
w Krakowie.

Ten mający ponad czterdzieści lat koreks
nabyłem niedawno za około dziesięć złotych
z pobudek głównie kolekcjonerskich. Reprezentuje
konstrukcję typową dla wczesnych koreksów ze
szpulą obustronnie spiralną - dolny talerzyk
z rowami i tuleja wlewu stanowią jedną część,
na którą nasadza się górny talerzyk tworząc
tym samym szpulę koreksu.

Oba talerzyki mają spirale tylko z jednej
strony, co pozwala na wywołanie tylko
jednego filmu małoobrazkowego. Co prawda
literatura twierdzi iż do szpul podobnych
koreksów potrafiono wsuwać i po dwa filmy
małoobrazkowe (złożone warstwami podkładowymi
do siebie), lecz mimo wielokrotnych prób nie
udało mi się dokonać tego wyczynu.

Filmy do "Korexu Uniwersalnego" wkłada się
trudniej niż do konstrukcji późniejszych,
głównie ze względu na bardzo ścieśnione
i ostro skręcające rowki spiral. Zgodnie
z literaturą można by zapewne zmniejszyć
tarcie błony przeciągająć rowki grafitem
miękkiego ołówka, czego jednak nigdy nie
próbowałem. Ze względu na nieskomplikowaną
konstrukcję opisywany koreks składa się
wyjątkowo prosto, w tym również w ciemności.
Początek rowków prowadzących błonę jest
oznaczony małymi, zaokrąglonymi występami.

Pokrywka puszki zakładana jest na wcisk,
więc podczas przenoszenia koreksu
z naświetlonym filmem w szpuli, a już
w szczególności napełnionego roztworami
roboczymi, należy chwytać za puszkę,
a nie pokrywkę.

Wlew znajduje się pod wyjmowalnym pokrętłem.
Lejkowata część o średnicy blisko pięciu
centymetrów i otwór o średnicy ponad centymetra
pozwalają na napełnianie z prędkością niewiele
gorszą niż w konstrukcjach współczesnych.

Umieszczony w boku pokrywki, niewielki wylew,
uniemożliwiają szybkie opróżnianie koreksu.

Pokrętło jest duże i wygodne, podczas
wywoływania należy kręcić w kierunku
odwrotnym do ruchu wskazówek zegara,
o czym przypomina umieszczona na pokrywce
strzałka.

"Korexu Uniwersalnego" używam właściwie
wyłącznie do wywołań próbek, jednak
przeprowadzone z użyciem zaświetlonej
błony próby wykazały pełną przydatność
do wywołania błon małoobrazkowych (niestety
tylko jednej za każdym razem). Moim zdaniem
to niezgorszy sprzęt dla osób, które już
w pewnym stopniu opanowały zakładanie filmów
do koreksów. Początkujący bezwzględnie winni
wielokrotnie przećwiczyć tę operację przy
pomocy zaświetlonej błony - koreks nie ma
ruchomych talerzyków i błonę trzeba po prostu
powoli wpychać w szpulę.

To jeden z oszczędniejszych znanych mi
koreksów krajowych (mała objętość płynów na
błonę). Możliwośc wywoływania błon płaskich
może się okazać bardzo cenna dla profesjonalisty.

-----------
Mały koreks "Plastic"
Pojemność maksymalna - ok. 380-400# ml.
* błona typ 135 - 230-250# ml.
Wkładanie błony - rowki+kulki.
Szpula - przezroczysta.
Poruszanie błoną - kręcenie szpulą.
Wlew - szeroki.
Wylew - duży.

Jedna z bardziej enigmatycznych konstrukcji,
mimo wieloletnich poszukiwań nie udało mi
się znaleźć w literaturze żadnego opisu.

Dolny talerzyk jest trwale zespolony z dolną
połową dwudzielnego trzpienia, wyposażonego
w prostokątnie nacięcia służące właściwemu
ustawieniu talerzyka górnego niezłączonego
trwale z drugą częścią trzpienia (górną),
zespoloną z pokrętłem.

W koreksie tym można obrabiać jedynie błony
małoobrazkowe i wydaje się do tego wprost
stworzony - dzięki kulkom zakłada się je
niewiele trudniej niż na nowoczesne, teflonowane
szpule. Można zarówno naprzemienne poruszać
talerzykami, jak też wpychać błonę.

Moim zdaniem błonę z tego koreksu najwygodniej
wyjmować łapiąc za górną część trzpienia,
obracając szpulę do góry nogami i odkręcając
dolny talerzyk (teraz znajdujący się na górze),
ale "normalnie" też nie jest wiele trudniej.

Koreks łatwo składa się i rozkłada - również
w ciemności. Prawidłowe położenie górnej
tarczy łatwo ustalić (prostokątne występy),
a w razie błędu poprawić - tylko dwie
możliwości.

Pokrywa mocowana na gwint - na wierzchu
oznaczone kierunki odkręcania i zakręcania.

Szeroki - blisko 2 cm średnicy - otwór wlewowy
zlokalizowany wewnątrz pokrętła, część lejkowa
ma średnicę ponad 6 cm. Wylew znajduje się
w bocznej ściance pokrywy - z rodzimych
koreksów tylko typ "Krokus Tank" opróżnia
się szybciej.

Najoszczędniejsza ze znanych mi konstrukcji:
250 ml wystarcza do pokrycia błony (może
nawet odrobinę mniej).

Pokrętło szerokie, zupełnie wygodne. Wywołując
należy kręcić w kierunku przeciwnym do ruchu
wskazówek zegara - co prawda błonę przed
wysunięciem ze szpuli blokują kulki, ale
- zarówno w konstrukcjach zachodnich, jak
polskich - to zabezpieczenie nie zawsze
skutkuje. Przy zamkniętej pokrywie pokrętło
można unieść na ponad pół centymetra,
uzupełniając poziomą wędrówkę błony (kręcenie)
o ruchy pionowe.

Dolny talerzyk z częścią trzpienia, górny
talerzyk i pokrywa całkowicie wymienne z dużym
koreksem "Plastic".

Moim zdaniem to jeden z najlepszych koreksów
dla osób początkujących - błonę małoobrazkową
zakłada się niezwykle łatwo, wystarcza jedynie
krótki trening.

Uwaga! Nie dysponuję oryginalną instrukcją
do tego koreksu - podane objętości, zmierzone
przy pomocy wody i męzurki, mogą być obarczone
błędem! Sugeruję więc na wszelki wypadek
przeprowadzenie własnych pomiarów.

Uwaga!!! Koreksy tego typu mogą być nieodporne
na działanie substancji żrących - należy
stale sprawdzać czy czyszczona w ten sposób
powierzchnia nie "eroduje" (widoczna ziarnistość),
ewentualnie wykorzystywać w.w. srodki w większym
rozcieńczeniu.

-----------
Duży koreks "Plastic"
Pojemność maksymalna - ok. 500# ml.
* błona typ 120 (lub 2x) - 420-430# ml.
* błona typ 135 - 240-250# ml.
Wkładanie błony - rowki+kulki.
Szpula - przezroczysta.
Poruszanie błoną - kręcenie szpulą.
Wlew - szeroki.
Wylew - duży.

Ten koreks różni się od poprzedniego
w zasadzie tylko większą puszką
i przedłużonym trzpieniem. Wydłużona
jest jego górna część (z pokrętłem/wlewem),
dolna (zespolona z tarczą), tarcza górna
oraz pokrywa są identyczne (i wymienne)
jak w odmianie mniejszej.

Większe rozmiary umożliwiają również
wywołanie błon średniego formatu
(jak w typowych koreksach uniwersalnych
- 2 błony 120 bądź jedna błona 220).
Właściwą odległość między tarczami
reguluje się dodatkowym pierścieniem
dystansującym - dla błon małoobrazkowych
umieszcza się go ponad górną tarczą, dla
błon średniego formatu pomiędzy dolną
a górną tarczą.

Błony średniego formatu nakłada się niewiele
trudniej jak małoobrazkowe - zdarza się
jednak z rzadka zarysowanie brzegów błony
(wada większości szpul z kulkami).

Istotną wadą tego koreksu jest możliwość
obróbki tylko jednej błony małoobrazkowej
równocześnie. W razie ograniczania się
tylko do tego formatu, rozsądniejsze
jest więc korzystanie z mniejszej odmiany
koreksu "Plastic" - chyba że z jakiś przyczyn
trzepa pomieścić w puszce pół litra roztworu.

Pokrętło daje się podnieść nieco mniej niż
w koreksie poprzednim - parę milimetrów.

Uwaga! Nie dysponuję oryginalną instrukcją
również i do tego koreksu - podane objętości,
zmierzone przy pomocy wody i męzurki, mogą być
obarczone pewną niedokładnością pomiarową.
Sugeruję więc na wszelki wypadek przeprowadzenie
własnych pomiarów.

Uwaga!!! Puszki, pokrywy i inne elementy
koreksów tego typu mogą być nieodporne
na działanie substancji żrących - należy
stale sprawdzać czy czyszczona w ten sposób
powierzchnia nie "eroduje" (robi się ziarnista),
ewentualnie wykorzystywać w.w. srodki w większym
rozcieńczeniu.

-----------
"Koreks Uniweralny"
Pojemność maksymalna - ponad 600 ml.
* błona typ 120 (lub 2x) - 550 ml.
* błona typ 135 - 350 ml.
* 2 błony typu 135 - 550 ml.

Wkładanie błony - rowki+kulki.
Szpula - przezroczysta.
Poruszanie błoną - kręcenie szpulą.
Wlew - wąski.
Wylew - mały.

Producent - Polskie Zakłady Optyczne
w Warszawie.

Dość ciekawa i stosunkowo rzadko omawiana
konstrukcja - w moim posiadaniu od końca
lat 70. Podobnie jak w "Korexie Uniwersalnym"
dolny talerzyk jest trwale zespolony
z trzpieniem (i pokrętłem). Oprócz tego
koreks ów składa się z puszki, pokrywki, dwu
oddzielnych, obustronnych talerzyków, dwu
tulei dystansujących (dłuższej i krótszej),
dwu identycznych pierścieni mocujących.

Koreks znakomicie nadaje się do wywołania błon
małoobrazkowych - dzięki kulkom zakłada się je
niewiele trudniej jak na nowoczesne, teflonowane
szpule. Producent zaleca naprzemienne poruszanie
oboma talerzykami, można też wpychać błonę
niczym w starszych konstrukcjach.

Zakładanie błony na górną szpulę jest nieco
trudniejsze, ponieważ jej dolny talerzyk
jest równocześnie górnym talerzykiem dolnej
szpuli, niejako na dodatek górny talerzyk,
mimo założenia pierścienia mocującego, może
przemieszczać się nieco płaszczyźnie poziomej.

Błony średniego formatu nakłada się także dość
wygodnie - w pewnych sytuacjach może jednak
dojść do zarysowania brzegów błony (wada
większości szpul z kulkami).

Wyjmowanie błon najłatwiejsze w znanych mi
konstrukcjach - górny talerzyk odejmuje
się, po prostu go unosząc, dolny talerzyk
trzyma się (w razie potrzeby) wygodnie
za trzpień.

Dwustronne talerzyki są co prawda identyczne
i nie ma znaczenia, który znajdzie się na górze,
a który w środkowej części, należy jednak założyć
je w określonej pozycji - wytłoczone na brzegach
strzałki winny być skierowane ku dołowi. Nieco
utrudnia to montaż w ciemności. Z kolei pierścień
mocujący, na pierwszy rzut oka wątły, dzięki
oporom zaciskowym zapewnia szpulom równie silne
oparcie, jak jego odpowiednik z "Krokusa 800",
będąc przy tym zdecydowanie prostszym do
założenia (zwłaszcza w ciemności). Pierścień
jest asymetryczny - przy błonach 24 i 60 mm
powinien być zakładany szerszą krawędzią ku
dołowi.

Ustawienie szpul do formatów błon jest bardzo
proste:

* 35 mm - jedną tarczę (talerzyk) zaczepić
na występie sworznia (trzpienia), dłuższą
tuleję założyć małymi wycięciami ku dołowi,
założyć drugą tarczę, na końcu pierścień
mocujący.

* 60 mm - dłuższą tuleję dystansową (małe
wycięcia ku dołowi) zaczepić na występie
sworznia, założyć drugą tarczę, krótszą
tuleję (małe wycięcia ku dołowi), pierścień
mocujący.

Pokrywa puszki jest zamykana na gwint
i trzyma się bardzo solidnie (strzałki
na pokrywce pokazują kierunek odkręcania
i zakręcania).

Jest to koreks o chyba najwolniejszym wlewie,
jaki dotąd spotkałem - co prawda lejkowata
część wlewowa ma aż 7 centymetrów średnicy
(więcej niż w "Krokusie 800"!), ale znajdujące
się w środku, zamocowane na stałe pokrętło
bardzo ogranicza rzeczywistą średnicę otworu
wlewowego. Osobiście do napełniania "Koreksu
uniwersalnego" używam 4 cm szklanych lejków
laboratoryjnych, wkładanych w otwór pokrętła,
co oprócz znacznego przyśpieszenia procesu
napełniania ma tę zaletę, że zewnętrzna część
pokrętła nie ulega zanieczyszczeniu kąpielami
fotograficznymi. Wlewanie przy pomocy
strzykawki - nawet bardzo dużej - jest równie
wolne jak tradycyjne i bardzo natlenia roztwory,
więc go nie polecam (choć oczywiście każdy
powinien przetestować swoje rozwiązania).

Pokrętło obraca się lekko, przy zamkniętym
koreksie można nim poruszać w pionie o około
pół centymetra, uzupełniając w ten sposób
kręcenie szpulą. Należy kręcić w kierunku
wskazówek zegara.

Wylew jest równie wąski jak w "Korexie
uniwersalnym" i opróżnia puszkę w podobnie
wolnym tempie.

Moim zdaniem to jeden z najlepszych koreksów
dla osób początkujących - błonę małoobrazkową
zakłada się niezwykle łatwo, wystarcza jedynie
krótki trening. Zakładanie drugiej błony tego
typu jest nieco trudniejsze, ale też wystarcza
krótki trening. Jak to na ogół bywa w koreksach
pierwszą błonę zwojową zakłada się stosunkowo
łatwo, drugą trudniej. Koreks także bardzo
oszczędny, zwłaszcza przy równoczesnym wywołaniu
dwu błon małoobrazkowych.

Napełnianie też nie stanowi problemu - wystarczy
zainwestować, w pasujące do otworu pokrętła dwa
małe lejki, co kosztuje parę złotych (zresztą
i tak są one konieczne do korzystania z cylindrów
miarowych 10-25 ml, próbówek, napełniania
wykonanych z tworzywa sztucznego buteleczek
250 ml i mniejszych etc.).

-------------
Koreks "Krokus Tank 800"
Pojemność maksymalna - ponad 800 ml.
* błona typ 120 (lub 2x) - 650 ml.
* błona typ 135 - 400 (375) ml.
* 2 błony typu 135 - 700 ml.

Wkładanie błony - rowki.
Szpula - przezroczysta.
Poruszanie błoną - kręcenie szpulą
i obracanie koreksem.
Wlew - szeroki.
Wylew - duży.

Producent - PZO w Warszawie.

Ten typ koreksów był wielokrotnie omawiany
w literaturze i jest niezwykle powszechny
- często spotyka się je na aukcjach
internetowych i w komisach w cenie 20-40 PLN
(cena na ogół zależy od stopnia zużycia).
Koncepcyjnie przypomina rozwiązania zachodnie
- dwie dwuczęściowe, rozkładalne szpule
(przez pokręcenie jednym z talerzyków),
samodzielny trzpień z wyjmowanym pokrętłem,
pokrywa umożliwiająca obracanie koreksem.

Przezroczyste szpule nie są wyposażone
w kulki, co czasem może się stać źródłem
problemów przy zakładaniu błon o większej
długości (np. małoobrazkowych). Z drugiej
strony zmniejsza się prawdopodobieństwo
porysowania brzegów błon zwojowych.

Błony można zakładać zarówno na szpulę
zdjętą ze trzpienia, jak znajdującą się
na nim. Ten pierwszy sposób najlepiej
sprawdza się w przypadku wywołania
dwu filmów małoobrazkowych (druga szpula
na trzpieniu bardzo przeszkadza). Z kolei
drugi funkcjonuje lepiej w przypadku
wywołania jednej błony małoobrazkowej,
jednej lub dwu błon zwojowych (możliwość
uprzedniego ustalenia kierunku wprowadzania
błony/skrętu szpuli przy świetle, uniknięcie
mocowania się z pierścieniem mocującym
w ciemności).

W przeciwieństwie do konstrukcji opisanych
poprzednio, szpule można wkładać zarówno
lewoskrętnie, jak prawoskrętnie. Gdy chce
się poruszać błoną kręcąc pokrętłem rowki
szpuli powinny być ustawione lewoskrętnie
przy kręceniu zgodnie z ruchem wskazówek
zegara, prawoskrętnie zaś gdy zamierzamy
kręcić w przeciwną stronę. Powyższe
postępowanie zapobiega wysuwaniu się błony
ze szpuli podczas kręcenia. Oczywiście
w przypadku równoczesnego wywoływania
dwu błon małoobrazkowych, obie szpule
winny być założone tak by rowki prowadzące
w szpulach skręcały w tym samym kierunku
(gdy mamy zamiar obracać koreksem, powyższe
ma mniejsze znaczenie).

Ustalenie początku rówków prowadzących błonę
oraz położenia szpul w ciemności umożliwiają
małe szpiczaste występy na początku - bywa
jednak iż przeszkadzają one przy zakładaniu
błon.

Pierścień mocujący zakłada się bardzo
trudno (zwłasza w ciemności), niektórzy więc
robią sobie nowy, przycinając odpowiednio
np. kawałek plastykowej rurki o starannie
dobranej średnicy.

Pokrywę puszki otwiera się i zamyka kręcąc
w odpowiednią stronę (brak strzałek na
pokrywie, kierunki otwierania/zakrecania są
jednak typowe). Pokrywka kanału wlewowo-
-wylewowego zakładania jest na wcisk.

Część wlewowo-wylewowa jest szeroka i wygodna
- ponad 6 centymetrów z blisko dwucentymetrej
średnicy otworem, z którego na czas wlewania,
wylewania oraz obracania koreksem, wyjmuje się
pokrętło.

Pokrętło trzyma się na dwu występach wewnątrz
trzpienia, niekiedy wychodzi nieco opornie,
ale za to przy zamkniętym koreksie umożliwia
podniesienie trzpienia o około centymetr w górę,
pozwalając na uzupełnienie klasycznego kręcenia
szpulą szpulą o ruchy pionowe. Na powrót
pokrętło wciska się łatwo. Nawet z założonymi
dwoma błonami małoobrazkowymi szpulami kręci
się lekko i bez wysiłku.

Koreks przy obracaniu niestety potrafi cieknąć,
ale to przywara wielu konstrukcji przelewowych.
Na ogół występuje przy drugiej kąpieli (tzn.
po wylaniu wywoływacza lub wody do wstępnego
zwilżenia błony), przyczyną prawdodpodobnie
jest wciśnięcie dodatkowej ilości powietrza
do koreksu podczas ponownego zakładania
pokrywki, szukając ujścia wciska pewną ilość
wodę pomiędzy uszczelkę a pokrywę, co powoduje
niedokładne przyleganie uszczelki. Wycieki na
ogół nie są duże, kilka-kilkanaście kropel,
ale irytujące (trzeba coś podłożyć i używać
rękawic gumowych).

Duża zaletą koreksów "Krokus Tank" jest
możliwość korzystania ze szpul koreksów
firmy Paterson (kulki, rowki powleczone
teflonem). Wchodzą one na trzpień z pewnym
oporem, co pozwala nie tylko na używanie
ich bez pierścienia zaciskowego, ale również
zastąpienie nimi samego pierścienia o ile
założy się je nad standardowymi szpulami
koreksów "Krokus Tank". Przed skorzystaniem
jednak z podobnego rozwiązania należy
przeprowadzić testy (najlepiej na mokro)
- trzpienie różnych koreksów "Krokus Tank"
mogą się odrobinę różnić średnicą, zaś
w miarę używania szpul z "Patersonów",
te mogą trzymać się na trzpieniu coraz
luźniej.

W razie korzystania z tych szpul, ilość
roztworów niezbędnych do pokrycia szpul
oczywiście się nie zmienia (w każdym razie
w znaczącym stopniu - wlewać należy ilość
zalecaną dla "Krokus Tank", nie zaś
koreksów Patersona!).

----------
Koreks "Krokus Tank 2000"
Pojemność maksymalna - ponad 2000 ml.
* błona typ 120 (lub 2x) - 650 ml.
* 2 błony typ 120 (lub 4x) - 1200 ml.
* 3 błony typ 120 (lub 6x) - 1750 ml.
* błona typ 135 - 400 (375*) ml.
* 2 błony typu 135 - 700 ml.
* 3 błony typu 135 - 1000 ml.
* 4 błony typu 135 - 1350 ml.
* 5 błon typu 135 - 1700 ml.

Wkładanie błony - rowki.
Szpula - przezroczysta.
Poruszanie błoną - kręcenie szpulą
i obracanie koreksem.
Wlew - szeroki.
Wylew - duży.

Producent - PZO w Warszawie.

Koreks w dużym stopniu zbliżony do "Krokus
Tank 800". Pełna wymienność szpul, pokrywy,
pokrywki, pierścienia zaciskowego, pokrętła.
W modelu 2000 również można stosować szpule
Patersona bez pierścienia zaciskowego
(z podobnymi zastrzeżeniami jak w "osiemsetce").

Jak w poprzednim przypadku, korzystanie z tych
szpul, nie zmienia w istotnym stopniu objętości
roztworu niezbędnej do pokrycia błon (wlewa
się ilość zalecaną dla "Krokus Tank", nie
zaś koreksów Patersona!).

Błony można zupełnie wygodnie zakładać na
szpule znajdujące się na trzpieniu - nawet
trzy szerokości małoobrazkowej, bądź dwie
do średniego formatu - o ile pierścień
zaciskowy pozostawi się na górnym krańcu
trzpienia, a załadowane szpule odsunie się
na jego koniec. Po załadowaniu ostatniej,
pierścień wystarczy docisnąć do górnej
szpuli - przesuwanie go po trzpieniu jest
zdecydowanie prostsze, niż zakładanie
w ciemności.

Pewną wadą tej konstrukcji jest kompletna
niemożność ładowania błon w worku-ciemni
(chyba że naprawdę bardzo obszernym).

Koreks potrafi cieknąć bardziej, niż jego
mniejszy brat, co jest oczywistym następstwem
większej objętości cieczy i jej dłuższej
drogi.

Opanowanie techniki zakładania błon
na oryginalne szpule koreksów "Krokus
Tank" 800 i 2000 wymaga od początkujących
nieco dłuższego treningu niż względem ich
odpowiedników dysponujących kulkami.
W wypadku skorzystania ze szpul Patersona,
niezbędny trening jest nieporównanie krótszy,
a wygoda większa.


Grupa: pl.rec.foto
Re: Koreksy polskie - recenzja
Autor: kesek kesekld+go2.pl
Data: 01-09-2005, 20:24:59

JA napisał(a):

> Znacznie większym problemem jest kapsel zatykający wlew. Po
> pierwszym zalaniu suchego koreksu, nic się nie dzieje, ale już
> kolejne kąpiele ciekną.

Jest na to prosty patent. Wystarczy:

- przed założeniem korka odkręcić koreks, tak na ok. pół obrotu.
- założyć korek
- dokręcić koreks

W ten sposób nie robimy ciśnienia w środku, które powoduje przeciskanie
się "zupki" przez uszczelkę.

Uprzedzając pytania: patent jest wypróbowany, nie ma żadnych zaświetleń
w wyniku jego stosowania. W zamian mamy całkowicie "suchą" robotę z
wywoływaniem filmów w krokusie 800.

 

Sprzęt: Krótki przewodnik po obiektywach

 

Date: Thu, 22 Nov 2001 00:18:20 GMT
From: watteau+box43.gnet.pl (Stanislaw B.A. Stawowy)

Stanislaw B.A. Stawowy


KROTKI PRZEWODNIK PO OBIEKTYWACH


1.) Zero elementow


Sa to tak zwane 'obiektywy otworkowe' - 'pinhole'. skladaja sie z pojedynczego
otworka o niewielkiej srednicy (dziesiate czesci milimetra) wywierconego
w cienkiej blaszce mosieznej, srebrnej lub aluminiowej. Obraz tworzony
jest wskutek dyfrakcji promieni swietlnych na krawedzi otworka.
Cechy obrazu - bardzo miekki, o wyrownanej gradacji i zmniejszonym
kontrascie, rozdzielczosc jest niewielka, rzedu kilkunastu lpmm.
Obiektywy otworkowe rysuja ostro niezaleznie od odleglosci przedmiotu
i filmu. Optymalna jasnosc obiektywu otworkowego to ok. f/100 - f/200.
Raczej nie wykozystywany w malym formacie, juz przy 6x6 zaczyna dawac
interesujace wyniki. Jasnosc obrazu maleje ze zblizaniem sie do brzegow
obrazu z cos^4 kata pomiedzy osia optyczna a promieniem padajacym
na emulsje.


2.) Jeden element
Wiekszosc najtanszych automatycznych aparatow maloobrazkowych ma
obiektywy skladajace sie z pojedynczej, zwykle plastikowej soczewki.
Zazwyczaj nie jest ona przesuwana i znajduje sie w stalej odleglosci
od emulsji tak, ze najlepiej przedstawia obiekty odlgle o ok. 2-3
metry od aparatu. Jakosc obrazu jest bardzo zla, z wyraznie widoczna
aberracja sferyczna i chromatyczna, silna koma. Jakosc obrazu spada
znacznie w miare oddalania sie od osi optycznej. Swiatlo nie przekracza
zwykle f/8 - f/11.


3a.) Dwa elementy sklejone razem
Jest to tzw. achromat. Jest on pozbawiony aberracji chromatycznej, ale
jakosc w miare oddalania sie od osi optycznej maleje znacznie.
Doskonale jako obiektywy portretowe. Przy dluzszych ogniskowych, gdy
wykorzystywana jest tylko centralna czesc obrazu, tego typu obiektywy
czesto sprawuja sie doskonale - vide obiektyw 500mm sprzedany ostatnio
przez Kube Jewule. Inny przyklad - obiektyw aparatu Ami-2


3b.) Dwa elementy pleckami od siebie (peryskop)
Tego typu obiektywy byly czesto stosowane jako szerokokatne w fotografii
wielkiego formatu - przykladem moze byc np. slynny Hypergon Goerza.
Jakosc obrazu w miare zblizania sie do brzegow jest akceptowalna,
a po przyslonieciu do f/32 - f/45 bardzo dobra. Jednozesnie nie
wystepuje w nich dystorsja, a znaczny spadek jasnosci w miare zblizania
sie do brzegow zdjecia jest czesto kompensowany przez zastosowanie
filtrow centralnych albo urzadzen mechanicznych (jak np. wiatraczek
na Hypergonie). Przykladem peryskopu jest 'Bilar' z aparatu Druh.


4.) Trzy elementy - anastygmat = tryplet Cooka
Szeroko stosowany w aparatach mieszkowych, takze w lepszych aparatach
automatycznych 35mm (np. Olympus Mju-1). Tryplet Cooka jest bardzo wrazliwy
na jakosc wykonania i zlozenia, rosyjskie Smieny Symbol czesto mialy
zle zlozone obiektywy T-43 - rosyjskie tryplety.
Anastygmaty trojsoczewkowe najlepiej pracuja przy przyslonie f/11
i wiekszej, nierzadko rywalizujac ze znacznie bardziej skomplikowanymi
formulami optycznymi. Jakosc obiektywu przy brzegach zdjecia nigdy nie jest
w nich calkiem dobra, ale w srodku obrazu czesto przekracza 50 lpmm.
jasnosc tego typu obiektywow rzadko przekracza f/3.5


Lista trypletow:
Agfa: Anastigmat, Igestar, Apotar
Beck: Neostigmar
Busch: Glaukar
Friedrich: Corygon
Kodak: Anastigmat, Anaston
Laack: Pololyt
Ludwig: Victar, Meritar
Meyer: Trioplan, Aristoplan, Domiplan
Rodenstock: Trinar, Eurygon
Schneider: Radionar, Actinar
Steinheil: Cas sar, Actinar
Voigtlander: Voigtar, Helomar, Avuskop
Zeiss: Triplet, Novar, Nettar
ZSRR: T
CSSR: Mirar
Polska: Emitar


5a.) Cztery elementy - dwa achromaty pleckami do siebie - Aplanat
Ladnie rysujacy obiektyw, wykorzystywany czesto w aparatach wyzszej klasy
w wiekszym formacie pod nazwa Doppel-Anastigmat, po niewielkich zmianach
(2x3 elementy sklejone ze soba) wykorzystywany wciaz w wielkim formacie
pod nazwa Dagor, Leukar, Akmar, Symmar. Swiatlo zwykle f/6.8, bardzo wysoka
jakosc obrazu, brak dystorsji, lekki spadek ostosci przy krawedziach
znikajacy przy przyslonieciu do f/22.


5b.) Jego Wysokosc Tessar
Nazwany i sprzedawany przez Zeissa pod nazwa 'Adlerauge', jest jedna
z najlepszych konstrukcji optycznych. Jego glownym ograniczeniem jest
mala jasnosc - f/2.8 stanowi praktyczna granice jego mozliwosci,
najlepiej pracuje przy ok. f/8. Tessar jest bardzo odporny nawet
na znaczne przemieszczenia elementow wzgledem polozenia optymalnego;
do tego stopnia, ze niektore Tessary byly nastawiane na ostro przez
przemieszczanie przedniego elementu wzgledem pozostalych. Sa to
zwykle obiektywy bardzo lekkie i male; Szeroko stosowany od ponad stu lat,
produkowany jest i sprzedawany do dzisiaj w wielkiej liczbie dla
kazdego formatu. Z bardziej znanych Tessarow warto wymienic tu
Nikkora 2.8/45 Zeiss Tessara 2.8/45 do Contaxa czy obiektyw Yashica T3 -T5.


Lista Tessarow:
Aldis: Series I
Agfa: Solinar
Bausch&Lomb: Tessar
Berthiot: Olar
Boyer: Saphir
Busch: Glyptar
Graflex: Optar
Ilex: Paragon
Kern: Kernon
Kilfitt: Kilar
Kodak: Ektar, Aviaton, Process-Anastigmat
Laack: Dialytar T
Leitz: Elmar, Hektor
Ludwig: Meritar
Meyer: Primotar
Plaubel: Anticomar
Rodenstock: Ysar
Ross: Xpres
Roussel: Stylor
Schneider: Xenar, Xenagon
Steinheil: Culminar, Quinar
Voigtlander: Skopar, Color-Skopar, Heliostigmat
Wollensak: Velostigmat, Raptar
Zeiss: Tessar
ZSRR: Industar, I
CSSR: Bilar


6.) Rozwiniecia Tessarow - Sonnar i przyjaciele:
Wielu projektantow poswiecilo mnostwo czasu i wiedzy dla zmodyfikowania
podstawowej konstrukcji Tessara celem zwiekszenia jego jasnosci
i jednoczesnie poprawienia jakosci obrazu przy pelnej przyslonie.
Najpiekniejszym przykladem jest tu Sonnar, obiektyw o dobrej
jakosci obrazu przy pelnej przyslonie, a poprawiajacej sie jeszcze
przy przyslanianiu; podstawowa niedogodnoscia tych obiektywow -
w porownaniu z obiektywami typu Gaussa - jest wieksza jakos obrazu
w srodku niz na brzegach obrazu, zaleta zas - wieksza rozdzielczosc
w centrum, wzgledny brak dystorsji i sliczny bokeh ;)


Lista pochodnych Tessara (tylko najwazniejsze):
Astro: Astar, Pantachar, Tachon
Kodak: Ektar
Meyer: Primoplan
Schneider: Xenar, Xenoplan
Voigtlander: Heliar
Zeiss: Biotessar, Sonnar, Biotar
ZSRR: Jupiter, Helios 44, Helios 40


7.) Obiektywy Gaussa
No tak. Ja ich nie lubie :-)
Sa to obiektywy z prawie symetrycznie rozlozonymi wzgledem przeslony
elementami. Mozna potraktowac je dla uproszczenia jako pochodne
peryskopu, ze znacznie zmodyfikowanymi elementami.
Sa one stosowane glownie jako obiektywy standardowe w aparatach
maloobrazkowych; daja rownomierny rozklad ostrosci w kadrze,
przyzwoita ostosc obrazu, niestety czesto kosztem dystorsji
i kiepskiego wygladu obszarow nieostrych (bokeh).


Lista obiektywow typu Gaussa (troszke, nieduzo):
Canon: EF 1.8/50, FDn 1.4/50, EF 1/50 L
Leitz: Summaron, Summicron, Noctilux
Nikon: 1.4/50, 1.8/50
Praktica 1.8/50, Biogon, Biometar, Panolar
Schneider: Heligon
Voigtlander: Nokton, Ultron
Zeiss: Planar

 

 

Sprzęt: Krokus Tank 800 i 2000 - uzupełnienia

 

Tekst poniższy jest uzupełnieniem do artykułu koreksach polskich opublikowanego na tej liście jakiś czas temu.

Mniej typowe pojemności.

"Krokus Tank 2000" jest chyba jedynym polskim koreksem pozwalającym obrabiać błony 120 i 135 równocześnie, niestety na denku nie zostały podane minimalne objętości kąpieli niezbędne przy takiej obróbce. Poniższe są wynikiem próby praktycznej: do koreksu zawierającego puste szpule wlewano wodę mierzoną przy użyciu menzurki.

Uwaga! Nie dysponuję pięcioma oryginalnymi szpulami do tego koreksu, toteż brakujące zastąpiłem ich odpowiednikami z firmy Paterson. Mają one trochę mniejszą średnicę, jednak dzięki wykonaniu z grubszego plastyku, tylko nieco mniejszą objętość.

Porównanie z pomiarami wykonanymi bez założenia na trzpień szpul, wykazało iż dwie szpule "Krokus Tank" mają objętość około 250-280 ml, co daje 125-140 ml na szpulę. Dwie szpule "Krokus Tank" i jedna "Paterson" mają razem 350-360 ml, co daje 80-100 ml objętości szpuli "Paterson".

W poniższym opisie (k) oznacza szpulę oryginalną (Krokus Tank), (p) zaś szpulę firmy Paterson.

Minimalne objętości roztworu przy równoczesnej obróbce błon 120 i 135:
* 1x120(k) i 1x135(k) - 870-900 ml
* 1x120(k), 1x135(k) i 1x135(p) - 1250 ml
* 2x120(k) i 1x135(p) - 1500 ml

Pomiary zostały kilkakrotnie powtórzone i różnice miedzy nimi wynosiły mniej niż 5 ml. Zmierzone wartości zaokrąglono w górę do najbliższej wielokrotności 10 ml.

Przy 870 ml górny brzeg umieszczonej wyżej szpuli znajdował się dokładnie na wysokości lustra wody - doliczając objętość dwu (jedna małoobrazkowa i jedna zwojowa), względnie trzech błon (małoobrazkowa na jednej szpuli i dwie zwojowe na drugiej), objętość powyższa winna wystarczyć do całkowitego pokrycia błon. Moim zdaniem lepiej wlewać tyle jedynie w razie absolutnej konieczności, a normalnie co najmniej 900 ml (przy tej objętości górny brzeg szpuli został całkowicie pokryty wodą),

Warto przy tym zauważyć, iż "Krokus Tank 2000" mieści pełne 2 litry roztworów roboczych wyłącznie w przypadku umieszczenia weń jednej, najwyżej dwu szpul. Gdy wewnątrz znajdują się trzy szpule, maksymalna pojemność spada do co najwyżej 1800 ml. Objętość powyższa oznacza napełnienie "Krokus Tank 2000" praktycznie "pod korek" - przy 1750 ml płyn sięga dolnej krawędzi uszczelki.

Zapobieganie wywijaniu się błon.

Ta część jest przeredagowaną i uzupełnioną odpowiedzią na post Grynfildy dotyczący kłopotów ze oryginalnymi szpulami koreksów "Krokus Tank".

W przeciwieństwie do szpul wyposażonych w kulki, z których błona nawet w przypadku kręcenia w niewłaściwą stronę z reguły nie jest w stanie się wywinąć, oryginalne szpule "Krokus Tank" ("Korexu Uniwersalnego" zresztą także), nie mają żadnego zabezpieczenia przed wysunięciem się błony ze spirali. Pół biedy jeśli zdarzy się to podczas utrwalania - z reguły wystarczy błonę umieścić w naczyniu z utrwalaczem (i ten utrwalacz mieszać co jakiś czas, ewentualnie delikatnie poruszać błoną) na 10 minut. Wywinięcie się błony podczas wywoływania z reguły owocuje błoną w pasy - zwoje błony nie dopuściły wywoływacza do emulsji.

Istnieją co najmniej trzy sposoby zapobiegające wysunięciu się błony ze szpul "bezkulkowych".

1. Mieszanie poprzez cykliczne obracanie koreksu do góry dnem. Możliwe wyłącznie w koreksach przelewowych ("Krokus Tank 800" i "Krokus Tank 2000" to właśnie takie koreksy). Jeśli koreks jest pełny po brzegi, mogą wystąpić pewne problemy z właściwym mieszaniem kąpieli fotograficznych, dlatego przy tej metodzie lepiej nie napełniać koreksów "pod korek".

2. Mieszanie poprzez kołysanie koreksem - właściwą cyrkulację wywoływacza i utrwalacza zapewnia się lekko cyklicznie odchylając koreks od pionu. Jest to stosunkowo proste w przypadku koreksów "Korex Uniwersalny" i "Krokus Tank 800" - można nawet schwycić koreks jedną dłonią za denko, ewentualnie drugą trzymać pokrywkę i lekko odchylać oś pionową koreksu na boki. W przypadku "Krokus Tank 2000" byłoby to raczej trudne - tu stojący na podłożu koreks łapie się za ściankę, bądź pokrywkę i odpowiednią ilość razy odchyla w prawo, lewo, do siebie, bądź od siebie. Ten styl mieszania, podobnie jak opisany poprzednio, może nie gwarantować właściwej cyrkulacji płynów w całkowicie napełnionym koreksie.

3. Mieszanie poprzez kręcenie pokrętłem w odwrotnym kierunku niż błona jest nawinięta. W "Korexie Uniwersalnym" wystarcza po prostu kręcić w kierunku wskazywanym przez strzałkę na pokrywce. W obu "Krokus Tank" sprawa wszakże nieco się komplikuje - w nich daje się włożyć szpule na dwa sposoby. Toteż jedynym sposobem na uniknięcie wysunięcia się błony ze spiral, jest staranna kontrola przy wkładaniu błony.

Z reguły dezorientacja następuje przy zakładaniu szpuli (bądź szpul) na trzpień, zakładaniu pierścienia mocującego i umieszczaniu tego wszystkiego w puszcze koreksu.

Dla uniknięcia błędów można:

* Planując wywołanie tylko jednej szpuli z błoną małoobrazkową, czy jedną-dwiema błonami zwojowymi, załóż szpulę i pierścień na tuleję koreksu w świetle, a dopiero po zakończeniu montażu i upewnieniu się co do strony w którą skręcają rowki spirali wyłącz światło, względnie umieść koreks w worku-ciemni (warto tu zauważyć iż niewiele jest na tyle obszernych nie tylko by zezwolić na swobodne manipulacje "Krokus Tank 2000", ale choćby w ogóle go pomieścić) i przystąp do zakładania błon.

Teoretycznie na trzpień "Krokus Tank 2000" można by założyć więcej niż jedną szpulę w świetle, zablokować je pierścieniem, po czym w ciemni powsuwać błony, ale byłoby to dość trudne (sąsiednie szpule przeszkadzają). W razie wykorzystania co najwyżej 4 szpul "małoobrazkowych", względnie trzech "zwojowych", zadanie można sobie co nieco ułatwić, poprzez założenie pierścienia mocującego na sam koniec trzpienia, pozwalając tym samym na swobodne przesuwanie się po nim założonych szpul.

Po upewnieniu się iż wszystkie spirale skręcają w tym samym kierunku, można "przejść w tryb ciemniowy" i przesuwając kolejne szpule niczym koraliki na liczydle zakłada się kolejne błony. Następnie wystarczy docisnąć pierścień mocujący w dół aż do górnej krawędzi najwyższej szpuli, tak by te nie mogły się już luźno przemieszczać po trzpieniu koreksu, umieścić ów trzpień w puszcze i zakręcić pokrywkę.

* Przed włożeniem trzpienia ze szpulą, czy szpulami do koreksu (niezależnie czy pusta szpula zakładana była na trzpień przed wsunięciem błony, czy też szpule wsuwane były na trzpień dopiero po założeniu nań błon) upewniasz się tak na wszelki wypadek w którą stronę zorientowana jest każda z błon na swej szpuli.

Choć musisz dokonywać tego w ciemności, wbrew pozorom jest to bardzo proste nawet dla początkujących - dotykiem lokalizujesz pokrętło (o ile oczywiście jest założone - inaczej po prostu znajdź górny koniec trzpienia), następnie przesuwając dłoń wzdłuż tulei szpulę i założoną nań błonę, a potem przesuwając palcem w bok po zewnętrznym zwoju błony, jej koniec. Jeśli pokrętło jest skierowane ku górze (względnie do ciebie), błona musi się kręcić w stronę z której wyczułeś koniec (a dokładniej brzeg) błony, jak gdybyś chciał staranować krawędzią błony palec, ewentualnie wcisnąć ją dalej w rowki spirali, blokując znalezioną krawędź palcem.

Najlepiej taką kontrolę przeprowadzić parę razy, ostatni już po włożeniu tulei z błonami do koreksu, na krótko przed jego zamknięciem - nieco wysuwasz trzpień z koreksu (wystarczy 1/4 - 1/3 wysokości szpuli), wyczuwasz palcem końcówkę błony i ustalasz w którą stronę jest skierowana. Potem wsuwasz wszystko z powrotem i zamykasz koreks.

Ten zabieg jest najłatwiejszy w przypadku "Krokus Tank 800", trzpień "Krokus Tank 2000" z założoną tylko jedną szpulą trzeba naprawdę sporo wysunąć. W przypadku zakładania kilku szpul, obowiązkowo należy upewnić się czy końce błon na każdej szpuli skierowane są w tę samą stronę i w razie potrzeby skorygować, zdejmując niewłaściwie założoną szpulę, przekręcając ją do góry nogami, zakładając ponownie i blokując pierścieniem (wiem, że to irytujące, ale niestety nieodzowne - inaczej gdy jedna błona będzie wsuwana w głąb spirali, założona odwrotnie będzie się zeń wywijać).

Całą procedurę kontroli można łatwo i bezboleśnie przećwiczyć, dysponując kawałkiem zaświetlonej błony (wystarczy nawet dość krótki, byle tylko wystarczyło do zapełnienia około półtora zwoju spirali). Wsuwasz ten kawałek w szpulę i znajdujesz jego koniec na założonej na trzpień szpuli, ustalając kierunek poruszania pokrętłem (przy ćwiczeniu nie jest konieczne zakładanie na trzpień pierścienia mocującego).

Pierwsze ćwiczenia przeprowadza się z otwartymi oczyma, potem z zamkniętymi, po dojściu do wprawy przeprowadza próbę w ciemności. Można to połączyć z nauką zakładania błon na szpule i wkładania ich do koreksu, choć wtedy zdecydowanie należy ćwiczyć z zaświetloną błoną zbliżoną długością do typowej, a także zakładać na trzpień pierścień mocujący. Co prawda przy poruszaniu błony poprzez kręcenie pokrętłem teoretycznie ów pierścień nie jest w stu procentach konieczny (szpule utrzymuje w dolnym położeniu na tulei siła grawitacji), ale "strzeżonego, Pan Bóg strzeże".

Fereby

 

Sprzęt: E-TTL

 

Date: Tue, 16 Oct 2001 16:05:50 +0200
From: "Sebastian Kaliszewski"

Jesli chodzi o e-TTL to:

1. Jest FEL -- czyli pomiar czesciowy (albo moze i w EOS 3 punktowy) blysku,
w dodatku robiony z wyprzedzeniem, kiedy fotografujacy wcisnie guzik blokady
ekspozycji. Co to znaczy:
a) pomiar prawie-punktowy -- chyba wiesz co to daje
b) przed zrobieniem zdjecia wiesz czy lampa da rade -- zwlaszcza przy
stosowaniu roznych softboksow, odbic od sufitu, itp wykombinowanie tego
reczne jest przynajmniej mocno skomplikowane. W dodatku mozesz sobie
regulowac przyslone i czas i korpus poinformuje cie czy lampa przy
zmienionych parametrach nadal sobie radzi (albo juz bedzie sobie w stanie
poradzic). Czyli koniec sytuacji typu -- wale zdjecie, patrze a tu mi
cholera nie potwierdza dobrego naswietlenia -- czort, trzeba przyslone
otwierac, tylko o ile... A jak komus zalezy na maksymalnie duzej glebi to ma
problem -- jechac kolejne fotki ciagiem: f/22 -- zle, f/5.6 -- zle,
f/2.8 -ok ale moze mozna przymknac wiecej, f/4.0 -- zle, wiec f/3.5 -- to
nie ma sensu, bez flaszmiarki albo wlasnie FEL nie pojdzie.
3. Pomiar jest robiony matryca do swiatla zastanego. Co by nie mozwic to 6,
14, 21 czy 35 pol (w zaleznosci od modelu) to jednak lepiej niz 3 lub 4.
Poza tym pomiedzy blyskiem pomiarowym a wlasciwym blyskiem jest jeszcze
chwila (krotka, ale jednak istotna -- na tyle by sie lustro podnioslo i
migawka otworzyla) -- w tym czasie korpus ma szanse na nieco bardziej
skomplikowane wyliczenia -- w TTL decyzje trzeba podjac w ciagu 1/10000s --
a to jest maalo, zwlaszcza dla wbudowanych procesorkow (zbyt silne to one
nie sa). Jesli taki procek wykonuje ok 1mln instrukcji na sekunde to taka
1/10000 to zaledwie 100 isntrukcji (a jak kazdy informatyk wie te instrukcje
sa bardzo elementrane). W zasadzie to mozna tylko czekac az wczesniej
wymyslona ilosc swiatla wpadnie do czujnikow, i przykladac do tych czujnikow
wczesniej zalozone wagi. Czyli zestaw instrukcji typu:

x := wylicz_z_gory_ekspozycje
wlacz_lampe
:start
a1 := czujnik1
a2 := czujnik2
a3 := czujnik3
a4 := czujnik4
e1 := a1*w1
e2 := a2*w2
e3 := a3*w3
e4 := a4*w4
pom1 := e1 + e2
pom2 := e3 + e4
e = pom1 + pom2
if e < x then
goto start
wylacz_lampe

Cala madrosc musi byc ukryta w wylicz_z_gory_ekspozycje, tylko ze nie mamy
tu informacji o tym jak swiatlo lampy zadziala na obiekt -- mozemy czasem
wiedziec jaka jest nastawiona odleglosc, ktory punkt AF byl wybrany (AIM?),
jaki jest rozklad swiatel w swietle zastanym (w ciemnosci wiemy tylko --
jest wszedzie rowno czarno). W e-TTL z gory wiemy dodatkowo jak na scene
zadziala swiatlo blyskowe a z tego wynika:
- co jest jasne i jest wrazliwe na swiatlo blysku
- co jest jasne ale swiatlo blysku niewiele (lub nic) tu nie zmiania (np.
zarowki, slonce, niebo w tle)
- co jest srednie i na blysk kiepsko reaguje -- np dalsze plany w dzien luib
przy dobrym oswtetleniu sztucznym
- co jest ciemne w swietle zastanym, ale silnie doswietla sie bylskiem (np.
postac modela na tle nieba, biala kartka w glebokim cieniu, itp, itd)
- co jest ciemne i na blysk slabo lub w ogole nie reaguje (np. dalsze plany
w nocy, czarne ubranie, itd)

A to bardzo duzo:
-- to co jest ciemne i na blysk niewrazliwe powinno byc naswietlone na
kliszy jako ciemne
-- to co jest jasne i na blysk wrazliwe powinno byc oddane jako jasne lub
bardzo jasne
-- to co bylo ciemne ale blysk mocno to rozjasnil nalezy rozwazac w sposob
specjalny -- zblizony do dzialania matrycy dla swiatla zastanego (jesli jest
kilka takich rzeczy o roznym stopniu wrazliwosci na blysk to mozna
wyszacowac (uzywajac madrych heurystyk zblioznych do stosowanych nagminnie w
pomiarze matrycowym swiatla zastanego) jaka jest srednia szarosc i wymierzyc
blysk)
-- to co jest jasne i na blysk niewrazliwe powinno pozostac jasne.

W calkowitej ciemnosci calosc sprowadza sie do dzialania zblizonego do
dzialania algorytmow matrycy dla swiatla zastanego, tyle ze swiatlo zastane
zastopione jest blyskiem. Przy instotnym swietle zastanym sytuacja tylko sie
polepsza -- dodatkowe informacje o przedmiotach z natury jasnych lub
ciemnych sprawe ulatwiaja.

Mamy jeszcze systemy typu 3D -- dzialajace tylko z blyskiem na wprost (musza
dokladnie znac sile bylsku w zaleznosci od odleglosci od korpusu). Tu sprawa
z poczatku wyglada na niezwykle prosta -- w punkcie AF znajduje sie obiekt w
odleglosci D, i jasnosci zastanej (w sklai liniowej, nie logarytmicznej) L0.
Przy przedblysku o wiadomej sile (dokladniej gestosci natezenia), niech w
odleglsoci D bedzie to M, obiekt ma jasnosc L1 -- roznica tych jasnosci
L=L0-L1 wraz z M daje nam juz pelna informacje jak obiekt odbija swiatlo,
czyli jak jest jasny -- dla 18% szarosci L/M = 0.18. Wydawaloby sie, ze to
juz fotograficzna nirwana -- gwarantowane naswietlenie w punkt, tylko ze
jest pare problemow...
-- Obiekt forografowany nie jest zwykle plaskim jednolitym prostokatem
rownoleglym do plaszczyzny filmu -- a w odleglsoci 3m blad 55cm oznacza
0.5EV bledu naswietlenia. A aparat pod uwage bierze pewien fragment
powierzchni kadru (pewnie z 9%) -- Co bedzie jak obiekt jest "dziurawy"?
Jesli ma w obszarze istotnym dla pomiaru 50% dziury (to nie jest tak duzo)
to wynik moze byc ostro zafalszowany.
-- Czesto nastepuje pewne przekadrowanie po zmierzeniu ostrosci, zwlaszcza
ze wiekszosc systemow, za wyjatkiem Canona AIM nie stosuje, wiec uzytkownicy
moga machac korpusem po zlapaniu ostrosci psujac powoaznie pomiar.
-- Co bedzie jak obiekt jest w znacznym stopniu "lustrzany". Zwlaszcza gdy
odbija on jakies istotne zrodlo swiatla zaczyna sie on zachowywac jakby sam
zrodlem swiatla byl. Pomiar robi sie praktycznie bezsensowny.
Tak wiec bezposredni wynik pomiaru jest tylko podpowiedzia i wstepnym
oszacowaniem. Jesli wyjdzie ze L/M > 1 (praktycznie rzecz biorac nawet >
0.8) albo tez L/M bardzo maly podczas gdy L0 jest calkiem spore i M takoz to
wynik jest prawie na pewno niewiele wart (pewnie cos jak L/M < L0/M*c, gdzie
c pewnie gdzies kolo 3, ale moze i 1 a moze 10 -- nie mam pojecia).
-- Co bedzie, jak ktos nakreci na obiektyw soczewke - Close-up?

Tak wiec tak czy owak spytne heurystyki musza ocenic co i ile jest warte i
na tej podstawie okreslic ekspozycje.

Informacja o odleglosci przy zdjeciach z lampa "na wprost" pozwala
oczywiscie na jeszcze jedna rzecz, niezaleznie od tego czy stosowane sa
przedblyski czy tez nie -- pozwala na oszacowanie z gory sily blysku dla
ustawionej odleglosci. Tak mniej wiecej dziala uprosczone minoltowskie ADI
przy uzyciu wbudowanej lampy. Oczywiscie zalozenie jakiegos rozpraszacza
pomiar zakluci -- sprytny algortym powinien sie zorientowac ze jesli nie
przekroczy oszacowania, to cala scena bedzie niedopalona o np. 2EV, i w
takiej dziwnej sytuacji oszacowanie wykluczyc -- czyli oszacowanie takie
jest dobre do korekty zapewne do gdzies 1EV, ale nie wiecej.

Nie wiem czy E-TTL bierze pod uwage przy palniku na wprost efekt 3D (trudno
stwierdzic, po wszelkie protokoly transmisyjne i algorytmy naswietlania
Canona sa scisle tajne). Na pewno bez informacji 3D moze sie obejsc. Wiem ze
3D-Fill-in-Matrix Nikona nie dziala przy obroceniu palnika (czyli w swoim
dzialaniu silnie polega na inforomacji 3D). Jak jest z ADI to nie wiem -- na
pewno ma 3D, ale tez chyba mozna palnik obrocic.

 

 

Sprzęt: Podstawowe wiadomości o lampach błyskowych

 

From: "Zbigniew Nowakowski"
To:
Subject: Co_nieco_o_lampach
Date: Tue, 17 Dec 2002 15:01:19 +0100

Podstawowe wiadomości.

Dla określenia mocy lampy błyskowej używamy wartości zwanej liczbą przewodnią (
LP ). Aby móc porównać moc lamp wartość ta powinna być podawana dla pewnych,
określonych, stałych parametrów. Niestety tak nie jest i niektóre dane podawane
przez producentów mogą być mylące. Na przykład lampa błyskowa może mieć podaną
LP = 40, ale dla kąta rozsyłu światła pokrywającego kąt widzenia obiektywu o
ogniskowej 70 mm, a już dla obiektywu 50 mm LP będzie wynosiła 36. Dlatego przy
porównywaniu mocy lamp trzeba zwrócić uwagę dla jakiej ogniskowej obiektywu jest
podawana LP.

Jak obliczyć LP?

Jest to iloczyn maksymalnej odległości fotografowanego (i prawidłowo
naświetlonego) obiektu i wartości przysłony dla filmu o ISO 100.
N.p. 10m x f2,8 = LP 28

Lampa manualna

Lampa bez żadnej regulacji, o stałym kącie rozsyłu światła i określonej LP.
Prawidłową odległość od fotografowanego obiektu i odpowiednią wartość przysłony
wylicza się z LP.

LP
Odległość = -------------
Przysłona

LP
Przysłona = -------------
Odległość

Bardzo często na lampie znajduje się tabelka z wyliczonymi wartościami przysłon
i odległości, czasem także dla filmów o różnych czułościach.


Lampa elektroniczna (tyrystorowa, z komputerem)

Lampa wyposażona w element światłoczuly, który steruje palnikiem lampy
odpowiednio skracając czas błysku w zalezności od potrzeb. Najczęściej posiada
dwa do czterech zakresów automatyki. Na lampie ustawia się tylko tryb automatyki
dla danej przysłony i czułość używanego filmu. Z wykresu (tabelki) odczytuje się
zakres odległości w jakim automatyka lampy zapewnia prawidłowe naświetlenie.
Dość często jest możliwość odchylenia i obrotu palnika, w celu użycia światła
odbitego / rozproszonego. Takie lampy są wyposażane w kontrolkę prawidłowej
ekspozycji ze względu na to, że przy używaniu światła odbitego prawie niemożliwe
jest wyliczenie zasięgu lampy z LP. Kontrolka ta zapala się na pare sekund po
błysku informując czy ilość swiatła, zmierzona przez czujnik, była wystarczająca
do prawidłowego naświetlenia zdjęcia. Lampy takie posiadają czasem prostą
dedykację, która wymusza na aparacie ustawienie czasu synchronizacji z lampą.


Lampy dedykowane

Lampy przeznaczone do konkretnego modelu (serii) aparatu. Wszystkie dane na
temat czułości filmu, ogniskowej obiektywu są przekazywane z korpusu do lampy,
ponadto pomiar błysku jest realizowny przez korpus (TTL błysku), a nie czujnik w
lampie. W takich lampach możliwe jest zastosowanie wielu zaawansowanych
technologicznie rozwiązań, jednak ze względu na ich różnorodność nie będę pisał
o wszystkich, tylko o najczęściej występujących.

1. Błysk na drugą lamelkę - lampa błyska tuż przed zamknięciem migawki, ma
znaczenie przy fotografowaniu poruszających się obiektów przy używaniu czasów
1/30 i dłuższych, korzystając cześciowo ze światła zastanego. Poruszający się
obiekt pozostawia efektowne smugi za sobą, a nie przed, jak miałoby to miejsce
przy użyciu normalnej synchronizacji błysku.

2. Synchronizacja z krótkimi czasami otwarcia migawki - standardowo lampa błyska
w momencie całkowitego otwarcia migawki, jest to czas rzędu 1/90 - 1/125 (w
najlepszych korpusach około 1/250). Dla krótszych czasów lampa wysyła serię
błysków, wyglądających jak jeden długi, trwający tak długo ile trwa przebieg
migawki przez całą klatkę filmu. Wiąże się to jednak ze sporym spadkiem LP.

3. Błysk wypełniający - zmierzony poziom światła zastanego jest brany pod uwagę
i lampa błyska tylko tyle ile potrzeba do prawidłowego doświetlenia sceny.

4. Korekcja błysku - jeśli z jakichś względów chcemy aby lampa błysnęła słabiej
lub mocniej niż wynikałoby to z pomiarów wykonanych przez automatykę możemy, w
pewnym zakresie, to zmienić.

5. Tryb manualny + podział błysku - wbrew pozorom jest czasem niezastąpiony. Na
przykład próby zrobienia zdjęcia wieczorem osobie na ciemnym tle kończą sie
prześwietleniem postaci, ponieważ lampa błyska z całą dostępną mocą próbując
doświetlić tło, co jest niemożliwe. Dlatego bezpieczniej jest użyć lampy jak
zwykłej manualnej, wyliczając przysłonę i odległość z LP, a pomocna jest
możliwość użycia części dostępnej mocy lampy.

 

 

Sprzęt: Zakup aparatu - porada Marcina

 

Autor:Marcin Fal (fal+b7.pl)
Temat:Jaki kupić aparat
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto
Data:2003-04-04 00:54:06 PST


Nie, nie jest to kolejne pytanie z tej niekończącej się serii, a
raczej próba udzielenia jednozancznej na nie odpowiedzi ;-)
Oczywiście bez wdawani się w wojny systemowe :-)))
Nie wiem czy reszta grupowiczów się zgodzi z moim pomysłem, jeśli nie
to wszelkie uwagi są mile widziane ;-))

Algorytm zkupu aparatu typu SLR AF:
1) Określ co chcesz fotografować - jeśli nie wiesz idź do punktu 3).

2) Do wyżej określonego celu dobierz obiektywy, jeśli nie wiesz jakie
będą Ci potrzebne zapytaj na grupie. Przejdź do punktu 4).

3) Jeśli nie wiesz co będziesz fotografował kup obiektyw w miarę
uniwersalny, dający przy tym w miarę dobry jakościowo obraz, np. Sigma
28-135 3.5-5.6 - duży zakres, macro 1:2.
Po jakimś czasie jak już będziesz wiedział jaki rodzaj fotografii
najbardziej Ci odpowiada dokupisz sobie właściwą optykę, a spacerzoom
IMHO przyda się zawsze, lub go sprzedasz - łatwiej i z mniejszą stratą
niż obiektyw kitowy typu 28-80 3.5-5.6.

3a) Nie kupuj polecanego zawsze na grupie obiektywu 50mm 1.7 (1.8). Na
pewno da on lepszą jakość niż wspomniany zoom, i pewnie jest bardzej
edukacyjny, ale IMO jest to zakup który zawsze należy przemyśleć - nie
kązdemu pasuje taka ogniskowa, poza tym w praktyce uniemożliwi
sprawdzenie co Cię tak naprawdę interesuje.

4) Zasięgnij informacji ile będą kosztowały potrzebne Ci obiektywy,
zastanów się w którym z systemów będzie Cię na nie stać, rozważ zakup
systemu manualnego, lub obiektywów używanych.

4a) Pamiętaj że istnieją obiektywy firm niezależnych które są w tej
samej cenie dla wszystkich systemów.

4b) Uwaga! Nie wszystkie firmy produkują wszystkie obiektywy dla
wszystkich systemów! Np. Tamron nie zawsze ma w ofercie szkło do
Pentax'a.

5) Dowiedz się o wadach i zaletach rozważanych systemów jeśli
zamierzasz fotografować dużo z błyskiem przyjrzyj się systemom pomiaru
błysku. Każdy z producentów ma w tej chwili zaawansowany pomiar
błysku, ale każdy z nich ma swoje wady (np. brak HSS) i zalety (np.
tryb WL). (np. dla mnie teoretyczna kolejność systemów pomiaru błysku
jest na dzień dzisiejszy taka: 1-Pentax; 2-Minolta; 3-Canon; 4-Nikon
mimo iż dokładność naświetlania może być zupełnie inna niż wymieniona
kolejność ;-)))

6) Rozejrzyj się wśród znajomych. Jeśli któryś z nich ma rozbudowany
zestaw sprzętu foto to korzystny może być zakup tego samego systemu.
Dzięki temu będzie możliwość pożyczenia jakiegoś szkła lub lampy
błyskowej.

7) Zwróć uwagę na ergonomię! Fatalnie rozwiązany sposób wyboru
aktywnego pola AF w tanich lustrzankch praktycznie eliminuje zaletę w
postaci dużej ich ilości! Pierwszą jaskółką w której ten problem nie
występuje jest Nikon F75.

8) Przemyśl wszystko raz jeszcze i na grupie zadaj _konkretne_
pytania!

9) Nie ma lustrzanki idealnej, tak jak nie ma idealnego sytemu.
Niemożliwe jest w związku z tym udzielenie odpowiedzi na pytanie:
"Jaka jest najlepsza lustrzanka do 2000zł" czy podobne.


Z poważaniem

Marcin Fal (M505si user)

 

 

Sprzęt: Zakup aparatu - porada Pepe

 

Date: Tue, 15 Jan 2002 14:35:13 +0100
From: "pepe"

wszysci Ci radza "obojetne co"... a nierawda... nie obojetne! i nikt mi nie
powie ze tak nie jest! ;))


to trzeba dobrze wybrac, bo jak sie nie fotografuje tym czego sie nie lubi to
zdjecia wychodzia kiepskie... wiadomo, ze aparat "zdjec nie robi" tylko
fotograf, ale nie nalezy zapominac ze robi to za posrednictwem aparatu, ktory
MUSI lubiec. to jest "pieprzona podswiadomosc" :)))


komus kto nie ma doswiadczenia z tymi nowoczesnymi lustrankami to bedzie trudno
o wybor. trzeba posiedziec w temacie to wtedy sie ma rozeznanie i pewnosc co do
zakupu bo sie wie czego chce, a tak to czlowiek rozerwany... co innego jak by
nas bylo stac na zmiane systemu jak nam sie cos nie spodoba... ale to nie takie
proste... system wybiera sie na dlugo i nalezy o tym pamietac JUZ PRZY ZAKUPIE
PIERWSZEGO APARATU :)


hmmm... mozesz sie spotkac z kims z tej grupy (napewno Ci pomoga, moze akurat
maja jakies spotkania "odlamy regionalne" pl.rec.foto gdzies w Twojej okolicy,
tak jak my w Kraq) i na zywo porowanc te i inne modele oraz posluchac opinii...
bo jak Ci tutaj bedziemy pisac to tak naprawde nic sie nie dowiesz konkretnego.
aprat trzeba potrzymac dluzsza chwile i nie tylko sie nim "pobawic" nerwowo w
sklepie, ale wykonac rozne czynnosci, np. bez odrywania oka od wizjera wykonac
"cos tam" z kazdym z modeli, poznac jego "bezposrednie bledy",ktor wynikaja po
jego poznaniu. inaczje to na szybko w sklepie bedzie sie wszystko dobrze
wydawalo, ale po kilku rolkach powiesz "no nie! co za shit... mi to i tamto
przeszkadza..." kazdy aparat ma pewne mankamenty, ktore ujawniaja sie danemu
uzytkowanikowi podczas pracy. jednetu "to" a drugiemu "tamto" przeszkadza...
nalezy "przylozyc sie" do kilku ujec danym modelem i starac sie cos wykonac...
poznac, ktorym sie co latwiej (Tobie) wyonuje... kazdy ma swoje preferencjie i
swoje "widzimisie" a to wcale nie oznacza, ze tak bedzie w przypadku kazdego.
jeden powie, ze AF'y sa do dupy a drugi powie, ze manuale... i kogo
posluchasz... to sie tak nie da... trzeba SAMEMU. wiec na poczatek poczytaj
porownania w sieci i archiwum grupy na:
http://groups.google.com/groups?hl=pl&group=pl.rec.foto tam dowiesz sie
niewatpliwie bardzo duzo. nastepnie idz i dokladne wymacaj intersujace Ci
modele, najlepiej nie do sklepu a do komisu. zwkle w komisach sa bardzie
przychylni niz sprzedawca w sklepie, ktory MUSI tlumaczyc przez 15min "cos tam
komus" ;)


podstawowe pytanie jeszcze to - jak masz zamiar traktowac fotografie? jesli
tylko "ot tak", to kup to co uznasz za bardziej "przynazne Tobie" i co Ci sie
bardziej podoba po oblookaniu danego modelu w sklepie/komisie.


a jesli chcesz fotografowac dlugo i wiesz, ze Ci to wciaga, to musisz dokladnie
przeanalizowac mozliwosci nie tylko tych aparatow (eos300 i F65) tylko calego
danego systemu. czyli dostepnosc i ceny szkiel oraz innych akcesorii z ktorych
kiedsys w przyszlosci bedziesz korzystal. nie zamykaj sie takze tylko w tych
modelach. poszukaj w ofercie Nikona... np. Nikon F801... fajny korpusik i
"porzadniejszy" od np. F65. jego cena jest porownywalna (a nawet nizsza) do F65.
autofocus coprawada wolniejszy, ale za to solidnosc korpusu jest duuuzo wyzsza.
mozna by takich przykladow wiele podac... to byl tylko ten co mi sie na mysl
nasunal... ;))


szukaj wsrod uzywanych starszych modeli. zwykle sa to lepsze (mechanicznie)
narzedzia pracy...

 

 

Sprzęt: Konserwacja starych aparatów

 

Date: Tue, 23 Oct 2001 15:21:03 +0200
From: "Stanislaw B.A. Stawowy"

Jak naprawiać stare mieszkowce:
http://medfmt.8k.com/mf/frozenfix.html


Jak wyczyścić migawkę:
http://medfmt.8k.com/mf/cleanshutter.html


Jak skleić rozklejone soczewki:
http://medfmt.8k.com/mf/lenscement.html


Jak naprawić mieszek:
http://medfmt.8k.com/brongasket.html
http://medfmt.8k.com/bronbellows.html
http://medfmt.8k.com/bronbelfix.html


Jak naprawić skórę/pokrycie w aparacie:
http://medfmt.8k.com/mf/glue.html


Jak pozbyć się problemów z zaświetlaniem filmu w Kiewie:
http://medfmt.8k.com/mf/leak.html


Jak skalibrować ostrość:
http://medfmt.8k.com/mf/infinity.html


Jak wyczyścić lustro:
http://medfmt.8k.com/mf/mirror.html


Czym i jak pomalować aparat:
http://medfmt.8k.com/mf/paint.html
http://medfmt.8k.com/mf/black.html


Narzędzia do naprawy aparatów:
http://medfmt.8k.com/mf/repairtools.html


Naprawa uszczelnień w aparatach:
http://medfmt.8k.com/bronfoam.html


Zrób to sam - tester migawki:
http://medfmt.8k.com/mf/shutterspeed.html
http://www.geocities.com/Yosemite/2131/shspeed.html


Co zrobic jak aparat zamoknie:
http://medfmt.8k.com/mf/wet.html


Jak zrobic celownik do aparatu:
http://medfmt.8k.com/mf/finders.html


Folding Cameras FAQ
http://medfmt.8k.com/mf/folder.html


Walka z pleśnią w obiektywach :-)
http://medfmt.8k.com/mf/fungus.html


Single versus Multicoated lenses:
http://medfmt.8k.com/mf/coatings.html


Obiektyw zabarwia zdjęcie? Patrz:
http://medfmt.8k.com/mf/color.html


Czyszczenie obiektywu:
http://medfmt.8k.com/broncleaning.html

 

Sprzęt: Tair - opis konstrukcji

 

From: "Bogdan"
To: FAQ

Przetłumaczył na podstawie forum http://www.zenit.istra.ru/forum/ZENIT.html
Piotr Kozarzewski (Uncle Pete) (za zgodą Webmastera strony http://www.zenit.istra.ru/cgi-bin/fforum.cgi?action=get&value=19274)

W latach 1941-1942 znany radziecki optyk D.S. Wołosow rozpoczął opracowywanie
teleobiektywów o zwiększonym świetle dla sprzętu lądowego o przeznaczeniu
wojskowym - do rejestracji fotograficznej oddalonych obiektów w warunkach
niewystarczającego oświetlenia i o zmierzchu. Jesienią 1943 roku D.S. Wołosow
opracował schemat optyczny teleobiektywu o dużym świetle "Tair" nazwany na cześć
gwiazdy Altair (bez arabskiego rodzajnika "al"). Owa nazwa zapoczątkowała
tradycję nadawania radzieckim obiektywom "kosmicznych" imion. Pierwszy element
konstrukcji składa się z dwóch cienkich soczewek, zaś drugi element to bardzo
gruba soczewka będąca kompensatorem planastygmatycznym [cokolwiek to oznacza -
przyp. tłum.] krzywizny pola oraz astygmatyzmu. Takie połączenie elementów
pozwalało na korekcję wszelkich aberacji monochromatycznych z wyjątkiem
dystorsji, co zostało udowodnione w pracy D.S. Wołosowa pt. "Metody obliczeń
skomplikowanych systemów fotograficznych", która ukazała się w 1948 roku i
zawierała podsumowanie badań z czasów wojny. Będąc wyjątkowo prostym, układ
optyczny Tairów zapewnia następujące potencjalne możliwości optyczne: obiektywy
długoogniskowe o ogniskowej do 1000 mm mogą mieć maksymalne światło 1:5-1:4 przy
kącie widzenia około 10°; w obiektywach o średnich ogniskowych (200-300 mm) [tak
jest w tekście! - przyp. tłum.] światło może wynosić do 1:3,5-1:3 przy kącie
widzenia do 15°; systemy o krótkiej ogniskowej (50-150 mm) mogą mieć światło
1:2,5 oraz pole widzenia do 30°. Na podstawie tego układu na początku lat 50.
został skonstruowany "średni" teleobiektyw 300 mm, który otrzymał nazwę Tair-3.
Mniej więcej w połowie tamtej dekady rozpoczęła się jego produkcja w KMZ. Na
Wystawie Światowej w Brukseli w 1958 r. Tair-3 oraz kilka innych radzieckich
obiektywów otrzymały najwyższą nagrodę - Grand Prix. W 1959 r. obiektyw otrzymał
Dyplom II stopnia Wystawy Osiągnięć Gospodarki Narodowej ZSRR. (Wykorzystane
materiały: D.S. Wołosow, Fotograficzeskaja optika [Optyka fotograficzna];
Katalog wyrobów KMZ z 1959 r.; artykuł I.O. Bakłanowa "Sozdanije Tairow"
["Tworzenie Tairów"]).

 

Sprzęt: Tessar

 

Date: Mon, 1 Oct 2001 15:18:23 +0200
From: "Stanislaw B.A. Stawowy"

Tessar jest świetny właśnie do makro :-) A winietowanie nie jest
takie straszne - podobne ma np. Helios 44 przy pełnym otworze.
Około 1/3 - 1/2 działki przysłony przy brzegach.


Ja na przykład Tessara bardzo lubię :-) Ten obiektyw,
zaprojektowany przez Paula Rudolpha jeszcze w 1902 roku,
kiedy pracował on pod kierunkiem Ernesta Abbe. Przednia,
pojedyncza soczewka jest bardzo słaba, jej główną funkcją jest
korekcja resztkowych aberracji. Tylna część - klejony achromat
(soczewka skupiająca + soczewka rozpraszająca sklejone razem)
zmniejsza aberrację sferyczną krawędzi i astygmatyzm.
W środku znajduje się soczewka rozpraszająca. Razem
cztery elementy w trzech grupach. :-) Pierwsza wersja miała
światło f/6.3, około 1916 zwiększono je do f/4.5, a około 1930
Merte + Wandersleb podnieśli je do f/2.8 Wersja f/3.5, pod
nazwą 'Elmar', znalazła się na Leicach, co dowodzi wysokiej
klasy tego obiektywu :-) Właśnie Leicą z Elmarem 3.5/50 posługiwał
się Henri Cartier-Bresson przez dużą część swojego życia..


W 1903 Zeiss opatentował nazwę 'Tessar' w Biurze Patentowym U.S.
'Tessera' znaczy po grecku 'cztery' - oczywista aluzja do ilości
elementów. Sława Tessara była olbrzymia - był to jeden z najlepszych
obiektywów standardowych przed wojną - a i teraz producenci (np.
Pentax, Nikon..) wypuszczają obiektywy o budowie typu Tessara.
Inni producenci, z racji patentu, zmuszeni byli do nadawania
swoim Tessarom :) innych nazw:


Solinar(Agfa), Ektar(Kodak), Primotar (Meyer, Zeiss Jena), Xenar (Schneider),
Ysar (Rodenstock), Elmar (Leitz/Leica), Skopar (Voigtlander), Raptar (Wollensak).

 

Sprzęt: Ewolucja vs koszty

 

Autor:Dizel (watteau+box43.gnet.pl)
Temat:Jak jest z tymi obiektywami? Ewolucja vs koszty
Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto
Data:2002-05-30 14:18:09 PST

Jak jest z tymi obiektywami? Ewolucja vs koszty

Zaprojektowanie dobrego obiektywu w dzisiejszych czasach zdaje
sie by nadzwyczaj proste - wystarczy uruchomic na poteznym komputerze
potezny program do projektowania obiektywow, wziac z archiwow jeden
z dziesiatkow tysiecy istniejacych, opatentowanych projektow, lub
jeden z tysiecy dostepnych publicznie i dokladnie opisanych, wpisac
jego dane do komputera i kazac mu tak dobrac parametry, zeby otrzymac
najlepiej skorygowany, najlepszy obiektyw oparty o dany schemat.
Czy rzeczywiscie jest to takie proste?

W zadnym wypadku - i wciaz najpotezniejszym narzedziem projektanta
pozostaje to, co tkwi miedzy jego uszami. Poszczegolne podstawowe
rodzaje obiektywow maja pewne charakterystyczne cechy i przypisane
im wady, ktore mozna jedynie zmniejszyc, ale nigdy - wyeliminowac.
Jest jednak znacznie powazniejszy problem - sama optymalizacja.
Wyobrazmy soie komputer probujacy tak zmieniac parametry ukladu,
zeby powstaly obiektyw mial jak najmniejsze wady. Metoda kolejnych
przyblizen znajduje on takie krzywizny powierzchni soczewek, ich
materialy i odstepy miedzy nimi, ze wady optyczne ukladu sa najmniejsze
z mozliwych. Czy faktycznie?

Wyobrazmy sobie satelite szukajacego najwyzszego wzniesienia na
planecie. Przesuwa sie nad nia, caly czas mierzac czas powotu sygnalu.
W pewnej chwili czas powrotu sygnalu jest najkrotszy - STOP! Czy
faktycznie jest to najwyzsza gora na planecie? W tym celu musielibysmy
kazac satelicie zadac ja cala - a na to nie mamy czasu ani pieniedzy.
Podobnie jest z optymalizacja ukladu optycznego - nie wiemy czy
nie da sie zmniejszyc wad optycznych jeszcze bardziej, nie wiemy
czy to co znalezlismy jest najkorzystniejszym ukladem. Tylko
doswiadczony
projektant ukladow optycznych jest byc moze w stanie zdecydowac
'szukamy dalej' czy 'lepiej nie bedzie'. A i to nie jest pewne.
Czas pracy komputera kosztuje, jeszcze wiecej kosztuje szklo optyczne,
szczegolnie jego bardziej egzotyczne gatunki. Projekt, ktory
opracuje projektant moze nie byc wykonalny technicznie - chocby
ze wzgledu np. na mala tolerancje ukladu na bledy wykonania.
Tylko firmy sprzedajace bardzo drogie obiektywy moga sobie pozwolic
na tolerancje wykonania rzedu 0.01mm w produkcji seryjnej.

Obiektyw sklada sie z soczewek, zakrzywiajacych wpadajacy do niego
promien swiatla w okreslony sposob, zalezny od wspolczynnika zalamania
szkla, z ktorego te soczewki sa zrobione, ich krzywizn i wzajemnych
odleglosci. Stosujac proste zasady optyki geometrycznej ze szkoly
podstawowej, mozna wykreslic droge takiego promienia swiatla
z latwoscia. Czyzy projektowanie obiektywu bylo naprawde takie
proste? Bynajmniej.
Kazde punktowe zrodlo swiatla emituje we wszystkich kierunkach kwanty
energii - fotony. Tylko czesc tej energii trafia do obiektywu.
Projektant obiektywu upraszcza istniejaca sytuacje, traktujac
wszystkie promienie ktore wpadly do obiektywu jako skonczona
licze promieni swietlnych i sledzi ich droge w elementach ukladu.
Praca projektanta zaczyna sie zwykle sledzeniem kilku promieni,
wychodzacych z punktu swietlnego polozonego na osi optycznej ukladu.
Teraz projektant stara sie tak dobrac paramety ukladu, aby promienie
przechodzace przez obiektyw na powrot skupily sie w jednym punkcie.
Jest to matemattycznie proste zadanie, choc obliczenia musza byc
prowadzone z bardzo duza dokladnoscia - 5 do 8 miejsc dziesietnych.
Przed wynalezieniem maszyn liczacych, prace te wykorzystywano
korzystajac z tablic logarytmicznych - robily to zespoly kilku -
kilkunastu kobiet pod kierownictwem wyszkolonego projektanta.
Typowy szesciosoczewkowy uklad optyczny wymagal liczenia
przebiegu 200 promieni dla kazdej powierzchni optycznej - trzech
tysiecy dla calego ukladu - okolo 3 miesiecy pracy zespolu.
Powyzsze obliczenia pozwalaja stwierdzic jak zachowuje sie uklad
dla promieni przechodzacych blisko osi optycznej - co z tymi
przy brzegach?

Wszystkie promienie wpadajace do obiektywu mozemy rozlozyc na dwa
promienie: lezace na plaszczyznie zawierajacej os optyczna
(tangencjalne) i te, ktore leza na plaszczyznie prostopadlej do
osi optycznej (sagittalne). Promienie tangencjalne mozna
sledzic korzystajac z rownan optyki geometrycznej. Promienie
sagittalne mozna sledzic tylko korzystajac ze specjalnych,
ardzo skomplikowanych matematycznie rownan, praktycznie niemozliwych
do obliczenia bez pomocy komputerow.

Jak kazdy zapewne wie, swiatlo wpadajace do obiektywu jest zlozone
z fali o roznej czestotliwosci. Fale o roznych czestotliwosciach
sa zalamywane w rozny sposob na danej powierzchni optycznej. W efekcie
obraz obiektu jest obarczony bledami (aberracjami), takimi jak
koma, aberracja sfeyczna i chromatyczna, koma czy astygmatyzm.
Bieg promieni swiatla o roznych dlugosciach fali daje sie rowniez
obliczyc, a poprzez porownanie go z biegiem promieni wyliczonych
na poczatku mozemy badac i poprawiac aberracje ukladu.
Juz w latach trzydziestych istnialy podstawy matematyczne i wzory
pozwalajace badac aberracje i stosowano je, choc w niewielkim
zakresie, do poprawiania ukladow optycznych. Kazda aberracja
manifestuje sie w okreslony sposob: aberracja sferyczna jest najlepiej
widoczna na osi optycznej, krzywizna pola i koma w rogach, itd.
Jest to jednak pewne uproszczenie - kazda aberracja wplywa, mniej lub
bardziej, na jakosc calego obrazu, a to, co zasadniczo robia, to
rozpraszanie energii punktu swietlnego w pewnym okreslonym obszarze.
Owo rozproszenie energii jest nieregularne i niejednakowe dla roznych
dlugosci fali.

Aberracji jest wiele, a dzieli sie je ze wzgledu na stopien (potege)
w ktorej wystepuja w rownaniach aberracyjnych. Aberracje pierwszego
rzedu (trzeciej potegi) sa znane jako aberracje Seidela, na czesc
czlowieka, ktory opracowal ich teorie i rownania pozwalajace je
wyliczyc. Sa one bardzo trudne do skorygowania - a nawet jesli
uda sie je sprowadzic do niskiego poziomu, czyhaja na projektanta
aberracje drugiego i trzeciego rzedu (piatej i siodmej potegi).

Z racji skomplikowania procesu projektowania, do lat szescdziesiatych
(poznych lat szescdziesiatych w przypadku producentow japonskich)
liczono zazwyczaj tylko aberracje seidlowskie, takze z wykorzystaniem
komputerow (rozpoczela to Leica/Leitz na poczatku 1960 roku).
Obiektywy produkowane wtedy, byly optymalizowane glownie dla
promieni bliskich osi optycznej, a aberracje drugiego rzedu byly
czesto pomijane. Klasycznym pzykladem jest tu np. Zeiss Sonnar 2/85
i jego rosyjska kopia - Jupiter 9. Przy pelnym otworze obraz jest
miekki - za przyczyna aberracji sferycznej drugiego rzedu, bardzo
dobrze zauwazalnej przy tak jasnym obiektywie. Po przymknieciu
obiektyw jest bardzo ostry, z racji dobrej korekcji aberacji
seidlowskich.

W latach siedemdziesiatych i osiemdziesiatych zaczeto prace nad
komputerowa optymalizacja istniejacych ukladow optycznych -
jednoczesnie udoskonalona technologia pozwolila na skladanie
obiektywow z mniejszymi tolerancjami mechanicznymi. Przede
wszystkim zas, zaczeto zwracac uwage na korekcje ukladow dla
calego widma swietlnego - z tych czasow wywodza sie takie obiektywy,
jak Leica APO Elmarit R 2.8/100 - ktory dla swiatla monochromatycznego
jest GORSZY niz stary Elmarit R 4/100, ale dla swiatla bialego
dale znacznie lepszy obraz. Z tych czasow wywodza sie tez takie
0obiektywy jak Noctilux 1/50 - ktory praktycznie nie poprawia sie
przy przymykaniu przyslony - typowy przykla doskonale obliczonego
ukladu. Nawiasem mowiac, Noctilux cechuje sie dosc silna koma -
nie wplywajaca jednak na jakosc obrazu w typowych sytuacjach
fotograficznych.


Ale lata te nie byly tak rozowe - zwlaszcza gdy stwierdzono, ze
rozne dlugosci fali daja najwiekszy kontrast obrazu przy roznych
polozeniach plaszczyzny obrazu - jedynym wyjsciem bylo projektowanie
obiektywu przy zalozeniu, ze pewne kolory beda wazniejsze niz inne.
Obecnie wyraznie widac powolny postep w ulepszaniu istniejacych
ukladow, przy zachowaniu ich w miare niskiej ceny - jest to
wyrazny wplyw dzialow marketingu na podukcje obiektywow.
ajwyrzniej jest on wioczny w tanich obiektywach - projektowanych
tak, aby dawaly zadowalajacy obraz za niewielka cene (przykladem
sa tu tanie obiektywy 50 mm Canona czy Nikona), impulsem jest tu
takze niezbyt duza dokladnosc ukladow AF, gwarantujacych jedynie
50 lpmm na filmie.

Ciekawa sytuacja wytworzyla sie pomiedzy dwiema potegami optycznymi -
Zeissem i Leica. Zeiss stara sie produkowac obiektywy rownowazac
cene i jakosc, jak pisze Herr Woltge, poprzedni szef zespolu
projektantow Zeissa o Planarze 1.4/50:
'The lens is optimised fully within the design parameters, and better
quality is only possible when one employs more expensive glass'
W przeciwnym kierunku poszla Leica, projektujac Summiluxa R 1.4/50 -
ale widac to rowniez w jego cenie.

Ciekawym przykladem mozliwosci udoskonalenia starych ukladow optycznych
jest Cosina/Voigtlander Heliar 3.5/50, przeprojektowany i dopracowany
przy uzyciu najnowszych technik obliczeniowych Tessar - przy pelnym
otworze obiektyw daje 100 lpmm od srodka optycznego az do krancow
obrazu,
nie ma sladu astygmatyzmu, jedynie niewielkie bledy chromatyczne.
Praktycznie od f/3.5 do f/16 jakosc obrazu jest jednakowa, pomijajac
naturalne ograniczenie rozdzielczosci przez dyfrakcje.
Innym jest Summarit f/2.4/40 uzyty w Leicy Minilux - jest to praktycznie
granica mozliwosci udoskonalenia ukladu Gaussa: przy pelnym otworze
jakosc obrazu jet bardzo dobra w srodkowych 10 mm, dalej widac plynny
spadek kontrastu. Flara praktycznie nie istnieje - przy f/4 obraz
poprawia sie, a przy f/5.6 do f/8 mamy ponad 50% kontrast dla
rozdzielczosci
50 lpmm.

 

Sprzęt: Velbon CX444

 

Kiedys mnie naszlo i wyslalem naliste posta jak nizej.
Byc moze bedzie to pomocne dla tych, ktorzy szukaja
tanich statywow ;-)
Dodatkowo umiescilem male Post Scriptum, zawierajace
wybrane uwagi z odpowiedzi oraz jeszcze kilka moich uwag.

------------------------------------------------

Autor:BrunoJ (brunojj@NOSPAM.gazeta.pl)
Temat:moj test - statyw Velbon CX444 [dlugie]

Witajcie,

niedawno przewijal sie watek o statywach Velbona
i zupelnie przypadkowo udalo mi sie taki pozyczyc
do pobawienia. Model CX444. Zreszta od znajomego z tej listy
wystepujacego jako "kocyx", za co mu serdecznie dziekuje :)
Posiadam juz produkt statywopodobny (jakosciowo
gorszy od tego velbona) i zbierajac na
porzadny statyw probuje rozpatrywac rowniez tansze
alternatywy (bo mam lekki aparat, chcialbym statyw
nosic ze soba, ...).
PLusy mojego obecnego sa tylko dwa: jest bardzo lekki
i maly.

ponizej zamieszczam wiec moj w pelni subiektywny opis
tego statywu, oparty na przeprowadzonych testach.
Biorac ten statyw w rece, zakladalem ze bedzie on duzo
lepszy od obecnie posiadanego i jestem gotow zgodzic sie
na jego ulomnosci..
Wczesniej zostalem uprzedzony o pewnych "problemach"
co wykorzystalem w testach.
Testy przeprowadzone na zestawie dynax 5 kit + 75-300 z TC.

1. budowa i wrazenia ogolne:
- statyw jest wysoki, wygodnie i szybko sie go rozklada
(zaciski). Nie jest bardzo maly po zlozeniu (niecale 50cm)
ale dosc lekki (ok 1.3kg). Nogi z 4 segmentow (CX440 ma trzy),
ale profilowane, dosc grube, wiec nie wyginaja sie same z siebie
- Srodkowa kolumna na korbke, jesli dobrze dokrecic srodkowa
kolumne (osobna sruba) i nie naciskac jej z gory,
to pod ciezarem aparatu nie opada.
- Przy dosc waskim rozstawieniu nog, wizjer prawie na wysokosci
oczu, roznica jest dosc spora, w stosunku do "pelnego rozlozenia.
oczywiscie spada stabilnosc, ale dalej jeszcze nie jest zle
Przynajmniem w mieszkaniu, w terenie pewnie jednak lepiej
rozlozyc...
- statyw jest stabilniejszy od obecnie posiadanego :)
po jego rozlozeniu, mimo wspornikow o srodkowa kolumne,
nogi moga sie jeszcze przesuwac (np na sliskim).
- kadrowanie da sie wykonac glowica i statyw nie zmienia swoich ustawien:)
To duza roznica w porownaniu do mojego...
Dla mnie problemem jest dluga raczka od glowicy,
ktora jakos ciagle mnie w ramie uderzala
(sterczy pod aparatem w strone fotografujacego).
- plytka plastikowa (szybkozlaczka) nie robi dobrego wrazenia,
ale niby sie trzyma, poniewaz ma kwadratowa podstawe,
wiec teoretycznie mozna aparat wpiac w dowolnej pozycji
(co np rozwiazuje problem z raczka..)

Generalnie pozytywne i obiecujace wrazenia, ale....

2. test 1 - krotki zoom
z krotkim obiektywem wyraznie stabilniejszy (od mojego), drgania, typu
pukanie w obiektyw szybko wytlumione (ale sa..)
kadrowanie bez problemu, w zasadzie nic sie nie trzesie (jak dla mnie).
Przy pionowym kadrze (odchylana plytka z glowicy) raz aparat 'zjechal'
pozniej lepiej dokrecalem plytke i nie bylo juz problemow.
Mozna wiec uznac ze da sie to zrobic. Acha, waga kit-zooma - 165g :))
A calosci ok 500g. Inne male szkielka nie sa specjalnie ciezsze
wiec nie widzialem celu powtarzania testu.

znowu dosc pozytywnie, ale...

3. Test2 - dlugi zoom + tc , kadr poziom (waga ok 600g)
przy poziomym kadrze drgania juz kilka sekund - w zasadzie na poziomie
zblizonym do mojego statywu (velbon rozlozony na max i nogi wasko
rozstawione).
Jestem wiec troche zawiedziony, myslalem ze bedzie lepiej.
Wyzwalacz na szczescie 10s, wiec jest szansa. No i mam wezyk, wiec
zalozmy ze to kompromis.
Kadrowanie utrudnione przez te drgania, ale wygodniejsze
niz u mnie - bo glowica :)

4. test3 - jak wyzej przy kadrze pionowym
Myslalem ze kocyx ubarwil, a tu ...o fak!
mimo dosc mocnego przykrecenia plytki, po odchyleniu do pionu
calosc ladnie sie przekrecila na dol. Co wiecej nie da sie tego
poprawic bo sruba plytki jest teraz schowana w zacisku plytki.
Po takim przekreceniu, trzeba zdjec aparat ze statywu
i od nowa dokrecic plytke, bo sie juz poluzowala.
Probowalem kilka razy - bez szans.
Inna mozliwosci ustawienia pionowego kadru przez odpowiednie przekrecenie
calosci glowicy, ale efekt ten sam.
Generalnie aparat i sruba slizgaja sie po plytce, kazdy ze swojej strony.
Plytka ma gumopodobne tylko przy aparacie, ale podkladanie dodatkowych
gumek czy korkow od strony sruby nie dziala.
W moim badziewniku kadr pionowy tylko poprzez pochyl glowicy,
ale mam srube na wierzchu i po ustawieniu moge ja mocno dokrecic
(wtedy _zazwyczaj_ nie zjedzie ;)). Tyle ze w moim nie moge juz poznej
dotykac glowicy...kadrowanie nogami to male wyzwanie..:)
Acha, proba dokonywana przy niewysunietym obiektywie (czyli przy 75mm)
co w zasadzie nie ma juz znacznia. No a raczej ma, przy wysunietym
zoomie koncowka obiektywu wali w noge statywu - ja swoj w pore zlapalem...

5. Wnioski
Mimo wiec lekkiego potencjalnie zestawu aparat-obiektyw,
pionowy kadr jest NIEWYKONALNY !!!!
To statyw TYLKO do zdjec poziomych...

Jestem podlamany, przez moment myslalem ze mam juz odpowiedni statyw dla
siebie (tanszy i lzejszy od M) i ze bedzie pod kazdym wzgledem
lepszy od mojego, wiec na jakis czas starczy....
Okazuje sie ze jednak niebardzo.
Nie kupuje, wystarczy mi jeden badziew.

pozdrawiam
Bruno

=================================================
Autor:Piotr Sz. (psz+eulersoft.com.pl)

> 4. test3 - jak wyzej przy kadrze pionowym

Zdziwilem sie czytajac powyzszy tekst.
Mam Velbona CX540 i opiywany przez Ciebie efekt NIGDY nie wystapil.
Oczywiscie dosyc mocno dokrecalen srube (nie paluchami tylko sporym
srubokretem). Przy odkrecaniu plytki do apakatu, nawet po zwolnieniu
polaczenia srobowego guma z plytki dosyc solidnie 'zwulkanizowala' z obudowa
mojego aparatu, tak ze musialem ja na sile odrywac. :-)
Obiektywy nie byly dluzsze niz 300mm. Wagi nie liczylem.

==================================================================
"Marcin "Radmar" Wasilewski" napisał:

Kolega pisze prawdę, prawda jest taka, że przy tym statywie... (ja mam
akurat Velbon CX640)to palcami to się można po tyłku podrapać ;)
Też tak miałem (metalowy pentacon 200/4) przy kadrze pionowym
zjechał...
tam gdzie go grawitacja cišgła, :) po powrocie do domu rozejrzałem się za
porzšdnym wkrętakiem (dużym), dokręciłem ?rubę do oporu i teraz aparat
przy kadrach pionowych ani drgnie.
Co prawda ma to tš wadę, że jak na plenerku kolega zechce skorzystać z
Twojego statywu, to tej płytki bez użycia narzędzi nie odkręci. Ale o
zmianę pozycji aparatu przy kadrach pionowych już się nie martwię :))

=================================================================

Marek Wyszomirski napisał:

A ja do dokrecania sruby mocujacej (wprawdzie nie w Velbonie a w taniutkim
statywie First Moonlight) uzywam pieciogroszowki - i dziala:-))) Moze i w
Velbonach sruba jest podobna?

=================================================================

BrunoJ:
Tak, sruba jest podobna, ale zle wyprofilowana. W efekcie, nie da sie jej
dobrze dokrecic moneta (choc lepiej niz reka).
Podobnie srubokretem. Jedyny sposob, jaki wykombinowalem to zwykle
kombinerki. Tyle ze takie kombinerki niestety rowniez lekko
niszcza srube, ktora jest z plastiku. Przy regulernym uzywaniu, mysle
ze sruba dlugo nie pozyje.
Noszenie plytki na stale nie wydaje sie rozwiazaniem, czasem trzeba sie
dokrecic do innego statywu, a i plytka nie jest mala i chuda...

Jak obiecalem, poexperymetowalem jeszcze i nawet odwazylem sie przykrecic
ile sil w rekach (i kombinerkach). Przez jakis czas sie trzymalo,
ale po szeregu ruchow glowica w roznych kierunkach, wsuwaniu
i wysuwaniu zooma (czyli rowniez jakims nacisku reka na obiektyw),
efekt opadania powtorzyl sie.
Udalo mi sie troche polepszyc trzymanie gdy zamocowalem plytke
dluzszym bokiem w osi obiektywu, ale wtedy mocno wystaje z tylu
i bardzo slabo sie robi z reki (trzeba otworzyc usta, wtedy plytka
wpasuje sie ;-))
W dalszym ciagu twierdze ze jest to cieniutko rozwiazane, a przeciez
caly czas pisze o lekkim plastikowym obiektywie. A sa rowniez
pozadne , metalowe...

A taki fajny statyw, naprawde szkoda....

pozdrawiam
Bruno

[uwaga moja]
Potestowalem rozne sposoby przykrecania plytki.
Przy baaardzo mocnym przykreceniu, graniczacym juz z niszczeniem
plastikowej sruby, udalo mi sie aparat utrzymac w zadanej pozycji.
Ale delikatny nawet nacisk i tak spowodowal, ze aparat zjechal
i sruby sie poluzowaly (jak wyzej pisalem)
Uznajmy wiec ze da sie to zrobic. Ale chyba kazdy widzi
ze to nie jest jakies super praktycznie rozwiazanie.
No i nie wiadomo, czy wlasnie przy tym JEDYNYM zdjeciu nagle sie nie spier...

[Uwaga moja 2]
Zycie czasem robi sobie z nas jaja, ot tak po prostu.
Wcale nie tak dlugo po pojawieniu sie tego watku na liscie,
trafila mi sie okazja taniego zakupu prawie nowego CX-444.
(dla tych co nie wiedza, nowy statyw na przelomie 02/03
kosztowal ok 140zl).
Zbieglo sie to w czasie z oddawaniem opisanego przeze mnie
statywu wlascicielowi, jak rowniez z moja desperacja,
zwiazana z uzytkowaniem mojego dotychczasowego badziewnika.
Tak wiec moje slowa:
> Nie kupuje, wystarczy mi jeden badziew.
nie sa juz prawda ;)
Co nie zmienia, ze dalej zbieram na porzadny statyw.
A wtedy prawda beda slowa, zamieszczone w innym miejscu tego FAQ:
"kto tanio kupuje - ten kupuje dwa razy".


pozdrawiam serdecznie zyczac trafnych wyborow
Bruno

 

Sprzęt:

 

Technika fotograficzna i porady: Fotografowanie w tłumie

 

From: Tomasz Holdowanski
Newsgroups: pl.rec.foto
Subject: Mordazego impresje o fotografowaniu w tlumie...
Date: Tue, 04 Jun 2002 20:19:48 +0000

- Na koncercie gdzie wjazd jest za friko nie oczekuj kulturalnej
widowni.
- Powyzsze pozostaje aktualne nawet jesli to koncert muzyki organowej.
- Nawet na koncercie muzyki organowej znajdzie sie banda debili
tanczacych pogo.
- Banda debili tanczacych pogo zawsze, ale to absolutnie zawsze wywija
swoje holubce tuz przy miejscu, z ktorego sa najlepsze ujecia.
- Chocby bylo nie wiem jak cieplo, nie wkladaj na taka impreze
sandalow. To zdecydowanie zly pomysl, zwlaszcza jesli chcesz sie
dopchac do pierwszych rzedow.
- To samo dotyczy elastycznych adidasow.
- Porzadne trapery i grube skarpety uchronia cie przed uszkodzeniem
palcow i kosci srodstopia oraz zredukuja liczbe siniakow w okolicach
kostek - patrz: banda debili tanczacych pogo.
- Na otwartych koncertach i imprezach butelki po piwie wykazuja
nigdzie indziej nie obserwowana tendencje do pokonywania przestrzeni
po trajektorii parabolicznej. Wobec powyzszego styropianowy kask nie
jest tak glupim pomyslem, na jaki w pierwszej chwili wyglada.
- Nie idz na darmowy koncert w porzadnych ciuchach. Zajety robieniem
zdjec nie jestes w stanie stwierdzic, czy jakis znudzony baton nie
robi ci wlasnie petem rzedu dziurek na plecach twojej ulubionej
kurtki.
- Przed darmowym koncertem mozesz sobie odpuscic kapiel, dezodoranty i
swieze ciuchy - i tak niemal natychmiast ktos wyleje ci piwo za
kolnierz. Albo cie obrzyga.
- Im mniej rzeczy, o ktore musisz sie martwic, tym wiecej uwagi
bedziesz mogl poswiecic robieniu zdjec. I pilnowaniu sprzetu.
- Z powyzszego: zadnych portfeli, zadnych komorek, zadnych drogich
zegarkow - to chyba oczywiste.
- Jesli nie jestes zaraz przy barierce, raczej daruj sobie automatyke
lampy tylko wal z pelna moca. Czesto moze sie zdarzyc, ze swiatlo
odbite od glow ludzi przed toba zafalszuje pomiar i lampa
przedwczesnie wygasi blysk. Byc moze inaczej to wyglada w przypadku
lamp i aparatow z ttl flesza.
- Kiedy przeciskasz sie przez tlum, nie unos aparatu nad glowe.
Zamiast tego przycisnij go czule do piersi :-) Uwaga: torbe ze
sprzetem umiesc na brzuchu.
- A propos. Zabieranie klasycznej torby foto na darmowy koncert to
dopraszanie sie klopotow. Nie dlatego, ze zlodzieje, ale dlatego, ze
nie spelnia ona specyficznych wymagan fotografowania w tlumie. Jesli
juz musisz wziac cos na sprzet, polecam mala torbe - lodowke ze
styropianowym wkladem. Musi byc ona dosc gleboka, a jednoczesnie
stosunkowo waska - w ten sposob zmniejszysz ryzyko, ze ci sie z niej
cos wyturla. To procentuje przy zmianie obiektywow. Nos ja nietypowo -
z przodu, z paskiem przerzuconym przez ramie i plecy tak, zeby wieczko
znajdowalo sie nieco ponizej mostka. Ma to taka zalete, ze torba
zawsze zapewni ci nieco przestrzeni na manewrowanie aparatem i zmiane
szkiel, a gdy bedziesz sie przeciskal przez tlum, po prostu uloz
aparat na wieku torby i przycisnij do piersi - w tej pozycji jest
dosyc bezpieczny.
- Nie bierz na koncert swojego najlepszego sprzetu. Dotyczy to
zwlaszcza obiektywow. Dobrze miec w szufladzie starego kitowego zooma
specjalnie na takie okazje - fotki robione w tlumie maja to do siebie,
ze ich jakosc jest raczej zupelnie niezalezna od jakosci optyki
(czytaj - wszystkie sa takie sobie :-)))), a wypadki sie zdarzaja.
Mozesz na przyklad wyjsc z tlumu z aparatem i sterczaca z niego
polowka zooma :-))))
- Przed wyjsciem na koncert sprawdz, czy RZECZYWISCIE wsadziles
zapasowa rolke filmu do torby. Stek moich przeklenstw zagluszyl na
chwile wszystko inne. Na szczescie do domu mialem 5 minut spacerkiem,
ale 3 x tyle zajelo mi dopchanie sie na swoje poprzednie miejsce przy
scenie.
- Miejsce przy scenie gwarantuje najlepsza widocznosc, ale takze
najwieksze natezenie dzwieku, co pozniej owocuje dzwonieniem w uszach,
pierwszorzednym bolem glowy i parszywa opinia o miejscowym akustyku.
Wkladki dzwiekochlonne to wspanialy wynalazek.
- Przed zrobieniem zdjecia upewnij sie, czy jakis zlosliwy gnojek nie
czai sie, zeby w ostatniej chwili wepchnac ci lape w kadr albo
potracic cie. Rok temu jeden taki zepsul mi prawie polowe filmu i nie
reagowal na upomnienia, tylko sie szczerzyl. Zupelnie niechcacy
nabilem mu guza kantem korpusu.
- Fotografowanie w tlumie to nie jest sesja zdjeciowa. To jest wojna.
A na wojnie sprzet musi byc toporny, odporny i jak najprostszy, zeby
nie mialo sie w nim co zepsuc. Stare metalowe manuale lacza w sobie
wystarczajace mozliwosci zdjeciowe z niezla wartoscia bojowa.
- Aparat, lampa i dwa zoomy to nieprzekraczalne maksimum tego, co
powinienes ze soba miec. Zadnych staloogniskowych szkiel, tylko dwa
zoomy i mocna lampa do nich. Jesli nie planujesz robic zdjec bandzie
debili tanczacych pogo, mozesz nie brac krotkiego zooma, chociaz moze
sie okazac, ze wlasnie wtedy wydarzenia na widowni beda duzo ciekawsze
od samego koncertu :-) Lepszy wiec bylby megazoom, ale przecietne
28-200 wciaz sa za drogie.
- To, ze koncert odbywa sie wieczorem, nie znaczy wcale, ze nie musisz
uzywac oslony przeciwslonecznej. Wrecz przeciwnie, jet ona wtedy
potrzebna jak nigdy.
- Kamizelka foto i plecak foto to dwie rzeczy, ktorych nie powinienes
miec na grzbiecie podczas robienia zdjec w tlumie.

Pozdrawiam,
Mordazy.

 

 

Technika fotograficzna i porady: Poruszenie przy różnych ogniskowych

 



Zebrał: Jacek Welz

Grupy dyskusyjne:pl.rec.foto
Data:2002-03-06 03:24:23 PST

Autor:JKK (kora+icmax.com.pl)
Temat:teleobiektyw: ogniskowa/czas


Mam proste pytanie.
Czy wybor maksymalnego czasu naswietlania (tak aby zdjecie nie bylo
poruszone) zalezy od maksymalnej ogniskowej danego obiektywu czy od
faktycznie ustawionej?

------------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99+hotmail.com)

Wbrew pozorom, wybor maksymalnego czasu naswietlania powinien zalezec od
*fizycznej* dlugosci danego obiektywu (i - oczywiscie - Twoich kryteriow
ostrosci.) Niektore modele Nikonow, Pentaxow, etc. maja w wizjerze
"ostrzezenie" przed poruszeniem dla danej ogniskowej, ale to jest raczej
taka sobie pomoc, albowiem zaklada ze nastwiona ogniskowa jest w jakis
sposob polaczona z fizyczna dlugoscia obiektywu, co jest prawda tylko w
przypadku obiektywow staloogniskowych. W duzej ilosci zoomow wymiary
obiektywu zmieniaja sie *stosunkowo* nieznacznie przy roznych ogniskowych,
tak wiec np. obudowa obiektywu 28-300 bedzie miala dlugosc ok 200-300 mm
nawet przy ogniskowej 28 mm, i nawet przy tej ogniskowej aparat bedzie
wymagal czasu - powiedzmy - co najmniej 1/200s aby zdjecie bylo nie
poruszone.

Taka stara zasada "ogniskowa obiektywu jako mianownik czasu naswietlania"
powstala baaardzo dawno i odnosila sie do stosunkowo malych i lekkich
obiektywow staloogniskowych do aparatow nielustrzanych (gdzie - np. w
formacie 24x36 mm - obiektyw 135 to "dluga rura") no i jak wiadomo
dalmierzowce nie maja klapiacego lustra. Poza tym, kryteria ostrosci byly
wtedy inne, bo wiekszosc amatorskich zdjec byla albo kopiowana stykowo (np.
6x9 cm) albo minimalnie powiekszana.

Generalnie, czasy dluzsze niz 1/125 s "z reki" prowadza do poruszonych
zdjec.

-----------------------------------------------
Autor:Adam Szlachta (szladamNOSPAM@poczta.onet.pl)

"eMeL" wrote in message
[...]
> nawet przy ogniskowej 28 mm, i nawet przy tej ogniskowej aparat bedzie
> wymagal czasu - powiedzmy - co najmniej 1/200s aby zdjecie bylo nie
> poruszone.

Przepraszam, ale na prawde ciezko sie z tym zgodzic.
Przeciez wystarczy spojrzec w wizjer przy ogniskowej
28 i ogniskowej 105 (np. w moim zoomie) i w tym drugim
przypadku "trzesie" znacznie bardziej. Jezeli chodzi
o "klapniecie lustrem" to tez mam wrazenie, ze wstrzasy
"z reki" sa znacznie wieksze, a lustro dobrze wytlumione
i nie ma znaczacego udzialu w poruszeniu zdjecia.

------------------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99+hotmail.com)

> Przepraszam, ale na prawde ciezko sie z tym zgodzic.
> Przeciez wystarczy spojrzec w wizjer przy ogniskowej
> 28 i ogniskowej 105 (np. w moim zoomie) i w tym drugim
> przypadku "trzesie" znacznie bardziej.

Taaak... Bo tego nie zauwazasz ...Oko ludzkie, wespol z naszym mozgiem,
szybcutko staraja sie kompensowac male anomalie, ale nie sa w stanie
kompensowac duzych...

Wykonaj maly eksperyment:
Nastaw zooma na 105 mm i zapamietaj skale odwzorowania obiektu (np. glowa
modela wypelnia cala klatke.) Nastepnie nastaw 28 mm i zbliz sie do obiektu
aby skala odwzorowania byla taka sama jak przy ogniskowej 105 mm (czyli aby
glowa owego modela znow wypelniala cala klatke.) Porownaj jak sie
"trzesie..."

Raczki tak samo Ci sie trzesa, bo fizyczna dlugosc "rury" przy 28 mm i 105
mm zmnienila sie bardzo nieznacznie, ale na skutek mniejszej skali
odwzorowania Twoje oke szybciutko kompensuje drgania przy ogniskowej 28 mm w
porownaniu do 105 mm. Zachowaj te sama skale odwzorowania i szybciutko
zauwazysz brak roznic w "trzesienu"...


> Jezeli chodzi
> o "klapniecie lustrem" to tez mam wrazenie, ze wstrzasy
> "z reki" sa znacznie wieksze, a lustro dobrze wytlumione
> i nie ma znaczacego udzialu w poruszeniu zdjecia.

Eksperyment numer 2...
Wez jedna lustrzanke jednoobiektywowa z podnoszeniem lustra - moze byc Nikon
F5 - to chyba niezla lustrzanka, co? Zamontuj ja na statywie przed gazeta
wiszaca na scianie. Poczekaj az statyw przestanie drgac. Bez podniszenia
lustra zrob zdjecie - powiedzmy - na 1/8s, najlepiej na slajdzie, uzywajac
wezyka spustowego. Po czym podnies lustro, poczekaj chwile i wykonaj
nastepne zdjecie z tyem samym czasem naswietlania. Wywolaj, poloz na
stoliku podswietlnaym i *obiektywnie* porownaj uzywajac dobrej lupy 4-10x.

----------------------------------------------
Autor:Adam Szlachta (szladamNOSPAM@poczta.onet.pl)

> "eMeL" wrote in message ...
> Wykonaj maly eksperyment:
> Nastaw zooma na 105 mm i zapamietaj skale odwzorowania obiektu (np. glowa
> modela wypelnia cala klatke.) Nastepnie nastaw 28 mm i zbliz sie do obiektu
> aby skala odwzorowania byla taka sama jak przy ogniskowej 105 mm (czyli aby
> glowa owego modela znow wypelniala cala klatke.) Porownaj jak sie
> "trzesie..."

Wlasnie wykonalem. Niestety przy 105 moj obiektyw jest duzo dluzszy,
ale "trzeslo" niewiele mniej... Masz chyba racje.

--------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99@hotmail.com)

> Adam Szlachta wrote in message
> Tym razem nie zrozumiales mnie. Nie chodzilo mi o zdjecia przy
> czasie rzedu 1/8s ze statywu, tylko zdjecia przy normalnych czasach
> ok. 1/60 z reki. Stwierdzilem ze wplyw drgan z samej reki wydaje mi sie
> bardziej znaczacy niz wplyw drgan lustra na aparat (lub rece;).


To byla ilustracja generalnej zasady...
Ruch lustra (przed wyzwoleniem migawki) i ruch samej migawki (obydwa sa
amortyzowqane, wytlumione, etc.) wprowadza dodatkowe drgania. Czy efekty
tych drgan sa zauwazalne w *normalnych* warunkach (*praktycznie*), to jest
zupelnie inna sprawa, ale IMO to wszystko razem - a przede wszystkim zyt
dlugie czasy "z reki" - wplywa na duz ilosc "miekkich" zdjec zrobionych ze
stosunkowo niezla optyka.

W studio w ktorym kiedys pracowalem, po przygotowaniu planu, ustawieniu
poklonow aparatu, naswietlania, zalozeniu kasety, wyciagnieciu zaslepiki,
etc., obowiazywala 60 sekundowa pauza - nawet oddychanie bylo zabronione -
aby "wygasic" wszystkie drgania. No i sam aparat nie stal na statywie tylko
na 650 funtowym (+- 300kg) stojaku. Ale zdjecia byly ostre jak zyleta!

-------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99+hotmail.com)

> Maciej Ostaszewski wrote in message
>
> Znaczy sie, robie zdjecie takimi samymi aparatami ale w roznych formatach
> (troche nierealne, ale powiedzmy, ze mozliwe leica m6 i Mamiya 7). Robimy
> przy tych samych parametrach zdjecia ogniskowymi standardowymi i
> powiekszamy je do tych samych rozmiarow. Ktore bedzie bardziej
,,poruszone''?.


Jesli *wszystkie* inne parametry sa identyczne, to ostrosc zalezy od
krotnosci powiekszenia. Aby uzyskac odbitke 18x24 cm nalezy powiekszyc
negatyw 24x36 mm liniowo ok. 6-7 krotnie, a negatyw 6x7 cm (Mamiya) tylko
ok. 3 krotnie. Sprawa prosta. Ale... Jesli bedziesz chcal miec te sama
skale powiekszenia na negatywie z zachowaniem takiego samego dystansu od
obiektu fotografowanego dla obydwu aparatow, to - jesli aparat 24x36 mm
uzwa ob. 100 mm - w aparacie 6x7 bedziesz musial uzyc obiektywu ok. 180 mm,
ktory jest latwiej poruszyc...W praktyce mozna zaabserwowac takze roznice w
trzymaniu aparatow roznych rozmiarow, wagi, ksztaltow, rodzajow migawek,
etc., ktore wplywaja na "pewnosc" fotografii "z reki."

-------------------------------------------------
Autor:Leszek G (oxcartsevenone+tenbit.pl)

Wszystko racja, tylko troche jest to wszysko zagmatwane.
Biorac do reki np zuma, dajmy na to 60-300 (widzialem kiedys taka Tokine
wpieta w Nikona FE), wtedy przy krotkim koncu patrzac na matowke wszystkie
drgania beda mniej widoczne niz przy dlugim koncu ogniskowych (dlugosc, masa
szkla pozostaje wszak niezmienna). Prosty wniosek - przy malych ogniskowych
drgania reki/lustra/migawki/ sa mniej widoczne i dokuczliwe, z tego wzgledu,
ze ogladany obrazek jest znacznie zmniejszony w stosunku do tego, ktory
widac przy dlugiej ogniskowej.
Poza tym latwiej jest trafic w stodole (szeroki kat) niz we wrobla na
slupie 200m od stanowiska (tele), mimo, ze drgania reki/lustra/migawki
pozostaja te same.


======================================================
[ inna odpowiedz do stwierdzenia eMeLa ]

Autor:Sebastian Kaliszewski (Sebastian.Kaliszewski+softax_com.pl)

Wymyslasz!!!
Co za roznica czy obiektyw ma 28 czy 280mm (w rozsadnych granicach) -- na
poruszenie ma wplyw glownie ruch OBROTOWY a nie LINIOWY -- dopoki nie
fotografujesz macro -- wtedy moge sie zgodzic. Ruch katowy bedzie przy
dobrze trzymanym aparacie taki sam albo mniejszy.

-------------------------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99+hotmail.com)

Prosty - uczciwie wykonany - eksperyment opisany pare postow wyzej obala
Twoja teze. Ale dla mnie to mozesz sobie zyc w krainie uludy i pstrykac
nieostre knoty ad mortum usranum.

-------------------------------------------------------
Autor:Sebastian Kaliszewski (Sebastian.Kaliszewski+softax_com.pl)

Nie prawda.

Dokladniej: nie, dopoki nie robisz mocnych zblizen (odleglosc rzedu kilku
dlugosci mechanicznych albo dlugosci ogniskowych szkla -- wybierajac to, co
wieksze). To ma bardzo malo wspolnego z dlugoscia rury dopoki odleglosc od
celu nie jest zblizona do owej rury dlugosci. Jesli jest dalej to decydujace
znaczenie ma wlasnie ruch obrotowy (wokol osi poprzecznej). Ruch ten przy
prawidlowym trzymaniu aparatu (jak kto trzyma za 320g korpus z rura wazaca
2kg to jego problem) nie rosnie wraz z dlugoscia rury. Czy calosc ma 10 czy
40cm to ruchy obrotowe beda powiedzmy zblizone. Niech to bedzie, dajmy na to
1.5 stopnia/sek. Czyli w ciagu 1/30s poruszy sie o 1/20 stopnia. Przy polu
widzenia 30 stopni (mniej wiecej standard dla fotografowania w pionie)
oznacza to poruszenie o 1/600 kadru (czyli da ostre powiekszenie
mniej-wiecej 3 krotne). Dla pola widzenia 10 stopni jest to juz 1/200 kadru
(czyli tylko styk bedzie ostry). Przy polu widzenia 60stopni poruszeni spada
do 1/1200 kadru (co da ostre 6x powiekszenie). I tyle. Reszta to bajki.

> Ale dla mnie to mozesz sobie zyc w krainie uludy i pstrykac
> nieostre knoty ad mortum usranum.

A ty mozesz sobie wymyslac nowe prawa fizyki... mozesz nawet zostawiac w
nocy obiate dla duchow opekunczych twoich aparatow, jesli uwazasz ze to
pozwoli ci robic ostrzejsze zdjecia.

Zreszta powiedz te swoje bajki i zaproponuj eksperymenty Canonowi i
Nikonowi -- zgodnie z twoja teoria IS/VR nie dziala.

--------------------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99+hotmail.com)
Chyba nie przeczytales mojej oryginalnej odpowiedzi. Oto ona:

<<<
Wykonaj maly eksperyment:
Nastaw zooma na 105 mm i zapamietaj skale odwzorowania obiektu (np. glowa
modela wypelnia cala klatke.) Nastepnie nastaw 28 mm i zbliz sie do obiektu
aby skala odwzorowania byla taka sama jak przy ogniskowej 105 mm (czyli aby
glowa owego modela znow wypelniala cala klatke.) Porownaj jak sie
"trzesie..."
>>>

Przypominam ze testujemy zoom, ktory (pomijajac detale) ma mniej-wiecej te
sama dlugosc rury przy 28 mm i 105 mm. Cala zabawa w takich testach lezy w
*nie zmienianiu* pola widzenia przy zmianie ogniskowej w zoomie. Jesli
zmienisz pole widzenia (tzn. skala odwzorowania przedmiotu bedzie inna przy
- powiedzmy 105mm i 28 mm) to nieostrosc negatywu na skutek poruszenia przy
krotszej ogniskowej bedzie po prostu widoczna golym okeim przy odpowiednio
wiekszej skali powiekszenia (jak to slusznie zauwazyles...) Tylko ze to nie
o to chodzi.

--------------------------------------------------------------
Autor:Sebastian Kaliszewski (Sebastian.Kaliszewski+softax_com.pl)

Przeczytałem dokładnie.

Wykonałem. Wynik nie jest zgodny z tym co podałeś. Jest za to zgodny z tym
co ja twierdzę.

Oczywiście trzęsie się w obu wypadkach, tyle że na 4x krótrzej ogniskowej
wyraźnie mniej (układ szkło+korpus nie stał się 4x krótszy). O ile -- tego
sie nie da dokładnie stwierdzić -- ludzki system widzenia wiele zakłuceń,
jeśli przekroczą pewien poziom, odbiera po prostu jako zakłucenia natomiast
ma kłopoty z określeniem ich siły.

>
> Przypominam ze testujemy zoom, ktory (pomijajac detale) ma mniej-wiecej te
> sama dlugosc rury przy 28 mm i 105 mm. Cala zabawa w takich testach lezy w
> *nie zmienianiu* pola widzenia przy zmianie ogniskowej w zoomie.

Ale zmieni się rozwartość stożka widzenia. I poruszenie spadnie.

> Jesli
> zmienisz pole widzenia (tzn. skala odwzorowania przedmiotu bedzie inna przy
> - powiedzmy 105mm i 28 mm) to nieostrosc negatywu na skutek poruszenia przy
> krotszej ogniskowej bedzie po prostu widoczna golym okeim przy odpowiednio
> wiekszej skali powiekszenia (jak to slusznie zauwazyles...)

Przy małych odległościach od obiektu istotne są nie tylko drobne zmiany kąta
widzenia ale i zmiany punktu widzenia.
Przy większych odległościach zmiana punku widzenia nie ma znaczenia.
Dla skali 1:1 przesunięcie punktu widzenia o 0.1mm oznacza przesunięcie
obrazu na kliszy o 0.1mm i jest przykre o ile nie robi się w formacie
8x13cali i z tego styku. Dla skali 1:10 można zejść z formatem do małego
obrazka. Po prostu znaczenie ruchów obrotowych jest stałe i nie zależne od
skali odwzorownia, natomiast znaczenie ruchów liniowych (w płaszczyżnie
prostopadłej do osi optycznej obiektywu) jest wprost propporconalne do skali
odwzorowania. Przy macro dochodzi jeszcze problem poruszenia przód-tył. Dla
tego do macro statyw jest konieczny i żadwen IS nie pomoże.

W sytuacji jaką opisujesz, czyli gdy szklo np. 30mm ma na prawdę 150mm
dodatkowo część ruchów obrotowych jest przenoszona na zmianę punktu widzenia
na skutek znacznej odległości punktów głównych przedmiotowego i obrazowego
(w takim wypadku zapewne ok 100mm). Ale to jest mało istotne (patrz nizej).

Dokładniej:

Niech aparat ze szklem ma 20cm dlugosci. Odleglosc miedzy glownymi punktami
to 15cm -- przy polu widzenia w pionie 60st i 0 cm przy polu widzenia w
pionie 10st. Ruch reki to juz podane 1.5stopnia na sekunde -- obrotowy i
1cm/s -- liniowy (to sa mniej-wiecej realne dane).

Robimy zdjecie z odleglosci metra szerokim (60st w pionie) katem i z 6m
waskim (10st w pionie) katem.

Jest wiec skala odwzorowania tak mniej-wiecej 1:40 (ot portret dwu osob od
pasa). Przy czasie 1/90s poruszenie wynikajace ze zmiany kata widzenia to
1/3600 kadru dla szerokiego i 1/600 dla waskiego kata. Teraz dodajmy
poruszenie liniowe 1/9 mm razy skala odwzorowania 1/40 to 1/360mm na kliszy
czyli mniej niz 1/8000 kadru (calkowicie pomijalne). Teraz dla szerokiego
kata nalezy jeszcze doliczyc efekt zwiekszonej zmiany punktu widzeniana na
skutek rozstawienia punktów glownych obrazowego i przedmiotowego. Obroty 1.5
stopnia na sekunde na dlugosci 15cm zamieniaja sie w ~0.37cm/s. Czyli
dodatkowo 1/24000 kadru -- mozna o tym zapomniec, zadne szklo tego nie
przeniesie! ÂŁącznie w wyniku przesuniecia liniowego poruszenie dla
szerokiego kata bedzie o ok 1/6000 kadru. Laczne poruszenia to 1/2250 kadru
dla szerokiego kata i ~1/560 dla waskiego.

Dla skali 1:20 poruszenie obrotowe zostanie jak było natomiast liniowe
wzrosnie 2 razy. Czyli wzrosnie do 1/3000 kadru dajac lacznie poruszenie
~1/1600 kadru (powiększenia 8x OK) i ~1/520 kadru dla waskiego (powiekszenie
do 2.5x -- kiepsko).

Dla waskiego kata (6 razy weziej), aby uzyskac taka sama ostrosc jak dla
szerokiego czas trzeba skrocic ~4 razy dla skali 1:40 i ok ~3 razy dla skali
1:20. Tyle ze to 1:20 przy szerokim kacie to juz jest ok 0.5 metra od
obiektywu! (Jak czesto robi sie zdjecia szklem 24mm z odleglosci 0.5m?).
Nigdzie nie widac tu zrowniania czasow!

Dopiero dla skali 1:4 potrzebne czasy sie zrownuja (a gdyby roznicy
plaszczyzn glownych nie bylo czyli zamiast zooooma bylo normalne szklo to to
zrownaie nastapilo by przy 1:3.

Co istotne nadbierna o 15cm dlugosc szkla w stosunku do ogniskowej zwieksza
efekt przesuniecia liniowego tylko o ok 3/8. Zeby ten efekt zostal
zwiekszony 2x to potrzeba by odleglosci miedzy punktami glownymi obiektywu
rzedu 40cm! Nawet zdziczale szkla typu EF 35-350L tyle nie maja (raczej
blizej 20cm).


Wynikaja z tego dwie rzeczy: dla normalnych zdjec zasada stosowania
proporcjonalnosci odwrotnosci ogniskowej i czasu dla uzyskania
nieporuszonych zdjec dziala bardzo dobrze. Dla zblizen, rzedu 1:4 i makro
juz nie. Czyli to co mowilem

-------------------------------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99+hotmail.com)

> ... Wynikaja z tego dwie rzeczy: dla normalnych zdjec zasada stosowania
> proporcjonalnosci odwrotnosci ogniskowej i czasu dla uzyskania
> nieporuszonych zdjec dziala bardzo dobrze. Dla zblizen, rzedu 1:4 i makro
> juz nie. Czyli to co mowilem
>

Dla mnie, praktyczne implikacje - w "normalnej" fotografii, nie macro - sa
nastepujace:
- Uzywanie czasow ponizej 1/125s z zoomem (bez lampy) prowadzi do zdjec
ktore sa mniej ostre niz przy krotszych czasach (lub ze statywu) bez wzgledu
na ogniskowa. Mnostwo fotografujacych popelnia ten blad z zalosnymi
efektami.
- Uzycie obiektywu szerokokatnego o stalej ogniskowej (np. 28 mm) pozwoli na
uzyskanie analogicznej ostrosci przy uzyciu dluzszych czasow naswietlania
niz uzycie zooma o tej samej ogniskowej
- zasade proporcjonalnosci odwrotnosci ogniskowej i czasu nalezy traktowac
z przymruzeniem oka, bo powstala ona w dobie zupelnie innej sytuacji
sprzetowej, etc., np. obecnie, 1/400 sekundy to czas zbyt dlugi aby uzyskac
ostre zdjecie obiektywem 400 mm. Tak samo 1/12 sekundy przy obiektywie 12
mm :-)

---------------------------------------------------------------
Autor:Stanislaw B.A. Stawowy (watteau+box43.gnet.pl)

>- zasade proporcjonalnosci odwrotnosci ogniskowej i czasu nalezy
>traktowac z przymruzeniem oka, bo powstala ona w dobie zupelnie innej
>sytuacji sprzetowej, etc.,

Przede wszystkim filmy byly inne... Tri-X, kiedys rewelacja, ma
rozdzielczosc rzedu 50 lpmm.. Optyka tak bardzo sie nie zmienila
przeciez :))

===================================================================
[ i jeszcze raz do pierwszej wypowiedzi eMeLa ]

Autor:kumkum34+poczta.onet.pl (kumkum34+poczta.onet.pl)

> Generalnie, czasy dluzsze niz 1/125 s "z reki" prowadza do poruszonych
> zdjec.
>
90% moich zdjęć to czasy dłuższe..
24mm bardzo często robię na 1/15 z doskonałym efektem.
Tak więc nie przesadzałbym - dla ogniskowych <50mm to aż za duży margines
bezpieczenstwa.

------------------------------------------
Autor:Adam Szlachta (szladamNOSPAM@poczta.onet.pl)

w powiekszeniach tez?

------------------------------------------
Autor:kumkum34+poczta.onet.pl (kumkum34+poczta.onet.pl)

owszem - choc nie powiekszalem bardziej niz 20/30.

---------------------------------------------
Autor:eMeL (badbatz99+hotmail.com)

Zrob na 1/30 z reki, na 1/30 ze statywu. Porownaj negatywy/slajdy
(uczciwie...) pod 4 -10x lupa.
Chociaz moze masz niezwykle pewna reke
;-)

----------------------------------------------
Autor:kumkum34+poczta.onet.pl (kumkum34+poczta.onet.pl)

Statywu sie nie dorobilem :) slajdow zas nie uzywam
Prawde mowiac raczej watpie by przy powiekszeniu np. 20/30 o ile subiektywnie
odbieram to jako ostre, patrzac przez lupe byloby ostrzejsze. Ale kiedys z
ciekawosci sprobuje.
Moim zdaniem sporo zalezy tez od aparatu - i to nie tylko od wagi. Mimo ze moj
aparat i kumpla wazy +/- tyle samo (ok.900g) jego nie jestem w stanie zrobic z
reki na takim czasie jak moim.

==============================================

 

Technika fotograficzna i porady: Krótki przewodnik po fotografii ulicznej

 

Mason Resnick - Krótki przewodnik po fotografii ulicznej

Przetłumaczone za zgodą autora (specjanie dla prf FAQ) z:
http://www.photogs.com/bwworld/ramble798.html
Tłumaczenie: Magdalena Wajda-Kacmajor


Tak naprawdę, powinniśmy nazywać ją fotografią "chodnikową", ponieważ większość
zdjęć z tego gatunku powstaje na chodniku lub w jego pobliżu. Jestem fotografem
ulicznym od roku 1977. W tym właśnie roku miałem przyjemność uczestniczyć w
intensywnych, dwutygodniowych warsztatach z Garrym Winograndem. Większość
spośród dziesiątek tysięcy zdjęć "ulicznych", jakie zrobiłem w życiu, powstała
na podłożu betonowym, nie zaś na asfalcie. Fotografią uliczną - przynajmniej
moim zdaniem - byłyby zdjęcia robione z samochodów.

Kiedy pracowałem jako redaktor B&W World, wielu ludzi pytało mnie, w jaki sposób
można zostać fotografem ulicznym i odnosić sukcesy w tej dziedzinie. Określenie
"odnoszący sukcesy fotograf uliczny" to zestawienie dwóch sprzecznych elementów.
Przypuszczam zatem, że ludzie ci zastanowili się już nad etyczną stroną
zagadnienia (czy to niegrzeczne, robić zdjęcie komuś całkowicie nieznajomemu? A
może wręcz kradnie się mu duszę?). Zadając pytanie, chcą po prostu poznać
strategię robienia zdjęć ulicznych (czy chodnikowych), oraz omówić inne problemy
techniczne. Nie byłoby ładnie z mojej strony, gdybym chciał odmówić im tych
istotnych informacji.

Oto kilka prostych czynności, jakie możesz wykonać, by przygotować się do
idyllicznego życia fotografa ulicznego:

1. Wędruj bez celu po ulicy, wskazując palcem na osoby oddalone od ciebie o
jakiś metr czy dwa, i naśladuj dźwięk migawki. Mogą patrzeć na ciebie jak na
wariata, pytać "czemu wytyka mnie pan palcem?", albo wygłaszać niegrzeczne
komentarze. Uśmiechaj się w odpowiedzi, patrz nad ich ramieniem, jakbyś
wskazywał na coś zupełnie innego, lub po prostu zupełnie nie zwracaj na nich
uwagi. Kiedy czynności te będą wydawały ci się tak naturalne, że będziesz
wykonywał je odruchowo, nie zwracając uwagi na reakcje innych osób, nadejdzie
czas by zamienić palec wskazujący na aparat.

2. Idź do banku. Podejmij z konta 50 dolarów, w jednodolarowych banknotach. Idź
ulicą i rzucaj za siebie po jednym banknocie. Jeżeli to nie będzie ci
przeszkadzało ani niepokoiło cię, jesteś gotów by kupować, używać i wywoływać
wielkie ilości filmów.

3. Stań na chodniku w porze lunchu , uśmiechając się do wszystkich przechodniów,
a jednocześnie bacznie ich obserwując. Kiedy już uznasz tę czynność za
naturalną, będziesz gotów by poświęcić swoją przerwę obiadową na robienie zdjęć
(ostatecznie, to w porze lunchu na ulicach dzieją się najciekawsze rzeczy).

4. Zrezygnuj z pracy na przedmieściu i postaraj się o posadę w centrum. Kto
robi dobre zdjęcia uliczne na przedmieściach?

5. Wytnij z gazety zdjęcie Leiki serii M. Powieś je na widocznym miejscu. Ślin
się na jego widok codziennie, przez kilka miesięcy. Następnie zdobądź pieniądze
i kup sobie taki aparat.

6. Wyjmij z lodówki całe jedzenie, jakie w niej trzymasz. Na jego miejsce włóż
zapas Tri-X albo HP 5+. Wyjmuj dziesięć rolek dziennie, i zużywaj je wszystkie.
(Zjedz jedzenie, zanim się zaśmierdnie).

7. Wypisz sobie trzy praktyczne powody, dla których chcesz być fotografem
ulicznym. Jeżeli nie uda ci się przebrnąć dalej niż powód # 1, daj sobie spokój
- po prostu idź robić zdjęcia. Być może w ten sposób do niczego się nie
przygotujesz, ale przynajmniej zrozumiesz, że kreatywność jest nieracjonalna.

8. Kup sobie kilka książek: "Decydujący moment" (The Decisive Moment) Henri
Cartier-Bressona (jeżeli uda ci się ją gdziekolwiek znaleźć - powodzenia!),
"Amerykanie" (The Americans) Roberta Franka, "Wytwory z prawdziwego świata"
(Figments from the Real World) Garry Winogranda i "Osobiste Ujęcia" (Personal
Exposures) Elliotta Erwitta. Oglądaj zdjęcia tak często, aż książki rozpadną
się. Zanieś je do ponownej oprawy. Nadal oglądaj zdjęcia.

9. Kiedy ktoś zapyta, jakie byłyby twoje wymarzone wakacje, odpowiedz "samotnie
spędzony tydzień w ciemni" - i wierz we własne słowa.

10. Nieustannie zadawaj sobie to pytanie: "Jak to, na co właśnie patrzę, będzie
wyglądało ujęte w kadr, nieruchome, dwuwymiarowe i czarno-białe?" Jeżeli
poszukując odpowiedzi poczujesz, że twoje serce bije szybciej, zaschło ci w
gardle i robi ci się słabo - to właśnie się zakochałeś. Nie walcz z tym
uczuciem. Wyciągnij swoją Leicę M, za którą wciąż spłacasz raty, i zacznij robić
zdjęcia.

Reakcje czytelników:

Kiedy przeczytałem zajawkę "Wreszcie! Długo oczekiwany przewodnik Resnicka po
fotografii ulicznej!", podskoczyłem z radości. Spośród wszystkich gatunków
fotografii, ta właśnie najbardziej mnie fascynuje. Naprawdę cieszyłem się na
myśl, że przeczytam głęboki i przemyślany artykuł, w którym znajdę wskazówki,
omówienie najczęstszych błędów i być może kilka porad dla zupełnych nowicjuszy.
Tymczasem znalazłem tę niby-zabawną bzdurkę, która jest całkowicie bezużyteczna
- może poza tytułami książek, które warto przeczytać (ale to nie jest prawdziwa
porada).

Może teraz wyświadczycie przysługę czytelnikom i opublikujecie to, co
reklamowaliście: prawdziwą wersję.

Mason Resnick odpowiada: przykro mi, że mój przewodnik po fotografii ulicznej
nie spełnił pana oczekiwań Gdyby jednak studiował pan kiedyś pod kierunkiem
prawdziwego fotografa ulicznego, wiedziałby pan, że ciężko jest uzyskać od nich
prostą wypowiedź o tym, co robią.

Po prostu dostosowałem się do długoletniej tradycji udzielania mętnych
odpowiedzi.

A na poważnie, moim skromnym zdaniem jedynym sposobem na nauczenie się
fotografii ulicznej jest obserwowanie przy pracy takiego mistrza jak Elliott
Erwitt czy Lee Friedlander - przyglądanie się, jak robią zdjęcia, by
bezpośrednio poznać ich technikę. Trzeba oglądać wiele dobrych zdjęć, i
nieustannie robić własne. To jest właśnie prawdziwa wersja. Raczej trudno
napisać o niej artykuł (chociaż jestem pewien, że pewni krytycy, którzy nie
robią zdjęć, wymyśliliby sposób).

 

Technika fotograficzna i porady: Skalowanie

 

From: Janko Muzykant
Newsgroups: pl.rec.foto
Subject: O przeskalowywaniu zdjec
Date: Sun, 17 Dec 2006 11:09:38 +0100

Pozwalam sobie zamieścić tekścik o przeskalowywaniu zdjęć mojej skromnej
osoby metodą, który obiecałem kiedyś popełnić, może się komuś przyda.

1. Cel.

Poniżej znajduje się opis metody pomniejszania bitmap (w szczególności
zdjęć na cele prezentacji w internecie. Opis ten powstał, ponieważ autor
nie znalazł gotowej procedury dającej zadowalające doznania estetyczne
przy użyciu monitorów lcd o rozdzielczości niższej, niż 200dpi. Algorytm
poniższy jest wynikiem przemyśleń oraz długich testów. Procedura
dostarcza dwa pliki, jeden o wymiarach nieprzekraczających 968x596px, co
jest optymalnym wymiarem dla przeglądarek internetowych pracujących w
rozdzielczości 1024x768px oraz drugi, o wymiarach nieprzekraczających
160x160px, będący miniaturą pierwszego. Oczywiście dokładne wymiary
można zmodyfikować do swoich potrzeb kierując się wskazówkami tu zawartymi.

2. Wymagania.

Do przeprowadzenia konwersji potrzebny będzie:
Pakiet IrfanView, do ściągnięcia z: www.irfanview.com (użyto wersji 3.97)
Program do obróbki bitmap z funkcją Unsharp Mask (Photoshop, Gimp itp)

3. Przygotowania.

3.1. Tworzymy gdzieś folder o nazwie RESIZE
3.2. Do folderu RESIZE kopiujemy plik I_VIEW32.EXE
3.3. W folderze RESIZE tworzymy folder PLUGINS
3.4. Do folderu PLUGINS kopiujemy plik EFFECTS.DLL
3.5. W folderze RESIZE tworzymy plik I_VIEW32.INI o następującej treści:

[Others]
ResampleFilter=4
[JPEG]
Save Quality=85
Save Progressive=1
Save Grayscale=0
NoSampling=0
KeepExif=0
KeepCom=0
KeepIptc=0

3.6. W folderze RESIZE tworzymy plik RESIZE1.bat o następującej treści:

rd ready /s /q
del temp.bmp /q
md ready
i_view32.exe 1.jpg /resample=(5476,3371) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(3872,2384) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(2738,1686) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(1936,1192) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(1369,843) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(968,596) /aspectratio /convert=ready\1.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(612,426) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(306,213) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(160,160) /aspectratio /convert=ready\1m.bmp
del temp.bmp

3.7. W folderze RESIZE tworzymy plik RESIZE2.bat o następującej treści:

cd ready
del *.jpg /q
..\i_view32.exe *.bmp /jpgq=85 /dpi=(72,72) /convert=*.jpg
del *.bmp /q

4. Używamy.

4.1. Zdjęcie o wielkości 4-12 Mpx w formacie jpg i nazwie 1.jpg, które
zamierzamy przekonwertować zamieszczamy w folderze RESIZE.
4.2. Uruchamiamy RESIZE1.BAT.
4.3. Po chwili w folderze READY powstanie plik 1.bmp.
4.4. Wyostrzamy zdjęcie w programie Photoshop lub kompatybilnym w
następujący sposób:

Unsharp Mask: x/0,2/0
Fade: 50%/darken
Unsharp Mask: x/0,2/0

X dobiera się ''na oko'', zwykle z przedziału 200 - 500, za pierwszym
razem zwykle więcej. Dla ''miękkich'' zdjęć proces wyostrzania pomijamy.
Po wyostrzeniu zapisujemy plik.

4.5. Uruchamiamy RESIZE2.BAT.
4.6. Po chwili w folderze READY powstaną pliki 1.jpg - zdjęcie
przekonwertowane oraz 1m.jpg - miniatura tego zdjęcia.

5. Komentarz.


Do właściwego zmniejszenia użyto algorytmu b-spline, dającego
oryginalną, miękką konwersję. Dzięki temu detale na zdjęciach,
szczególnie cienkie linie tworzące niewielki kąt z pionem lub poziomem
nie ulegają degradacji i nie tworzą charakterystycznych ''schodków'', a
drobne kontrastowe szczegóły nie wypalają obrazu. Dodatkowo proces
konwersji przebiega w kilku etapach potęgując owo działanie. Ilość
etapów i różnica poszczególnych wymiarów została dobrana w sposób
doświadczalny. Z tego powodu pierwszym etapem jest powiększenie zdjęcia
do znacznych wymiarów - wydawać by się mogło, że nie ma to sensu,
jednakże obserwacje poczynione na złożonych obrazach potwierdzają
konieczność takiej czynności. Ostatnim etapem jest wyostrzenie zdjęcia.
Należy je przeprowadzać dwuetapowo, jak opisano wyżej. Dzięki temu
dodatkowo wzmocni się nieco kontur oraz korzystnie zaznaczy
najdrobniejsze detale. Należy uważać, by nie przeostrzyć zdjęcia jak
również należy się wystrzegać zwiększania parametru ''radius'' powyżej 0,2.

Przy wyborze innego wymiaru docelowego, niż 968x596 należy wychodąc od
niego dobrać wyższe wartości w ten sposób, by były większe od siebie o
pierwiastek z dwóch (w praktyce od 1,4 do 1,6).

Plik RESIZE1.BAT można rozbudować o dowolną ilość procesów konwersji,
dzięki czemu można je wykonywać hurtowo. Należy tylko zaktualizować
nazwy 1.jpg, 1.bmp i 1m.bmp.

6. Dodatki

Plik RESIZE1.BAT, którego używa autor stosując wymiar plików wyjściowych
1224x852px:

rd ready /s /q
del temp.bmp /q
md ready
i_view32.exe 1.jpg /resample=(6924,4820) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(4896,3408) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(3462,2410) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(2448,1704) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(1731,1205) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(1224,852) /aspectratio /convert=ready\1.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(612,426) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(306,213) /aspectratio /convert=temp.bmp
i_view32.exe temp.bmp /resample=(160,160) /aspectratio /convert=ready\1m.bmp
del temp.bmp

Zdjęcia w ten sposób pomniejszane można zobaczyć na stronie:
www.smialek.prv.plNowe okno

 

Technika fotograficzna i porady: Tabela naświetleń

 

Po czym poznać doświadczenie fotografa:
- laik - nie mierzy (bo pani w labie powiedziała że na tym filmie wszystko wyjdzie samo)
- początkujący amator - pomiar matrycowy
- amator - CW
- zaawansowany amator - spot
- profesjonalista - pomiar światła padającego
- guru - tabelka z pudełka po filmie ;-)



A jeśli chcesz zostać guru (i zaskoczyć znajomych z ich elektronicznymi
cudeńkami) to zajrzyj tutaj:
http://tatarzynski.prv.pl/tabela_naswietlen.htm

Ten programik też zawiera tabelę naświetleń:
http://info.radom.pl/spot/spot.exe


http://www.fredparker.com/ultexp1.htm (eng)Nowe okno




Dizel Exposure guide ;-)
+1 zdjecia na sniegu i piasku
0 pelne slonce = f/16
-1 slabe, zamglone slonce
-2 sa chmury ale jest jasno, nie ma cieni
-3 sa chmury, jest ciemno // Obiekt w cieniu
-4 Swit lub ciemny i pochmurny szary dzien
-5 chmury burzowe / swiatlo w momencie zachodu slonca
-6 10' po zachodzie, neony, obiekt oswietlony spotem
-7 jesne wnetrza, wystawy sklepowe noca, plonace domy
-8 jasna ulica w nocy, cyrk, sporty halowe
-9 jasno oswietlone mieszkania w nocy
-10 przecietnie oswietlone mieszkania w nocy
-11 portrety przy swiecach, oswietlone budynki, pomniki i fontanny, obiekty
oswietlone latarniami ulicznymi

Powyzsze dla czasu bedacego najblizej odwrotnosci czuylosci filmu w ASA.




Ponizszy przepis gwarantuje uzyskanie dobrych wynikow
na negatywie. Na slajdy moze byc zaa malo dokladny -
zalezy tu duzo od wprawy.

1.) Nastawic migawke na 1/ASA lub pierwszy nizszy czas)
(400 ASA -> 1/250s, 100 ASA -> 1/60s...)

2.) Ustawic przyslone na f/16

3.) Otworzyc przyslone/wydluzyc czas o dzialek:

0 - Zdjecia na plazy, w gorach, w pelnym sloncu z jasnym/bialym motywem
1 - Sloneczne ale z lekka mgielka i miekkimi cieniami. Tecza na tle chmur.
Odbicia w wodzie motywow w pelnym sloncu
2 - Jasne dni z chmurami (bez cieni). Sloneczny dzien zimowy.
3 - Pochmurno/jasno. Zdjecia w sloneczne dni w cieniu. Portrety pod swiatlo
z doswietleniem bialym ekranem.
4 - Ponuro. Gleboki cien/wawoz. Zdjecia podczas zachodu slonca.
5 - Ponury dzien w zimie.
6 - Burzowo i bardzo bardzo ciemno. Neony.
7 - Jasno oswietlone sklepy. Palace sie budynki. Plomien.
8 - Witryny sklepowe noca. Mecze.
9 - Jasno oswietlone mieszkanie
10 - Przecietnie oswietlone mieszkanie. Przedmioty w swietle jasnego
ogniska. Przy tym natezeniu oswietlenia wlaczaja sie lampy na ulicy (szara
godzina)
11 - Noca jasno oswietlone budynki/pomniki. Glowne ulice noca.
12 - Ulice na Kazimierzu noca. Obiekty oswietlone jasna latarnia w odl.~30m
13 - Ciemne kawiarnie i kluby
14 -
15 - Ciemno oswietlone fontanny noca
16 - Odlegle swiatla noca
17 - Snieg na szczytach gor oswietlony przez Ksiezyc w pelni
18 - Krajobraz oswietlony przez Ksiezyc w pelni.
19 - Zorza Polarna. Krajobraz osw. przez Ksiezyc w I/ostatniej kwadrze.


(Teksty Dizla wykopane przez Wojtka Kapuścińskiego)


From: "Marek Lewandowski"
Subject: przesłona
Newsgroups: pl.rec.foto
Date: 7 Nov 2006 10:17:35

Jest jeden problem - Sunny16 to wymyślili Amerykanie i to ci, co mają
nieco więcej światła, niż my na tym północnym zadupiu. Zasadniczo
lepiej wychodzi się - poza szczytem lata - na niemieckim ,,Sonne lach,
Blende acht'' czyli przy ładnej pogodzie f:8 i 1/ISO jako czas.
Sunny16 jest optymistyczna, Niemcy - realistyczni z lekką nutą
pesymizmu, ale za to ze szczegółami w cieniach :)


http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafika:Tabela_naswietlan_d.jpgNowe okno

 

Technika fotograficzna i porady: EV

 

Exposure Value - wartość ekspozycji jest jednostką pozwalającą nam
określić naświetlenie H=E*t, gdzie E - natężenie oświetlenia, t - czas
naświetlania. Ponieważ natężenie jest zależne od przesłony, a czas - od czasu
migawki, widzimy że jest to nic innego jak iloczyn przysłony i czasu. EV jest
logarytmem o podstawie 2 z naświetlenia (log2H) - każda jednostka EV
to dwukrotne zwiększenie/zmniejszenie naświetlenia. Pozornie komplikuje to
obliczenia, lecz jest związane ze specyfiką ludzkiego postrzegania - zmiany
ilości światła (lub np. zaczernienia) odbieramy jako równomierne jeśli zmieniają
się w szeregu geometrycznym (prawo Webera-Fechnera). Ponieważ jednak zarówno
przysłony jak i czas naświetlania również zmieniamy geometrycznie, to nie musimy
wdawać się w skomplikowane obliczenia. Problem powstaje dopiero przy np.
sumowaniu świateł (5EV+7EV=7.3EV).

Naświetlenie to jest właśnie mierzone przez światłomierze - starsze miały skalę
w jednostkach EV, nowsze zaś podają od razu przeliczone wartości przysłony lub
czasu naświetlania (te lepsze pokazują również jednostki EV). 0EV odpowiada
naświetlaniu materiału o czułości 100ASA przez jedną sekundę przy przysłonie
f=1.0. A np. 8EV to 1/30s przy f=4.0 dla 200ASA.

Tabelka z EV:
http://www.kopernik.silesianet.pl/~miw/ev.pdf
http://www.dpreview.com/learn/Glossary/Exposure/Exposure_01.htm

Wzory:
http://www.henry.vel.pl/wzory.html
(we wzorze powino być ISO/100, zaś czas jest podawany jako 60, 125, 250.... - czyli 1/T)

 

Materiały fotograficzne: GOST-ASA-DIN

 

GOST ASA DIN
11   12   12
22   25   15
28   32   16
56   64   19
90   100  21
110  125  22
140  180  23
180  200  24
360  400  27
560  650  29
720  800  30
900  1000 31
1125 1250 32
2880 3200 36

 

 

Materiały fotograficzne: Proces E-6

 

From: "eMeL"
Subject: Re: Jak wywolac samemu Fuji Velvia, Provia Sensia ?
Date: Wed, 28 Aug 2002 16:33:40 -0400

Chemikalia - Process E-6 (albo rownorzedny Fuji czy Agfy, Tetenal, etc. - wsio
ryba w warunkach amatorskich.)
Amatorskie zestawy sa trzykapielowe - pierwsze wywolanie, wywolanie kolorowe i
odbielacz/utrwalacz.

Trudnosci? Czystosc (absolutna!) przy mieszaniu chemikaliow - tylko w wodzie
destylowanej - i przy samej obrobce (trzeba uwazac, aby nie zanieczyscic
koreksow, menzurek, etc.), wysoka temperatura procesu (zwykle 37-38C) i male
tolerancje na odchylki temperatury (wieksze niz +- 0,1C powoduje widoczne
zmiany...)

Poza tym to moje wlasne proby wykazaly empirycznie, ze slajdy wywolywane w dobrym
laboratorium sa trwalsze niz wywolywane w domu: mam kolekcje 15 letnich
Ektachromow wywolanych w domu ktore juz zaczely blaknac (mimo przechowywania w
ciemnosci) a slajdy z tego samego okresu wywolane przez Kodaka sa OK.

Poza tym to sie chyba po prostu finansowo nie oplaca, ale zabawa jest przednia...

[...]

Temperatura jest krytyczna. Duza laznia wodna powinna trzymac temperture dosyc
dobrze, szczegolnie jesli temperatura pomieszczenia jest zblizona do temperatury
obrobki (np. w b. cieplej lazience...)

Tolerancje wg. Kodaka

Temeperatura: 38C
First Developer ±0.2°C
Color Developer ±0.3°C
Czas:
First Developer ±5 seconds
Color Developer ±5 seconds

Inne kapiele(le - to zalezy od zestawu) maja tolerancje temperatury wieksze o
rzad wielkosci, np. od 34 do 39C.

Poczytaj publikacje Kodaka
Kodak Publication Z-119, Using Kodak Chemicals, Process E-6
http://www.kodak.com/global/en/service/Zmanuals/z119.shtml
E-6 FAQ
http://www.kodak.com/cluster/global/en/service/chemicals/qaE6.shtml


> Czy jest jakas chemia bardziej "przyjazna" odchylkom temperatury?

Nie. Pierwsze i kolorowe wywolanie sa zawsze krytyczne jesli chodzi o
temperature i czas.



From: maildras+mp.pl (Andrzej Sroka)
Subject: Re: Proces E-6
Date: Sun, 18 Aug 2002 18:42:02 GMT

B. dokladne opisy procesu znajdziesz na www.jobo.com -> jobo usa ->
analog -> w FAQ, w procesach, biuletynach.
(tam sa opisy glownie Tetenala)


www.bonavolta.ch/hobby/en/photo/e6.htm

davidrichert.com/e-6_slide_film.htm

tinyurl.com/bfmn4

www.photo.net/bboard/q-and-a.tcl?topic_id=1822&category=Color+slide


From: Jakub Roguski
Newsgroups: pl.rec.foto
Subject: Re: [wielkie =?ISO-8859-2?Q?rozczarowanie=5Dwo=B3anie_slajd=F3w?=
Date: Thu, 22 Feb 2007 21:33:11 +0100
 

1. grzanie koreksu z filmem - 38C+/-0,3 (lub 39C dla procesorów typu JOBO) -
5 minut
2. Pierwszy wywoływacz - 38C+/-0,3 - 6'15" (ja stosuję 6'45")
3. Płukanie - 38C+/-0,3C - 2'30"
4. Wywoływacz barwny - 38C+/-0,3 - 6'00"
5. Płukanie - 36C+/-3 - 2'30"
6. Wybielacz - 36C+/-3 - 6'00"
7. Płukanie - 36C+/-3 - 4'00"
8. Stabilizacja - 20C do 25C - 1'00"

No i oczywiście suszenie, które u mnie odbywa się w uprzednio zaparowanej
ciemni. Dzięki zaparowaniu nie ma kurzu, który mógłby osiadać na filmie, po
drugie schnięcie jest bardzo powolne (trwa kilka ładnych godzin), dzięki
czemu nie ma problemu z filmem i emulsją.


E-6 krok po kroku

 

 

 

Materiały fotograficzne: Prześwietlanie filmów na lotniskach

 

Date: Fri, 29 Mar 2002 10:06:02 -0500
From: "eMeL"

Na wiekszosci lotnisk DO PRZESWIETLANIA BAGAZU NADANEGO uzywa sie ciagle
normalnych maszyn rentgenowskich ktore emituja dawke promieniowania
rentgenowkiego ZNACZNIE wieksza niz na bramkach do bagazu podrecznego, a
wiec moga zaswietlic filmy. Czesto tez, bagaz NADANY przeswietla sie
dwukrotnie - raz przed okienkiem linni lotniczej, a drugi raz przed
zaladownaiem do samolotu.


Na wielu lotniskach DO PRZESWIETLANIA BAGAZU NADANEGO uzywa sie nowych
skanerow typu "CTX" (np. Invision) w ktorych promieniowanie rentgenowskie
jest tylko jednym z rodzajow promieniowania. Skaner ten zaswietla KAZDY
film, ZAWSZE. Jest on tez zaprogramowany aby AUTOMATYCZNIE zwiekszac dawke
promieniowania jesli natknie sie na obiekt ktorego nie moze zidentifikowac
(wiec idea torebek olowiowych upada..) i w koncu wlaczyc alaram jesli nawet
pomimo duzych dawek promieniowania czegos nie moze zidentyfikowac. Efekty
takiego skanera na film sa widoczne pod
http://www.kodak.com/country/US/en/motion/support/technical/xray4.shtml


no i jeszcze tutaj tutaj (tym razem z obrazkami...)
http://www.kodak.com/global/en/service/tib/tib5201.shtml


Na wielu lotniskach sa napisy informujace ze nalezy wyjac materialy
fotograficzne z bagazu nadanego.



Do przeswietlania bagzu PODRECZNEGO pospolicie uzywa sie starych dobrych
maszyn rentgenowskich w ktorych - dzieki Bogu! - obluga moze regulowac
kontrast i jaskrawosc monitora (tak jak w telewizorze) no i szybkosc tasmy
przesuwajacej bagaz, ale ZWYKLE nie moze zwiekszyc dawki promieniwania
rentgenowskiego, coby sobie (i podroznym...) jajeczek nie usmazyc. Jest
ponoc mowa o wprowadzeniu skanerow typu CTX takze na bramkach do bagzu
podrecznego (skanery takie ponoc wykrywaja materialy wybuchowe) ale jeszcze
nie widzialem takiej maszyny w "praniu." Ponoc na lotniku w Newark ktos
widzial, ale glowy za to nie daje... Ale w takim wypadku bedzie chyba pisalo
WOLAMI ze filmy nalezy wyjac... Z moich doswiadczn, to chyba nie ma
znaczacej roznicy w ilosci promieniwania rentgenowskego emitowanego przez
maszyny a krajach "niedoinwestowanych" i w tzw. "cywilizacji..."


Nalezy pamietac, ze efekt rentgena sie dodaje, tak ze KAZDY film, po
przepuszczeniu przez rentgen "na bramce" odpowiednia ilosc razy bedzie
zaswietlony.


Z osobistych doswiadczen (latam grubo ponad 100 000 mil rocznie po calym
swiecie z calym kramem fotograficzno-komputerowym) - nie ma sie czego
obawiac z filmami ISO 100-400 w bagazu podrecznym. Ja zawsze prosze o
kontrole reczna, ale czesto (poza USA/Kanada) mi odmawiaja. Jeszcze nie
mialem problemow z emulsjami ktore mogly byc spowodowane zaswietleniem przez
rentgen, a zwykle moje filmy sa przeswietlane 6-8 razy podczas kazdej
podrozy. Kiedys wozilem pudeleczko filmu Agfapan APX 100 4x5 cali i
wywolywalem jeden film po kazdej podrozy aby sprawdzic czy nie ma
zaswietlenia/zadymienia (nie bylo jeszcze po ok 40-50 rentgenach...)
ale pewien nadgorliwy urzedas uparl sie aby to pudeleczko otworzyc...no
i po eksperymencie...)


Ale nalezy pamietac, ze sytuacja z kontolami lotniskowymi zmienia sie teraz
raczej dosyc gwaltownie i - np. - nalezy spodziewac sie dodatkowych szykanow
na lotach do USA/Kanady, szczegolnie na liniach amerykanskich...Ale chyba
nie ma sie czemu dziwic, co..?

---------------------

http://www.kodak.com/global/en/service/tib/tib5201.shtml

http://www.faa.gov/apa/pr/pr.cfm?id=1184

 

Materiały fotograficzne: Czyszczenie filmów

 

From: Michal Dudziak
Subject: Re: czyszczenie =?ISO-8859-2?Q?diapozytyw=F3w?=
Date: Mon, 02 Dec 2002 16:30:07 +0100

Mój patent to gumowa gruszka. Można na końcówkę nałożyć dyszę z np.
kawałka ługopisu, żeby zwężyćdziurkę i uzyskać silniejszy strumień
powietrza. Na kurz powinno wystarczyć.



From: Piotr Celinski
Subject: Re: czyszczenie =?ISO-8859-2?Q?diapozytyw=F3w?=
Date: Mon, 02 Dec 2002 17:43:36 +0100

Na kurz - sprężone powietrze

Na brud bardziej trwały:

- słaby roztwór fotonalu (lub zwykłego ludwika) w czystej wodzie - tak,
zeby za bardzo się nie pieniło, płukanie, suszenie w powietrzu wolnym od
kurzu. Uwaga na zacieki! Pomaga na ślady palców, itp.

- preparat do czyszczenia negatywów (po zapachu - bazuje na acetonie) -
na jakies wredne plamy. Używać wg wskazówek na opakowaniu.



From: Gracjan Ziolek
Subject: Re: czyszczenie =?iso-8859-2?Q?diapozytyw=F3w?=
Date: Wed, 4 Dec 2002 09:58:46 +0000 (UTC)

[...]
Nawet proponowałbym w destylowanej. Przynajmniej ja tak robię, bo jednak w
tej wodociągowej zawsze jakieś mineralne paskudztwa się znajdą.

 

Materiały fotograficzne: Crossowanie

 

Autor:Lolek (fotolek+polbox.com)
Temat:Cross processing
Data:1999/01/21

Pytal mnie jeden z grupowiczow na priva o pare praktycznych rad
dotyczacych ?cross processingu?. Odpowiadam na grupe, bo problem
moze zainteresowac innych, a i ja jestem ciekaw Waszych opinii i
doswiadczen.

Cross processing zostal opisany w numerze 9/98 Foto. Ale - moim zdaniem -
- Panie odpusc im, bo nie wiedza, co pisza...

Cross processing rzeczywiscie nie ma tresciwej nazwy po polsku. Nazywamy
to po prostu wywolywaniem slajdu na negatyw. Chociaz ostatnio tez
wywoluje się negatyw czarno-bialy na slajd.

?Technika? ta wcale nie jest nowa. Jakies 20 lat temu, gdy niektorych z Was
nie bylo jeszcze na swiecie (ale ze mnie dziad ;)) nie bylo w Polsce innych
materialow foto niz ORWO. Negatywy i slajdy. Jedne i drugie byly
bardzo kiepskie. Latwiej bylo kupic slajdy niz negatyw. W 1978 jak
Karol Wojtyla zostal papiezem, powstalo na rynku bardzo duze zapotrzebowanie
na jego zdjecia i znaczki wpinane w klape. Zreszta znaczki robilo się
rozmaite, takze z Matka Boska, takie jak u Walesy w klapie. Zeby osiagnac
odpowiedni kontrast i wysycenie kolorow naswietlalismy to wszystko
na slajdach i wolalismy na negatyw. Pogardzalismy taka robota,
alr to byly pieniadze.

A teraz jakis - pardon - palant - udaje, ze odkryl nowa technike
artystyczna.
I dorabia do niej ideologie.

Dla mnie nie jest to zadna technika, tym bardziej nowa. Nie jest tez
artystycznym przeksztalceniem obrazu. Wszelkie techniki poczawszy
od najstarszych - guma, przetlok, nawet fotonit czy izohelia mialy jako
podstawe do dalszej obrobki normalnie wywolane i wykonane zdjecie.
Nawet wspolczesne programy komputerowe obrabiaja PRAWIDLOWE zdjecia.
Nie przychodzi mi teraz do glowy nic, co by nie wychodzilo z normalnego
negatywu
lub odbitki.

Natomiast cross jest bledem technologicznym z zalozenia. Robi cos na opak,
wywoluje slajd jako negatyw. To tak, jakby ktos wsadzil sobie parowke
w zadek i chcial gryzc. Nie w te strone.

Ale co kto lubi.

Po prostu trzeba wziac dowolny slajd, wsadzic do aparatu i naswietlic.
Sa dwie szkoly - jedni kaza naswietlac normalnie, wedlug ISO, inni
zalecaja +0,5 do +1 EV. Potem trzeba oddac do laba, kazac wyraznie
wywolac na negatyw ( C-41), a potem latac z wywieszonym jezorem
i szukac kogos, kto to w miare normalnie skopiuje. Niestety, nie jest
prawda co pisza w foto. Zaden normalny czlowiek nie wrzuci crossa
na laba, szczegolnie oszukujac maszyne. Po prostu dobry lab caly czas sam
się uczy. I wrzucenie odlotu, oszukanie maszyny moze skutkowac
rozjechaniem balansu a nawet kodowania kanalow. Można to skopiowac
jedynie na bardzo starych maszynach (np. N2BS, N3BS, Durst) lub recznie.

Zainteresowanym moge jednak podac adres, gdzie zrobia to dobrze.

Efekty sa takie, jak widac w foto. Przede wszystkim bardzo podbity
kontrast oraz rozbalansowanie barw, tzn. twarz czerwona, wlosy zielone.
Nie do skorygowania. Podbicie wysycenia barw.

Twarze wychodza sine z czerwonawymi planami. Jak geba po denaturacie.
Ale, jak ktos nie umie robic zdjec, to musi udawac, ze jest artysta. ;)

Sorry, crossowcy, nie bierzcie tego powaznie. To jest moje prywatne
odczucie, a ja jestem lekko niedzisiejszy.

Mam jednak nadzieje, ze wywolam ciekawa dyskusje, moze nie tak
ostra, jak o wyzszosci Zenita nad Zorka, ale konstruktywna.



Autor:Paweł Izert (paweli+kabatnet.waw.pl)
Temat:Re: Cross processing
Data:1999/01/22

Lolek napisal
> Zaden normalny czlowiek nie wrzuci crossa
> na laba, szczegolnie oszukujac maszyne. Po prostu dobry lab caly czas sam
> się uczy. I wrzucenie odlotu, oszukanie maszyny moze skutkowac
> rozjechaniem balansu a nawet kodowania kanalow. Można to skopiowac
> jedynie na bardzo starych maszynach (np. N2BS, N3BS, Durst) lub recznie.
>
Z cala pewnoscia zaden minilab Noritsu (od QSS 601 do QSS 2601) -a jest to
firma zdecydowanie dominujaca wsrod producentow minilabow, nie tylko w
Polsce - nie "uczy sie" inaczej, jak tylko przez celowe kodowanie maszyny
przez laboranta lub serwis. Ergo - zadnej z tych maszyn nie mozna
rozbalansowac przez skopiowanie nawet najbardziej wariackiego filmu.
Niechec laborantow do kopiowania "eksperymentow" wynika raczej z braku
czasu. A nawet jesli jest martwy sezon i akurat sie nudza, to zrobienie z
czegos takiego odbitek wiaze sie z koniecznoscia wykonania licznych probek,
ktore potem trafiaja do kosza, a laboranci sa scisle rozliczani z ilosci
odrzutow i od tego zaleza ich zarobki. Chyba, ze zobowiazemy sie zaplacic
za probki........



Autor:Andrzej Sroka (maildras+mp.pl)
Temat:Cross processing
Data:1999/01/24

Kiedys znalazlem cos takiego - moze sie komus przyda:

FILM: Fuji 100D
EXPOSURE: Plus One Stop
PROCESSING: C-41/Normal
RESULTING COLOR ON RA-4 PRINT MATERIAL:
Very high saturation throughout. Very high contrast cooling of all colors.
Neutral skin tones possible.
FILM: Kodak Lumiere 100 & 100X
EXPOSURE: Plus one stop
PROCESSING: C-41/ Normal
RESULTING COLOR ON RA-4 PRINT MATERIAL:
Increased saturation throughout. High contrast cooling of all colors.
Neutral skin tones possible.
FILM: Fuji 64T
EXPOSURE: Plus one stop
PROCESSING: C-41/Normal
RESULTING COLOR ON RA-4 PRINT MATERIAL:
Intense rich blues under daylight. High contrast.
FILM: Fuji Velvia
EXPOSURE: Plus half to one stop
PROCESSING: C-41/Normal
RESULTING COLOR ON RA-4 PRINT MATERIAL:
Yellow cast, yellow skin tones. High contrast. Difficult to color correct
skin tones.
FILM: Provia
EXPOSURE: Plus half to one stop
PROCESSING: C-41/Normal
RESULTING COLOR ON RA-4 PRINT MATERIAL:
Strong yellow cast and skin tones. High contrast. Difficult to correct
skin tones.
FILM: Kodak E100S
EXPOSURE: Plus one stop
PROCESSING: C-41/Normal
RESULTING COLOR ON RA-4 PRINT MATERIAL:
Green cast. High contrast. Difficult to correct skin tones.
--
Originally posted in this ng by
Michael Quack
(PhotoQuack+aol.com)

 

Materiały fotograficzne: Provia 400f


U nas na antypodach (AUS) juz jest, chociaz cholernie drogo (w detalu AUD
25, czyli okolo 60 PLN, za rolke 135-36).

Dostalem od tutejszego dystrybutora firmy Fuji promocyjna "cegle" (20
szt. 135-36).Nie wiem, czy mnie czasem nie wzieli za kogo innego, ale
nie mam nic przeciwko temu, zeby mi mieli czesciej robili takie
prezenty za 1200 PLN - podziekowalem wylewnym listem, wiec moze
zatrzymaja moj adres w bazie danych na nastepne promocje.
Zrobilem 6 rolek i melduje poslusznie jak nastepuje:


- ziarno jak 100 F;

- zmniejszony kontrast, cos takiego jak negatywy NPS i NPH; zupelnie mi
to nie przeszkadza, bo na slajdach czeciej mam klopot z nadmiernym
kontrastem niz ze zbyt niskim.

- bardzo, ale to naprawde bardzo przyjemna paleta kolorow, zwlaszcza
jesli chodzi o biel, szarosci i naturalny kolor skory; palete 400F
porownalbym do negatywu NPH + odbitki na Fuji Crystal Archive w bardzo
dobrym labie; mnie sie akurat taka spokojna paleta bardzo podoba, bo
zupelnie nie przepadam za dzisiejsza moda na supernasycone kolory; 400F
wyglada moze troche jak Ektachrome 100 (nie SW), z tym ze nie ma czesto
spotykanego na Ektachromie ogolnie zimnego tonu, no i naturalnie 4 do 8
(patrz nizej) razy wyzsza czulosc niz Ektachrome, co radykalnie
zmniejszylo mi klopoty z robieniem slajdow z reki dosyc dluga rura.

- czulosc rzeczywista jest rzeczywiscie 400; forsowalem po 1 rolce na
800 i 1600. Na 800 (+1) jest w praktyce bez strat (pierwszy slajd, na
ktorym to widzialem na wlasne oczy); na 1600 (+2) z bardzo nieznacznym
powiekszeniem ziarna, i co dziwniejsze bez radykalnej szkody dla
kontrastu - na moje oko ziarno 400F forsowanego do 1600 i
robionego w dobrym labie jest takie jak Sensia II 200, a kontrast
jest nizszy....

Fuji twierdzi, jakoby mozna bylo forsowac na 3200 (+3) a nawet 4500
(+3.5), ja nie probowalem, ale inni mowia, ze to tylko w razie
ostatecznej potrzeby, bo kolory sie trzymaja jako tako, ale ziarno i
kontrast radykalnie wzrastaja.


- bardzo dobrze znosi mieszane oswietlenie.

Moje prowizoryczne zdanie: doskonaly film, zwlaszcza swietny jako
koncertowo-imprezowy, pieknie wychodzi z oswietleniem kolorowymi
reflektorami teatralnymi, ale nada mi sie i do wszystkiego innego.
(Zastrzezenie: byc moze z ewentualnym wyjatkiem krajobrazu, gdzie lubie
troche pomoc kolorom natury, wiec robie na Velvii; ale to zaden klopot,
bo swiatla u mnie na ogol nie brakuje).

Nie mam pojecia jak sie 400F bedzie skanowac, bo na razie nie mialem
takiej potrzeby, ditto odbitki na papierze odwracalnym, ditto odbitki
na Fuji Crystal Archive via maszyna Frontier 370. Jesli ktos probowal,
niech napisze.


Stary Wiarus
staryw+hotmail.com

 

Fotografia czarno-biała: Fomapan 100 i 200 w Xtolu 1+3

From: "Fereby" <ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl>
Newsgroups: pl.rec.foto
Subject: Fomapan 100 i 200 w Xtolu 1+3
Date: Thu, 20 Nov 2008 18:16:31 +0100

 

Obie błony wywoływano w tym samym koreksie,
w tej samej porcji wywoływacza. Rozcieńczenie
1+3, temperatura 21 stopni Celsjusza, czas 9:30,
poruszanie przez pierwszą minutę, a potem co minuta
przez 10 sekund (kręcenie szpulką koreksu, błony typ
135/36). (Wybrano czas dla błony Kodak Verichrome 120).

* Błona Fomapan T 200/EI 200.
Na błonie znajdowały się motywy o dużym, średnim i małym
kontraście. Motywy o dużym kontraście (zdjęcia pod światło,
pojazdy bojowe w silnym świetle słonecznym, podczas "Operacji
Południe") mieszczą się na gradacjach specjalnej i normalnej
(100 i 80 Fomy, 90 Agfy), pozostałe (np. budynki i krajobrazy
w dzień pochmurny) na gradacjach twardej (60 Fomy) i normalnej.
Jedynie zdjęcia lampą błyskową niedoświetlone 1/3 przysłony
osiągają 40 i 50, więc ich kopiowanie wymagałoby użycia
wywoływacza kontrastowego. Błonę uważam za dobrze wywołaną
dla warunków oświetleniowych jakich spodziewałem się na
"Operacji Południe" (wszystko mogłem skopiować na posiadanych
gradacjach, czasy naświetlenia pod powiększalnikiem krótkie,
ale nie zbyt krótkie przy żarówce 250 W i przysłonach F-11/22),
ale jeśli ma być kopiowana w powiększalniku na światło
rozproszone, względnie nie przewiduje się dużych kontrastów
oświetlenia lepiej będzie spróbować czasów 11:30-13:00 min dla
20 stopni i rozcieńczenia 1+3. Z drugiej strony należy uważać,
z dalszym ich wydłużaniem: błony z kryształami T gorzej znoszą
przewołanie. Ziarno małe - bezziarniste powiększenie co
najmniej 8x z 2/3 kadru.

Błona Fomapan 100/EI 100.
Na błonie znajdowały się motywy o średnim i małym kontraście
(głównie krajobrazy w dni pochmurne, bądź przy słońcu zamglonym).
Błona na mój gust lekko niedowołana - choć większość klatek
dała się skopiować na gradacjach 60-80. Przy żarówce 250 W
i kondensorze, czasy z reguły krótsze niż 15 s dla F-22.
Osobiście radziłbym dla motywów o małym i średnim kontraście,
czasy rzędu 12:30-14:00, 20 stopni C, 1+3.

Błony FP4+ i Panf+ wywołane według wskazań Kodaka dla
temperatury 21 stopni i rozcieńczenia 1+3 są mocniej
kryte i bardziej kontrastowe.

Panf+ na EI 50 zawierający średnio i bardzo kontrastowe
motywy (zdjęcia pod światło, "Operacja Południe"), jest
tylko minimalnie bardziej kontrastowy od T 200 i właściwie
wszystko daje się kopiować na gradacjach 60-100 (głownie
80-100), tylko jedno ze zdjęć pod światło uzyskało 110.
Ziarno ledwie dostrzegalne pod lupą Patersona - wydaje
sie tylko niewiele większe od A-49 1+3 na EI 100. Klatki
niedoświetlone o 1EV przy małym kontraście (kałuża w dzień
deszczowy i krajobraz tegoż dnia) uzyskują 25-40, co raczej
uniemożliwia kopiowanie na typowym zakresie gradacji.

FP4+ na EI 120 zawierający podobne sceny co Panf+ i T 200,
jest bardziej kontrastowy od Panf+. Podobna scenka przy
słońcu zamglonym uzyskuje 90 dla 80 Panf+. W rezultacie
mniej klatek kopiuje się na gradacji twardej, a więcej na
miękkiej 120 - wszakże wszystko, łącznie ze zdjęciami pod
światło, mieści się z zakresie gradacji Fomy. Ziarno większe
niż w A-49 1+3, ostrość konturowa lepsza. Zdjęcia podświetlne
przy ekstremalnie dużym kontraście mają tę wadę, iż zostają
wywołane razem z odblaskami, w rezultacie traci się część
szczegółów w światłach i kopiuje na gradacji 60. A-49 1+3
radzi sobie lepiej z prześwietleniem i dużymi kontrastami.
O dziwo ostrość na odbitkach tylko trochę gorsza - oczywista
główną przyczyną jest zastosowanie twardszej gradacji, ale
także w pewnym stopniu lepsza ostrość konturowa. W razie
wszakże bardzo dużych kontrastów, radziłbym czas podawany
przez Kodaka dla FP4+ w Xtolu 1+3 minimalnie skrócić.

Fereby

 

Fotografia czarno-biała: Xtol i W-1

 From: "Fereby" <ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl>
Newsgroups: pl.rec.foto
Subject: Xtol i W-1
Date: Fri, 12 Sep 2008 18:53:34 +0200
  

 Jakiś czas temu przetestowałem wreszcie pod powiększalnikiem
błony wywołane w Xtolu 1+3.

Jeśli chodzi o sforsowanego na EI 1600 HP5+, ziarno
jest większe od odpowiednika w A-49 1+3, ostrość
konturowa lepsza, podobne motywy uzyskują wyższą
kontrastowość, choć wciąż dają się łatwo kopiować
tyle że na miększych gradacjach (A-49 1+3 głownie
gradacje normalne i specjalne, Xtol 1+3 głównie
specjalne i miękkie), typowa kontrastowość
klatki negatywu oscyluje między 0,9-1,3 z rzadka
osiągając 1,6, więc dla użytkowników powiększalników
na światło rozproszone oraz papierów zmiennogradacyjnych
nie jest to istotny problem. Błona ma zbliżone
ziarno do Fomapana 400 na EI 1600 w A-49 1+3,
ale nieco większą kontrastowość klatek, większe
ziarno i zbliżoną kontrastowość klatek do
Neopana 400 na EI 1600 w A-49 1+3.

Zadymienie jest we wszystkich przypadkach większe dla
Xtola 1+3, ale niewiele dla błon nieprzeterminowanych
- być może to kwestia wywołania w temperaturze ponad
20 stopni (nie udało się bardziej schłodzić wywoływacza),
wywoływacze z fenidonem reagują na wzrost temperatury
większym zadymieniem obrabianych materiałów, bez większych
zmian w wyzyskaniu czułości, A-49 reaguje co prawda
większym zadymieniem, ale w połączeniu z lepszym
wyzyskaniem światłoczułosci.

Kolejne dwie błony zostały wywołane w jednym koreksie.
Obie przeterminowane. Trix przeterminowany ok. 2-3 lata
co nieco mnie zawiódł - zadymienie sporo większe niż
w A-49 1+3 i większe ziarno. Jest to chyba pierwszy
przypadek, w ktorym Kodak Academy (2006 r.) miał
mniejsze ziarno od Trix-a! Z drugiej strony, może to
być kluczem do wyjaśnienia - Trixa kupiłem rok temu
i nie wiem jak go przechowywano, nim trafił do mojej
zamrażarki; Academy kupowałem w miesiąc-dwa po upływie
terminu ważności (często po... 3-4 złote) i od razu
trafił do zamrażarki. Trix mógł więc leżeć te dwa lata
gdzieś na nagrzewanej słońcem wystawie... Wyrównanie
motywów o dużym kontraście lepsze niż w W-17 1+1 na
czułość nominalną, ale gorsze niż A-49 1+3. Motywy
małokontrastowe z reguły kopiuje się na gradacji
normalnej, a pozostałe na specjalnej i miękkiej.
Zdjęcie lampą błyskową planu wgłębnego ok. 10 m
osiągnęło 1,2 (gradacja miękka Fomy, specjalna
AGFY). Przypuszczam, iż podobnie jak w przypadku
W-17 1+1 dobrym rozwiązaniem dla takich motywów
byłoby naświetlanie EI 320 i odpowiednio krótsze
wywołanie. Z drugiej strony przy świetle rozproszonym
i papierach multigrade, nie jest to jakiś szczególny
problem. Xtol 1+3 ogólnie rzecz biorąc gorzej od
A-49 1+3 radzi sobie z poważnymi prześwietleniami,
klatki na oko wyglądają podobnie (tyle że te z A-49
bywają brązowo-sepiowe - pirokatechina?), ale A-49
znacznie lepiej radzi sobie z odblaskami, więc
w praktyce jego dzieło jest w tym przypadku
bardiej kontrastowe. Tyle że to akurat jest
oczywiste - w latach 30. obowiązywała zasada "lepiej
bardzo prześwietlić, niż trochę niedoświetlić",
w rezultacie czego niektorzy fundowali swym błonom
prześwietlenie nawet 10 stopni przysłony. W latach
90. światłomierze fotoelektryczne były normą, więc
robienie wywoływacza korygującego prześwietlenia
tysiąckrotne i większe, było pozbawione sensu.
Ostrość konturowa lepsza od A-49 i porównywalna
do "Hydrofenu".

Kodak Academy na EI 200, został wywołany jak
Trix. Błona nawet ładna, o ziarnie sporo
mniejszym niż w W-17 1+1 i lepszym wyrównaniu
dużych kontrastów. Przekadrowanie z formatu
poziomego na pionowy nie ujawnia ziarna na
formacie 13x18 cm, co w przypadku "Hydrofenu"
może nastąpić nawet przy analogicznym przekadrowaniu
na formacie 9x13 cm! Przy 1/5 kadru rzutowanym na
13x18 cm ziarno jest prawie niewidoczne. Należy
przy tym zaznaczyć, iż błona przeterminiowała się
w VI 2006, więc ze świeżą pewnie wyniki byłyby
pewnie jeszcze lepsze (nawet w zamrażarce przy
-18 błony się starzeją). Błona pod względem
kontrastowości przypomina wywołaną w A-49 1+3
10-11 minut, przy czym nieco mniej motywów
kopiuje się na gradacji 60 (twardej Fomy),
a więcej 120 (miękkiej Fomy). Rzadko potrzebne
są miększe gradacje. Ziarno większe niż A-49 1+3
i ostrzejsze.

Do wywołania pozytywów korzystałem z W-1.
Czterokrotnie zatężony roztwór zapasowy
po pół roku zżółkł, na powierzchni snuły
się białe smugi (węglan potasu?). Jednak
po rozcieńczeniu do roztworu roboczego
znikły, a sam wywoływacz okazał się działać
bez zarzutu - udało się obrobić te 3 metry kw.
z litra z dokładnością do jednej odbitki
(dokładniej 2,4 m. kw z 800 ml). Sześć dni
po rozcieńczeniu i wyrobieniu 3/4, wywołanie
wymagało nawet dwukrotnego wydłużenia
czasu, co prawdopodobnie spowodowane było
utlenieniem (pracowałem z przerwami - stał
wtedy w piwnicy w niezbyt szczelnej i 2/3
wypełnionej butelce), ostatecznie wywoływacze
metolowe są bardziej wrażliwe na bromek
potasu, niż fenidonowe. Barwą strątu bez
zmian - ciepłobrązowa dla papierów
chlorobromowych wysokoczułych.

Jako kolejną ciekawostkę podam, iż użyłem
do utrwalania z lekka już śmierdzącego
zgniłymi jajami roztworu Ilford Rapid Fixer.
Po prostu tuż przed rozpoczęciem pracy
okazało się iż mam tylko 100 ml IRF,
a zapasową butelkę zapomniałem kupić...
Rozcieńczyłem więc to do 500 ml, sprawdziłem
odbielająć skrawek błony, po czym dolałem
jeszcze 500 ml wody (pracuję na 1:9).
W utrwalaczu udało się utrwalić RC i FB
ok. 2,5 m. kw. po czym roztwór wylano,
gdyż jego dalsze używanie pozbawione
było już sensu (skończyłem pracę na co
najmniej miesiąc, nadto właśnie przyszła
nowa butelka utrwalacza). Osobiście nie
polecam komukolwiek tego rodzaju postępowania,
chyba że jest przyciśnięty do muru niczym
ja wtedy (alternatywa - odkładam pracę na
minimum dwa dni i czekam aż przyjdzie nowy
utrwalacz, a już umówiłem się z innymi
użytkownikami pomieszczenia) - utrwalacz jest
tani i nieopłaca sie na nim oszczędzać (dlatego
nawet nie myślałem o tym, by dorobić pozostałe
1,5 m. kw. za miesiąc, w śmierdzącym siarkowodorem
roztworze).

Fereby

 

Fotografia czarno-biała: "Naświetlaj na cienie, wywołuj na światła"

Ostatnio znowu zadano mi pytanie co tak właściwie znaczy powiedzenie "naświetlaj na cienie, wywołuj na światła". O ile łatwo wytłumaczyć jak to zrobić, o tyle trudniej wyjaśnić początkującemu po co to robić. Spróbuję więc wytłumaczyć to jak najprzystępniej na prostym przykładnie. Oczywiście użyję w celu dość mocnych uproszczeń, ale mam nadzieję że doświadczeni fotoamatorzy mi to darują.

Gdy fotografujemy na materiałach srebrowych naszym założeniem jest by to co było ciemne, było takim na odbitce, a to co było jasne, takie też wyszło. Oczywiście na negatywie, jak sam nazwa wskazuje będzie odwrotnie - ciemne przedmioty naświetlą słabo i negatyw będzie bardziej przeźroczysty, jasne przedmioty naświetlą obficiej i negatyw będzie ciemniejszy. Dokładne odwzorowanie tego oddaje krzywa charakterystyczna, która pokazuje nam jak naświetlenie wpłynie na gęstość negatywu. Zaletą fotografii czarno-białej jest to, że mamy pewien wpływ na to odwzorowanie - mogąc regulować kontrast czasem naświetlania. Producenci materiałów często w dokumentacjach filmów umieszczają takie charakterystyki. Spójrzmy na jedną z nich:

Możemy tu zauważyć ważną rzecz - zmiana czasu wywoływania nie przesuwa nam charakterystyki, lecz tylko zmienia jej nachylenie. Możemy więc w uproszczeniu przyjąć, że zmiana gęstości negatywu daje się regulować procentowo, a zmiany bezwzględne są większe w partiach jasnych (większe odległości między krzywymi) i mniejsze w ciemnych (krzywe są blisko siebie).

Z taką wiedzą możemy przeprowadzić eksperyment myślowy i zastanowić się co będzie gdy będziemy chcieli sfotografować dwa przedmioty o różnych jasnościach. Niech jeden z nich będzie na tyle ciemny by dać nam na negatywie zaczernienie 10%, zaś drugi jaśniejszy 60% (takie wartości często spotkamy fotografując w rzeczywistości - np. dziewczynę o ciemnych włosach lub las na tle nieba). Jeżeli teraz skrócimy wywołanie tak by jego gęstość osiągnęła tylko 70% standardowej, to gęstości naszych obiektów zmienią nam się następująco: ciemny - 10%*70%=7%, jasny 60%*70%=42%. Jeżeli zaś wydłużymy czas by gęstość osiągnęła 140% standardowej, to otrzymamy: ciemny 10%*140%=14%, jasny 60%*140%=84%. Już z tych wyliczeń widać że zmiana dla ciemnego obiektu nie jest taka duża, jak zmiana dla obiektu jasnego. Dla wspomożenia wyobraźni dodajmy do tego rysunek jak by to wyglądało na odbitce:

Górny pasek to skrócone wywołanie (mniej kryty negatyw da ciemniejszą odbitkę), a dolny to wydłużone wywołanie (gęściejszy negatyw da jaśniejszą odbitkę). Kropki oznaczają położenie punktów o takiej samej gęstości: żółta to 10%, czerwona to 60%. Widać też że nad środkową żółtą kropką negatyw ze skróconym wywołaniem da ciemniejszy obraz (7% zamiast 10%), a pod nią przy dłuższym wywołaniu obraz będzie jaśniejszy (14% zamiast 10%). Analogicznie dla jasnego obiektu. Widać tutaj wyraźnie to, co wynikało z krzywych charakterystycznych - ciemny detal mimo innego wywołania nadal jest ciemny. Gdybyśmy ten fragment wycięli i oglądali bez porównania z drugim moglibyśmy przeoczyć różnicę. Jasny detal zmienił się o wiele wyraźniej - gdyby to była skóra modelki, to mielibyśmy różnicę między mulatką, a bladolicą panną unikającą słońca.

Czas na wnioski praktyczne. Gdy naświetlimy nasz negatyw, a potem chcemy zmienić jego kontrastowość - praktyczne zmiany będziemy mieli tylko w partiach jasnych (światłach). Zaś to co naświetliliśmy ciemnego takie już zostanie (cienie). Gdy więc popełnimy błąd i coś co było ciemne naświetlimy bardzo ciemno - zazwyczaj już tego nie uratujemy. W odwrotnej sytuacji gdy coś jasnego naświetlimy zbyt jasno, nadal możemy skrócić czas wywołania i "sprowadzić" jasność obiektu na swoje miejsce. Dlatego obiekty ciemne musimy od razu naświetlać bardzo starannie, zaś jasne możemy później skorygować wywołaniem. Pamiętajmy jednak że cienie także zmieniają swoje położenie wraz ze zmianą czasu wywoływania - bardzo często będzie to zmiana mała, czasami jednak może mieć istotne znaczenie.

Przykład polowy: chcemy naświetlić las na tle nieba pokrytego cirrusami (to te wysokie wzorzyste mgiełki). Wybieramy dwa skrajne punkty - ciemne pnie drzew i jasne niebo. Pomiar pni pokazuje nam -6EV, pomiar nieba +4EV. Jeśli jednak tak naświetlimy, to wprawdzie niebo wyjdzie ładnie, ale za to pnie będą zbyt ciemne. Jeśli postanowimy uratować pnie i naświetlić je na -4EV, to wtedy niebo będzie miało +6EV co oznacza że stanie się białą plamą. Ponieważ wiemy już co jest ważne, decydujemy się na drugie rozwiązanie i naświetlamy tak by zachować szczegóły ciemnych obiektów. W procesie wywoływania negatywu skrócimy odrobinę czas wywoływania, w wyniku czego jasne partie obrazu wyjdą ciemniej i zachowają fakturę chmur - wilk syty i owca cała. Ponieważ przy skróconym wywołaniu również cienie się odrobinę obniżą powinniśmy naświetlać pnie drzew nie na -4 EV ale na przykład na -3.5 EV. Wtedy po wywołaniu pnie drzew obniżą się o 0.5 EV do poziomu odpowiadającego -4EV w normalnym wywołaniu, a niebo o 2 EV do poziomu +4EV - zgodnie z zasadą że światła reagują mocniej. Ale nawet gdybyśmy tej poprawki nie uwzględnili to i tak otrzymamy poprawną odbitkę (co najwyżej kosztem trochę dłuższego czasu naświetlania odbitki).

Wartości podane w tym przykładzie są orientacyjne - rzeczywiste wartości które musisz stosować poznasz testując swój negatyw (a dokładnie parę: negatyw+wywoływacz).

W niezbyt dobrej sytuacji są fotografujący na filmach małoobrazkowych - nie mogą oni sobie wywoływać każdej klatki osobno dobierając czas wywoływania do kontrastu sceny. W takiej sytuacji powinni wywoływać film według najbardziej kontrastowej sceny. Brakujący kontrast zawsze można podwyższyć twardszą gradacją papieru lub przez techniki specjalne. Ale za to nie będziemy mieli sytuacji, gdy światła w wyniku przedłużonego wywoływania osiągną maksymalne zaczernienie negatywu (Dmax) i zaczną tracić szczegóły. Można by więc zmodyfikować omawianą zasadę do postaci "naświetlaj na cienie, wywołuj na najwyższe światła".

 

Fotografia czarno-biała: Ciemnia pozytywowa - drobne porady

Od “płachty” do powiększenia
Podręcznikowa kolejność postępowania wygląda jak poniżej:
· “płachta”
· wglądówka
· próby kadrowań
· powiększenie/a próbne
· powiększenie finalne

Przyjrzyjmy się nieco każdemu z powyższych punktów. Płachtę sporządza się reguły na specjalnej maskownicy stykowej, na papierze formatu 30x24 cm (gradacja specjalna, albo miększa). Jeśli ktoś nie ma takiej maskownicy, w “Foto” zalecano przycisnąć negatyw do papieru prostokątnym kawałkiem szyby 30x40 cm (moim zdaniem najlepiej wybrać taką bez większych skaz optycznych). Naświetlać można powiększalnikiem, albo najzwyklejszą w świecie lampą.

Nie od parady jest sporządzenie z prostokątnego kawałka kartonu przesłony ułatwiającej uzyskanie zbliżonego zaczernienia klatek o różnym kryciu na pozytywie. Karton tnie się na paski odpowiadające długością i szerokością typowym odcinkom błony - powinno być ich być co najmniej tyle, ile normalnie ich ona zawiera. Dla błony zwojowej 120, więc co najmniej 4, a dla błony małoobrazkowej 135/36 co najmniej 7 sztuk. Oprócz tego wykonujemy co najmniej jeden pasek mający 1/2 (format 24x36 mm i 60x90 mm), 1/3 (format 60x60 mm), względnie 1/4 (format 45x60 mm) długości typowego odcinka błony. Ten dodatkowy pasek służy do zasłaniania słabiej krytych sąsiadów mocno krytego kadru, jeśli znajduje się on w środku odcinka błony (jeśli ktoś używa papierów zmiennogradacyjnych, może też pobawić się w różne filtracje). Można ich zresztą zrobić więcej - nawet 7 dla błony 135 i 4 dla błony 120.

Do “płachty” nieco lepiej od papierów stałogradacyjnych nadają się zmiennogradacyjne - bez filtrów są z reguły dość miękkie, można też dopasowywać gradację do poszczególnych kadrów, wszakże zabiegi te mają nieduże znaczenie, więc bez obawy używać można też stałogradacyjnych.

“Płachta” ma w praktyce służyć orientacji co jest na negatywie i ułatwiać wybór klatek do powiększeń. Załączona do skoroszytu w którym przechowujemy negatywy, może się okazać bardzo pomocna, zwłaszcza jeśli wzbogacić notatkami na odwrocie (np. numer negatywu i kadry z których sporządzono odbitki). W razie potrzeby, dłuższe notatki sporządza się na normalnych kartkach (wkładach do skoroszytu formatu A4) i wpina obok.

Osobiście sporządzam wglądówki na papierach formatu 9x13 cm, które są tanie i można wywoływać je po kilka w kuwecie o większych rozmiarach. Wglądówki najlepiej robić z całego kadru, chyba że jesteśmy pewni, że jakiś jego fragment jest absolutnie niemożliwy do wykorzystania. Technika sporządzania takich wglądówek nie różni się wiele od wykonywania normalnych powiększeń. Osobiście używam papieru stałogradacyjnego, ponieważ jest tańszy, ale można używać też zmiennogradacyjnego. Wygoda pracy jest wbrew pozorom zbliżona - zwolennik stałogradacyjnych będzie zachwalał nie zaprzątanie sobie głowy poprawkami na filtry przy zmianach gradacji, a zmiennogradacyjnych mniejszą ilość pudełek walających się po ciemni. W rzeczywistości to pierwsze jest po prostu kwestią wprawy, a drugie właściwej organizacji miejsca pracy - będzie o tym dalej.

W razie potrzeby wglądówki w pewnym stopniu mogą zastąpić płachtę. Można je też załączać do spisu negatywów celem lepszej orientacji. Trzyma się je albo w odpowiednio przedziurkowanej kopercie formatu C4, albo wpina w odpowiednio spreparowane kartki formatu A4 (opis wykonania można znaleźć w literaturze fotograficznej w działach o samodzielnym sporządzaniu albumów fotograficznych).

Wglądówki oprócz dokładniejszej orientacji co się na negatywie znajduje, są również istotną pomocą przy ustalaniu wycinka najlepiej nadającego się do skopiowania. Literatura fotograficzna zaleca suwanie po wglądówce dwu kawałków tektury w kształcie litery "L".

Specjaliści od DTP w latach 80. po prostu kserowali wglądówkę, a następnie propozycje kadrowań mazakiem zakreślali na kserokopiach. Zaletą tego sposobu jest iż tak skadrowana fotografia wcale nie musi mieć kwadratowego, prostokątnego, czy nawet regularnego kształtu, co wbrew pozorom dość często jest stosowane w profesjonalnych publikacjach. Można też stosunkowo łatwo zorientować się jak będzie wyglądała fotografia po jej wpasowaniu w łam - w oparciu o kserokopię wystarczy wyciąć maskę o odpowiednim kształcie i założyć ją na wglądówkę. Powyższy sposób może się przydać nie tylko gdy przygotowujemy zdjęcia dla gazety, ale również np. do wstawienia do okrągłej ramki.

Po ustaleniu wycinka dowolną metodą, wykonuje się odbitkę z reguły o formacie 9x13 - 13x18 cm, która ma na celu zorientowanie się w ostatecznym wyglądzie powiększenia, oraz określeniu ewentualnych dodatkowych zabiegów (doświetlanie i wysłanianie, tonowanie całości, bądź części, retusz, etc.). W oparciu o takie powiększenie sporządza się często szkic o rozmiarach powiększenia ostatecznego, na którym oznacza się miejsca ww. czynności. Tak odbitkę z kadrowaniem próbnym, jak szkic, nieźle jest umieścić w naszym archiwum, choć nie jest to w stu procentach konieczne, jeśli planujemy jeszcze wykonać powiększenia próbne.

Powiększenia próbne mają na celu przetestowanie wybranej koncepcji wykonania pozytywu, dlatego wykonuje się je z reguły na papierach formatu co najmniej 13x18 cm. Jeśli wynik okazuje się satysfakcjonujący, w oparciu oń sporządza się szkic, będący podstawą wykonania powiększenia finalnego. Powiększenia próbne, wraz ze szkicami dołącza się do archiwum, gdzie służą jako pomoc przy wykonywaniu ewentualnych duplikatów powiększenia finalnego.

Powiększenia finalne wykonuje się na papierach formatu co najmniej 13x18 cm, a z reguły większych i to niekiedy znacznie. W rezultacie bardziej ekonomicznym wydaje się stosowanie papierów zmiennogradacyjnych (nie trzeba się martwić że np. paczka z gradacją bardzo miękką będzie się nam schodzić strasznie długo), choć z drugiej strony nie jest to aż tak znacząca różnica, ale o tym będzie mowa dalej.

Drobne udoskonalenia ciemniowe
Najpopularniejszy sposób wykonywania próbek czasu ekspozycji polega na naświetlaniu wąskiego paska papieru światłoczułego, którego część jest zasłaniana np. kawałkiem tekturki. Nie ma przy tym znaczenia, czy zaczynamy naświetlać od małego fragmentu i odsłaniamy stopniowo cały pasek, czy też na odwrót, zaczynamy naświetlać całość, a potem stopniowo zasłaniamy.

Paski naświetla się wedle określonego wzoru. W zależności źródła podawane są różne liczby, zasadniczo jednak ciągi te można je podzielić na trzy odmiany:

· Ciągi arytmetyczne, najczęstszą wersją jest przesuwanie kartonika co 2s, co daje: 2,4,6,8,10,12s... Zaletą takich ciągów jest że odmierza się łatwo, nie zaprzątając sobie pamięci właściwym wzorem. Wadą - niedopasowanie do właściwości materiałów światłoczułych, gdzie dwukrotne wydłużenie czasu naświetlenia powoduje dwukrotnie większy efekt. Co prawda w miarę wydłużania czasów wzrasta dokładność - w podanym przykładzie pomiędzy 16, a 32 sekundy jest sześć wartości pośrednich - ale choć wiele rodzai papierów światłoczułych potrafi wykazywać widoczną różnicę zaczernienia przy ekspozycjach różniących się o 10%, to w praktyce różnice do pół stopnia przysłony, udaje się bez trudu zniwelować skróceniem, bądź wydłużeniem czasu wywołania, bywa nawet bez wychodzenia poza widełki czasowe podawane przez producentów wywoływaczy.
· Ciągi geometryczne oparte o potęgi dwójki: kartonik jest przesuwany kolejno co np. 1, 1, 2, 4, 8s. co daje czas naświetlenia poszczególnych pól papieru 1 s, 2s, 4s, 8s, 16s. Zaletą takich ciągów jest, iż są lepiej dostosowane do właściwości materiałów światłoczułych. Wadą dokładność tylko do jednego stopnia przysłony oraz kłopot z zapamiętaniem czasu co jaki należy przesuwać kartonik.
· Modyfikacja poprzedniego sposobu, dająca ciąg naświetleń co 1/2 stopnia przysłony: 5, 2, 3, 4, 6s. co daje pola o czasie naświetlenia 5s, 7s, 10s, 14s, 20s. Zaletą jest większa dokładność, wadą trudność użycia przy czasach krótszych niż 5s (aby odmierzyć 1,5s trzeba dysponować zegarem powiększalnikowym), co, przy korzystaniu z żarówek halogenowych, nie jest w praktyce nazbyt odczuwalne (wielu producentów nie zaleca dla tego rodzaju oświetlenia czasów ekspozycji krótszych niż 4s). Ciąg taki zapamiętać jeszcze trudniej niż poprzedni.

Jeśli chcemy uzyskać czasy naświetlenia pól próbki o połowę krótsze, ilość sekund co którą należy przesunąć kartonik dzielimy przez dwa, dla czasów dwukrotnie dłuższych mnożymy je przez dwa.

Dość dokuczliwym problemem przy pracy z nieznanym negatywem, jest kwestia dobrania adekwatnej gradacji papieru. Pewną pomocą dla użytkowników papierów zmiennogradacyjnych może być przyrząd wymyślony pierwotnie dla próbek powiększeń barwnych przez A. Voellnagla. Składa się on z kwadratowego kawałka kartonu, którego krawędź odpowiada długości krótszego boku papieru światłoczułego na jakim mamy zamiar wykonywać próbkowania gradacyjne (np. 13x13 cm). Część kwadratu jest wyjmowalna i wyposażona w prosty uchwyt z kawałka kartonu, tworząc mniejszy kwadrat o wymiarach 1/4 dużego.
1. Papier światłoczuły przeznaczony na próbkę przycina się do formatu dużego kwadratu, odcięty “margines” (przy formacie 13x18 cm będzie to 5x13 cm), może posłużyć do próbek naświetlenia.
2. Obraz całej klatki negatywu, bądź jej wycinka ustawia się na ostro na maskownicy, tak by zajmował dokładnie 1/4 formatu papieru przeznaczonego na próbkowanie, po czym wyłącza powiększalnik, wkłada przycięty papier w maskownicę, a na wierzch zakłada cały kwadrat.
3. Wykonuje się próbkę czasu naświetlenia kładąc pasek na wierzch prostokąta (nie przepuszcza on światła do papieru pod spodem - oczywiście próbkę można wykonać również przed jego włożeniem) i poddaje normalnej obróbce. Następnie maskownicę przesuwa się tak, by obraz negatywu padał na zdejmowalną część kwadratu.
4. Ustawia się odpowiednią filtrację (np. “4”), po czym zdejmuje ruchomą ćwiartkę kwadratu i poddaje odkrytą część papieru pod spodem naświetleniu przez ustalony przy pomocy próbki naświetleń czas. Po wyłączeniu powiększalnika, wyjmuje z maskownicy i przekręca kartonowy kwadrat (ale nie papier pod spodem!) o 90 stopni, zakłada mniejszy kwadrat, zmienia filtrację (np. “3”), zdejmuje mały kwadrat, dokonuje naświetlenia.
5. Cały proces powtarza jeszcze dwukrotnie, za każdym razem zmieniając filtrację, po czym na odwrocie próbki odnotowuje filtrację zastosowaną względem każdej z ćwiartek (podobnie jak to się czyni z próbkami naświetleń: patrz parę akapitów niżej), poddaje normalnej obróbce i dokonuje jej oceny w świetle białym.

Zaletą tej metody jest możność porównania jak negatyw, a także poszczególne jego fragmenty prezentują się na różnych gradacjach. Gdy przykładowo zauważyć że na gradacji “3” niebo jest pozbawione obłoków, ale uzyskano dobre oddanie tonalne partii poniżej widnokręgu, a na gradacji “2”, uzyskano obłoki na niebie, ale skala szarości odwzorowująca ziemię jest uboższa, łatwiej podjąć decyzję, czy kopiować na gradacji miększej, czy też twardszej z wysłanianiem partii nieba.

Wadą dla osób początkujących jest niemożność połączenia z próbkowaniem czasów naświetlenia. Właściwe czasy należy ustalić przedtem i bezwzględnie się ich trzymać. Tak się po prostu składa, że niedoświadczonemu oku trudno odróżnić np. próbkę prześwietloną na właściwej gradacji, od próbki na gradacji zbyt miękkiej, gdzie naświetlenie zmieściło się w górnym odcinku krzywej - obie wyglądają ciemno, różniąc się wyłącznie skalą półtonów i obecnością szczegółów w cieniach.

Kolejna niedogodność polega na kwadratowym formacie próbki - jeśli ktoś fotografuje na błonach 60x60 mm, aż tak bardzo powyższego nie odczuje, ale 60x90 mm, 45x60 mm, czy 24x36 mm, skazani są na kwadratowe fragmenty negatywu, co nie zawsze jest dogodne. Rozwiązaniem byłoby zastosowanie, zamiast kwadratu, prostokąta, ale to z kolei wymusza jego odwracanie “na drugą stronę”, przy próbce nr 2, ponowne przekręcenie przy próbce 3, po czym przewrócenie po raz trzeci i ostatni przy próbce 4. Co więcej, mniejszy prostokąt musiałby zostać wycięty z większego idealnie prostymi liniami, inaczej trzeba byłoby również go obracać do góry nogami, co oznaczałoby rezygnację z uchwytu. W pewnym stopniu można ten wymóg obejść, naklejając na krawędzie małego prostokąta dwa paski czarnego papieru (może być nawet pozostały po wywołanych błonach zwojowych), zakrywające ewentualną szczelinkę między nim, a dużym prostokątem.

Do wykonania tego rodzaju próbek gradacji trzeba używać papieru światłoczułego o formacie co najmniej 13x18 cm - miniaturki kadrów o formacie 3x3 cm trzeba byłoby oceniać pod lupą.

Mimo tych wad, przyrządzik powyższy, z racji swej prostoty i przydatności (można sprawdzać nie tylko gradacje, ale różne warianty wysłaniań i doświetleń, fotomontaży, etc.), może się komuś spodobać, toteż podaję gdzie znaleźć więcej szczegółów wykonania i użytkowania: A. Voellnagel “Kaprysy koloru w fotografii” str. 78-81, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, wydanie II, Warszawa 1984.

Obróbka próbek naświetleń zajmuje z reguły sporo czasu. Oczywistym sposobem jego zaoszczędzenia, jest najpierw wykonanie np. kilkunastu, a potem wywoływanie wszystkich za jednym razem. Wtedy jednak pojawiają się problemy z identyfikacją z której klatki wykonano daną próbkę. Skutecznym rozwiązaniem jest zapisanie z tyłu każdego paseczka, natychmiast po jego naświetleniu, numeru klatki negatywu (ew. nr negatywu, jeśli pracujemy na kilku negatywach jednocześnie) i czasów ekspozycji poszczególnych pól. Do zapisywania można użyć długopisu, względnie markera spirytusowego (np. do CD). Ołówki mają to do siebie, że w świetle ciemniowym na mokrym papierze stają się prawie niewidoczne, a flamastry że rozpływają w kąpielach fotograficznych.

Problemy z papierem światłoczułym
Zbyt długie oddziaływanie światła ciemniowego, przetrzymywanie nasączonego wywoływaczem papieru na powietrzu, względnie wywołanie, może zaowocować zadymieniem. Efektem jest niemożność uzyskania czystej bieli, a często także zmiana gradacji papieru na miększą. Samo zadymienie można stosunkowo łatwo wykryć porównując marginesy odbitki z podłożem (tylną częścią) innej. Sposób ten ma tę zaletę, iż kontrolę można przeprowadzać bez zapalania białego światła, nawet od razu w kuwecie z wywoływaczem.

Papiery stałogradacyjne bromowe i chlorobromowe wysokoczułe reagują zadymieniem wskutek długotrwałej ekspozycji światłem żółtozielonym, względnie oliwkowozielonym, rzadziej światłem lamp diodowych, ekstremalnie rzadko czerwonym (właściwie tylko gdy wkręcono zbyt silną żarówkę, względnie filtr zestarzał się i zmienił charakterystykę). Nie oznacza to bynajmniej, że naświetlone papiery światłoczułe można dowolnie poddawać długo działaniu światła czerwonego - efektem jest zanik obrazu utajonego (zjawisko Hershla).

Czas przez jaki maksymalnie może oddziaływać światło ciemniowe bez groźby zadymienia, literatura zaleca sprawdzać poprzez zasłonięcie fragmentu arkusza papieru światłoczułego nieprzezroczystym przedmiotem i porównanie części zasłoniętej, z tą na którą padało światło ciemniowe. Rozbudowaną, znacznie wszechstronniejszą wersję tego testu można znaleźć w udostępnionym w internecie przez Kodaka poradniku “How safe is your safelight?” - pozwala stwierdzić oddziaływanie oświetlenia ciemniowego zarówno na nienaświetlony papier, jak również obraz utajony.

U mnie ten czas - dla oświetlenia z odległości 90 cm lampą ciemniową z żarówką 25W i filtrem żółtozielonym ORWO 113D - wynosi dla papierów bromowych i chlorobromowych ponad 15 minut. Często jednak producenci nie zalecają więcej niż 4-7 minut i tak po prawdzie, im mniej światła z lampy ciemniowej padnie na papier, tym lepiej.

Jak ograniczyć okres oddziaływania światła ciemniowego na papier, bez znacznego utrudniania sobie pracy? Nienaświetlony papier należy trzymać w światłoszczelnym opakowaniu. Może być to jego fabryczne pudełko, ale wygodniej fabryczne foliowe woreczki z różnymi gradacjami, względnie rozmiarami, umieścić na czas pracy w obszerniejszym pudełku (np. po butach), z dorobionymi przegródkami, zabezpieczającym również przed zaświetleniem światłem z powiększalnika i białym do oceny powiększeń. Jeszcze lepszym, choć niestety bardziej praco i materiałochłonnym rozwiązaniem, jest dorobienie pod powiększalnikiem światłoszczelnej szuflady.

Jeśli ktoś jednak zdecydował się na korzystanie z pudełek fabrycznych, powinien zadbać o zabezpieczenie przed błędami wynikłymi z mylenia opakowań zawierających różne gradacje. Dotyczy to zwłaszcza papierów stałogradacyjnych Fomy, których pudełka oznaczone są barwnymi paskami - w czerwonym świetle ciemniowym kolory ulegają zafałszowaniu i zamiast gradacji specjalnej (żółty pasek) możemy wziąć normalną (czerwony). W żółtozielonym podobnie wypadają paski zielone (miękka) i niebieskie (twarda). Można temu zapobiegać naklejając na pudełka odpowiednie oznaczenia (wystarczy nawet z taśmy malarskiej), np. z jedną kreską dla gradacji miękkiej, dwoma dla specjalnej, itd.

Można też wziąć pudełka różnych producentów - mój znajomy gradację miękką umieszczał w pudełku po papierach (barwnych) Fuji, specjalną Kodaka, normalną Agfy, a twardą Tetenala.

Dodatkowym zabezpieczeniem jest zapisanie gradacji papieru na taśmie samoprzylepnej, którą fabrycznie jest zamykany wewnętrzny woreczek.

Naświetlone pozytywy należałoby od razu wywoływać. Niestety efektem byłoby znaczne spowolnienie pracy, gdyż z naświetleniem kolejnej odbitki trzeba by czekać, aż poprzednia przestanie być światłoczuła (orientacyjnie połowa czasu utrwalania).

Prostym rozwiązaniem jest zakładanie na kuwety, w których obrabiamy odbitki, nieprzezroczystych pokryw. Sposób ten ma tę wadę, że w razie jakiś komplikacji pod powiększalnikiem (np. długo zastanawiamy się nad kadrowaniem) możemy zaserwować pozytywom nawet kilkunastominutowe wołanie, przerywanie i utrwalanie. Co więcej, bardzo utrudnione staje się wywoływanie partii odbitek, z których część ma być poddana nietypowej obróbce (jak choćby wywołanie powierzchniowe).

Wad tych nie ma metoda polegająca na trzymaniu naświetlonych pozytywów w pudełkach i wywołaniu ich hurtem, gdy nazbiera się wystarczająco dużo. Pudełko powinno być oczywiście światłoszczelne i mieć rozmiary co najmniej równie duże, jak największe pozytywy jakie planujemy wykonywać. Jeśli poddajemy część odbitek specyficznej obróbce, należy rozważyć zastosowanie dwu pudełek. Trzymanie naświetlonych pozytywów w pojemniku z nienaświetlonym papierem, nie jest dobrym pomysłem, ponieważ może prowadzić do kilkakrotnej ekspozycji tej samej kartki. Jeśli już decydujemy się na takie rozwiązanie, w szufladzie, czy pudełku należy przeznaczyć oddzielną przegródkę na naświetlone pozytywy i nie używać jej do niczego innego.

Pozostaje problem długotrwałych naświetleń i wywoływań. Przy bardzo długich czasach i dużych powiększeniach rzutowanych na podłogę, maskownicę wystarczy postawić na dnie odpowiednio wysokiego pudła bez wierzchu - jego ścianki osłaniają papier przed padającym z boku światłem lampy ciemniowej. Jeśli natomiast zachodzi konieczność kilkunastominutowego (i nawet więcej) wywołania, można zredukować oświetlenie do czerwonej żarówki 15 W umieszczonej w odległości 3-4 m. Wedle moich doświadczeń, chlorobromy Fomaspped i bromy Agfa Brovira RC, można w tych warunkach wywoływać co najmniej 30 min. bez obawy zszarzenia. Lepszym, wygodniejszym i mniej męczącym dla wzroku rozwiązaniem jest zastosowanie, wspomnianych już, pokryw na kuwety.

Naświetlonych pozytywów nie należy długo przechowywać - najlepiej wywołać je jeszcze tego samego dnia. Tak się po prostu składa, że na papierach obraz utajony zanika zdecydowanie szybciej, niż błonach negatywowych i po tygodniu może się okazać, iż nawet wielogodzinne męczenie papierów w wywoływaczu nie doprowadzi do ukazania się obrazu.

Przed zakończeniem pracy, niewykorzystane papiery światłoczułe należy z powrotem umieścić w ich fabrycznych opakowaniach. Pudełka i koperty zabezpiecza się przed przypadkowym otwarciem, zakładając na nie gumki. Przy formacie 9x13 cm winny wystarczyć dwie, 13x18 cm trzy-cztery, do pudełka 18x24 cm trzeba niekiedy zużyć sześć do dziewięciu gumek. Pudełka można też obwiązać sznurkiem, ma on wszakże tę wadę, że potrafi się splątać.

Wąskie gardła
Obróbka pozytywów zajmuje mnóstwo czasu, na dodatek uniemożliwiając naświetlanie kolejnych, póki akurat obrabiane nie przestaną być światłoczułe.

Wspominano już o wywoływaniu kilku próbek naświetleń równocześnie. To samo dotyczy pozytywów, lepiej jest używać kuwet o rozmiarach umożliwiających obróbkę co najmniej dwu, a lepiej czterech typowych odbitek równocześnie. Oczywiście mówimy o przypadku w którym trzeba zrobić odbitki z wielu błon - jeśli planujesz odbitki 9x13-10x15 cm z jednej błony małoobrazkowej (krewny poprosił o zdjęcia z wesela córki), względnie dwu zwojowych, sensowniej będzie użyć kuwet 10x15 cm, które wymagają mało roztworów i zajmują mniej miejsca. O wyborze optymalnych kuwet dla danego stylu pracy, będzie mowa w następnym tekście.

Dość sensowne wydaje się zastosowanie utrwalacza pośpiesznego (z chlorkiem amonu), czy szybkiego (na tiosiarczanie amonu) - odbitka przestaje być światłoczuła po co najwyżej 1,5 minuty (FB w Fomafixie), a z reguły po minucie (FB w Ilford Rapid Fixer i Tetenal Superfix), czy jej połowie (RC w IRF i Superfix). W pełni utrwaloną odbitkę uzyskuje się po 1-1,5 minuty (RC), względnie 2-3 minuty (FB), co odpowiada mniej więcej czasowi przebywania odbitek w wywoływaczu.

Część utrwalaczy szybkich umożliwia zresztą jeszcze szybszą obróbkę przy zastosowaniu roztworu roboczego o dwukrotnie większym stężeniu. Np. Ilford Rapid Fixer, jeśli rozcieńczyć go 1+4 (a nie 1+9), pozwala na obróbkę 30 s. (RC), bądź 60 s. (FB).

Pozwala to na utrwalanie w mniejszej kuwecie, o ile oczywiście właściwie zaplanuje się pracę. Jeśli np. wywołanie papieru o podłożu polietylenowym zajmuje 1 minutę, a kuweta z wywoływaczem pozwala poddać obróbce 4 sztuki za jednym razem, zaś kuweta z utrwalaczem 2 i trwa to 30 s. to wywołanie trzeba zacząć od dwu sztuk, a po pół minucie włożyć kolejne dwie, po upływie 30 sekund, dwie pierwsze odbitki przenieść do przerywacza, włożyć dwie następne odbitki do wywoływacza, potem przenieść odbitki z przerywacza do utrwalacza. Potem co 30 sekund przenosi się dwie odbitki z wywoływacza do przerywacza, wkłada dwie nowe do wywoływacza, wyjmuje dwie odbitki z utrwalacza, przenosi dwie odbitki z przerywacza do utrwalacza.

Tego rodzaju obróbka jest zalecana wyłącznie w przypadku pilnej konieczności, po dojściu już do pewnej wprawy. Po pierwsze istnieje ryzyko pomyłek - można choćby poddać odbitkę połowie zalecanego czasu wywołania, ponieważ pomyli się ją z inną w tej samej kuwecie. Po wtóre, tak rozrobiony utrwalacz szybki charakteryzuje się dwukrotnie mniejszą wydajnością.

Jeśli nie możesz z jakiś względów używać utrwalaczy pośpiesznych i szybkich, konieczne jest zastosowanie większej kuwety na utrwalacz, względnie dwu kuwet z utrwalaczem i zdanie się na system dwuroztworowy. Był on dogłębnie opisany w innym tekście, więc tu tylko o nim napomknę. Technika utrwalania dwuroztworowego polega na utrwalaniu w dwu oddzielnych roztworach utrwalacza. Najpierw umieszcza się odbitkę na połowę czasu jej normalnego utrwalania w tym utrwalaczu (dla FB z reguły 5 minut) do pierwszego roztworu, a potem przenosi do kuwety z drugim roztworem gdzie przebywa drugą jego połowę (kolejne 5 minut). Po pracy oba roztwory zlewa się do oddzielnych butelek. Metoda dwuroztworowa sprzyja dokładniejszemu utrwalaniu i mniejszemu zużyciu utrwalacza.

Przed naświetleniem pierwszej partii odbitek danego dnia, lepiej sprawdzić przy pomocy zwykłej próbki naświetleń, czy wywoływacz pracuje prawidłowo. Niemożność wywołania poprawnie naświetlonych odbitek, potrafi naprawdę zirytować, zwłaszcza gdy nowy wywoływacz musimy sobie dopiero rozpuścić z proszku. O zabezpieczeniu się przed tego rodzaju niedogodnościami, w kolejnym tekście.

Jasno w ciemni
Oświetlenie ciemni jest z reguły kompromisem między jak największą ilością światła (co wpływa do dodatnio na wygodę pracy), a ilością światła jak najmniejszą (co wpływa dodatnio na papiery). Dla porządku omówmy spotykane typy lamp ciemniowych:
· Żarówki ciemniowe. Odmiana typowej żarówki, z bańką pokrytą specjalnym lakierem, przepuszczającym światło o określonej długości fali. Najczęściej mają moc 7,5-15 W. Ich zaletą jest że można je wkręcać w typowe oprawy oświetleniowe, są lekkie i zajmują mało miejsca, wadą że są droższe od typowych żarówek, a wielokrotne wkręcanie i wykręcanie może uszkodzić lakier.
· Lampy ciemniowe z wymiennymi filtrami. Światło zwykłej żarówki przechodząc przez taki filtr, uzyskuje podobny skład spektralny jak po przejściu przez zabarwioną bańkę żarówki ciemniowej. Oprawa umożliwia zawieszenie na ścianach, suficie, bądź postawienie na płaskiej powierzchni. Zaletą jest tańsza eksploatacja (klasyczne żarówki 15-25 W kosztują znacznie taniej, niż żarówki ciemniowe), wadami konieczność dopasowania wymiarów filtra, jego starzenie się (zmiana charakterystyki widma), funkcjonowanie w oparciu o gniazdka. Nie dość że trzeba uważać, by nie zalać przewodów kąpielami fotograficznymi, to w razie zwarcia, względnie przeciążenia, zakończonego wywaleniem korków, lampa zgaśnie (żarówka ciemniowa raczej nie, oświetlenie funkcjonuje zwykle na oddzielnym od gniazdek obwodzie). Nadto są cięższe i zajmują więcej miejsca.
· Lampy diodowe. Stosunkowo nowy rodzaj oświetlenia ciemniowego. Diody dają jasne światło monochromatyczne, bądź zbliżone do monochromatycznego. Dość tanie, lekkie i wygodne w eksploatacji, choć niekiedy mogą się stać źródłem problemów z zaświetlaniem papieru (dotyczy konstrukcji wykonanych amatorsko, względnie chałupniczo, pochodzące z renomowanych wytwórni raczej ich nie sprawiają).
· Ciemniowe lampy jarzeniowe. Używane w dużych laboratoriach fotograficznych. Dają bardzo jasne światło, a odpowiednie zabarwienie rurek pozwala na stosunkowo długą pracę z materiałami światłoczułymi. Niestety są drogie i raczej nie produkuje się ich do użytku fotoamatorskiego, więc rzadko się je spotyka. Nadto wymagają specjalnych opraw, też trudno dostępnych.

W procesie pozytywowym stosuje się światło o poniższych barwach:
1. Żółtopomarańczowa i pomarańczowa. Dla papierów chlorowych i chlorobromowych niskoczułych.
2. Pomarańczowo-czerwona i czerwona.
a) Jasna - papiery chlorobromowe wysokoczułe, bromowe, zmiennogradacyjne.
b) Czerwona ciemna - błony ortochromatyczne.
3. Żółtozielona/brązowa/oliwkowa
a) Jasna - jak pomarańczowo-czerwona (niekiedy z wyłączeniem papierów zmiennogradacyjnych).
b) Ciemna - papiery zmiennogradacyjne, barwne.

Określenia barw mogą się różnić w zależności od producenta - przykładowo moja żarówka “orange” miewa praktycznie identyczną barwę światła jak “czerwone” żarówki ciemniowe.

Zaletą światła czerwonego, jest niezwykle mała aktyniczność, więc zdecydowanie rzadko powoduje zaświetlenia. Prawdę mówiąc przy długim przebywaniu w świetle czerwonym, naświetlone papiery mogą niekiedy wykazywać coś dokładnie odwrotnego - zanik obrazu utajonego.

Z drugiej jednak strony, w świetle czerwonym wzrok męczy się szybciej, co więcej następuje jego swoiste “nadczulenie” - wywołujące się papiery wydają się bardziej zaczernione niż są w istocie, co może prowokować do wcześniejszego ich wyjmowania z kąpieli, a więc niedowoływania.

Światło żółtozielone/brązowe/oliwkowe jest przyjemniejsze dla oka i nie powoduje tak rażących błędów w ocenie zaczernienia, ale niestety bardziej aktyniczne, więc długotrwałe trzymanie naświetlonych i nienaświetlonych papierów raczej zaowocuje ich zadymieniem, a może nawet pseudosolaryzacją.

Żółte światło lamp diodowych jest mniej męczące dla wzroku niż czerwone, nie powoduje też “nadczulenia wzroku”, ale jako monochromatyczne też po jakimś czasie męczy wzrok (to tak jak z lampami sodowymi używanymi do oświetlenia ulic), z reguły nieco szybciej niż żółtozielone. Za to jest bardzo jasne.

Światło określonego koloru sprawia, iż oko postrzega barwy inaczej niż w świetle białym (względnie zbliżonym do białego). Co więcej, znaki w kolorze zbliżonym do barwy światła, mogą stać się niewidoczne - dotyczy to choćby kolorowych tuszy atramentów w zeszycie z notatkami. Dlatego bieżące notatki najlepiej wykonywać w brudnopisie, czarnym, względnie niebieskim tuszem, bądź atramentem, a po pracy przepisywać je do czystopisu, kolorami jakie tylko uznamy za stosowne. Plany pracy dla poszczególnych negatywów także najlepiej zapisywać w brudnopisie.

Niezgorszym pomysłem jest wydrukowanie planu pracy na komputerowej drukarce i pozostawienie reszty kartki na bieżące notatki. Tuszu, czy tonera na taki brudnopis nie zużywa się wiele (bo wystarczy drukować nawet w 300 DPI, określanym umownie: “wydruk roboczy”, “szkic”, “ekonofast”, etc.), a druk jest znacznie czytelniejszy w świetle ciemniowym od pisma ręcznego, a gdy sporządzić szablon, oszczędza się także sporo czasu (jeśli komuś szczególnie na nim zależy, można pokombinować z formularzami).

Jak mieć jasno w ciemni i uniknąć problemów z zaświetlaniem? Nie ma na to uniwersalnej recepty, w każdym przypadku oświetlenie jest pewnym kompromisem narzuconym uwarunkowaniami technicznymi (instalacja elektryczna, wzajemne usytuowanie poszczególnych części roboczych ciemni, rozmieszczenie ścian i sufitów, etc.), ergonomią pracy, parametrami obrabianych materiałów.

Początkowo oświetlałem ciemnię jedynie lampą (25 W) z filtrem żółtozielonym ORWO 113D (matowy), umieszczoną jakieś 70 cm ponad kuwetami. Co zdumiewające, mimo mniejszej od zalecanej odległości, ani Fomaspeed, ani czulsza od wielu gatunków papierów zmiennogradacyjnych Brovira, nie wykazywały śladów zaświetlenia, przy standardowym czasie obróbki.

Problemem była słaba widoczność powiększalnika, przysłonę musiałem przymykać i otwierać wyczuwając kolejne zapadki. Ze światłomierzem ciemniowym było mniej kłopotów - jako przeznaczony do pracy w niemal całkowitych ciemnościach, został wyposażony w małą lampkę diodową, ułatwiającą manipulacje tymi przełącznikami, które nie zostały podświetlone. Jednak gdy przypadkiem (za 1 PLN), nabyłem starą żarówkę czerwoną i wkręciłem ją w oprawę w której normalnie znajduje się żarówka oświetlająca to pomieszczenie, stwierdziłem iż pracuje się mi zdecydowanie wygodniej. Zdecydowałem się więc na żarówkę pomarańczowo-czerwoną Narva, która oświetla powiększalnik, światłomierz i pudło z papierami z odległości jakiś 2 m (do kuwet to ponad 3 m), a lampę przewiesiłem wyżej, na 1,2 m, co było podyktowane właściwie tylko wypadnięciem wyeksploatowanego kołka rozporowego z dziury.

Po tej dygresji, kilka ogólnych rad. Niezłym pomysłem jest oświetlanie części suchej (powiększalnik) światłem czerwonym, mokrej zaś oliwkowym, względnie lampą diodową. Czerwone światło nie przeszkadza specjalnie w pracy na maskownicy, wywołujące się odbitki obserwujemy w świetle nie powodującym zafałszowań w ocenie zaczernienia.

Jeśli z jakiś względów musisz wywoływać w świetle czerwonym, staraj się robić to na czas, względnie ustal współczynnik Watkinsa pary wywoływacz-papier (patrz rozdział o testach powiększalnikowych). Dawna literatura radziła umieścić po prostu na widoku nieco prześwietloną, ciemną odbitkę i fotogram trzymać w wywoływaczu, aż będzie ją przypominał - przypuszczam że to dobra metoda, ale nie wiem na sto procent, bo jeszcze nie spróbowałem.

Nieźle sprawdza się umieszczenie tzw. “lampy światła niebezpośredniego” (czyli mogącej oświetlać materiały światłoczułe tylko po odbiciu się od jakieś powierzchni, np. sufitu), tak by jej światło padało głównie na miejsce, gdzie się robi notatki, wejście, etc. - służy właśnie do “ogólnego oświetlenia ciemni”. Na część suchą i mokrą nie musi (i zresztą nie powinno) z niej padać specjalnie dużo światła, ponieważ oświetlone są oświetleniem bezpośrednim.

Przedsionek, względnie śluzę (jeśli ciemnia je posiada), najwygodniej oświetlać jakąś tanią lampą diodową. Nie musi mieć ona specjalnie wyśrubowanych charakterystyk, wystarczy że nie zaświetla papierów przez około minutę. Na dłużej drzwi śluzy się raczej nie otwiera. Można też zastosować wyłącznik, który tę lampę wyłącza w chwili otwarcia wewnętrznych drzwi. Jeżeli zafundowaliśmy sobie w napis “nie wchodzić”, lub podobny, nad zewnętrznymi drzwiami ciemni, można je spokojnie oświetlić jakąś kolorową żarówką, nie przystosowaną do pracy ciemniowej - kosztuje wielokrotnie taniej, a z materiałami światłoczułymi i tak nie będzie mieć kontaktu.

Przy projektowaniu bezpiecznego oświetlenia ciemni warto pamiętać, iż zdecydowanie najwięcej problemów z zaświetleniem występuje nie z powodu zbyt dużej liczby źródeł światła, a zbyt małej odległości od materiałów światłoczułych. Intensywność światła spada proporcjonalnie do kwadratu odległości - ta sama lampa ciemniowa znajdująca się w odległości 3 m, będzie działać na papier światłoczuły 9 razy słabiej, niż gdyby umieścić ją od niego 1 m. Dlatego można sobie spokojnie pozwolić na dość obfite oświetlanie pewnych punktów (np. ciągów komunikacyjnych) o ile tylko znajdują się w oddaleniu od miejsc, gdzie naświetla się i wywołuje odbitki.

Oprócz określenia, jak długie oddziaływanie światła ciemniowego powoduje zadymienia papierów, należałoby też sprawdzić, czy światło nie zmienia ono gradacji, względnie osłabia obrazu utajonego. Na to niestety nie ma prostych do przeprowadzenia, a równocześnie stuprocentowo miarodajnych testów: literatura z reguły zaleca wykonanie dwu identycznych powiększeń, poddaniu jednego działaniu oświetlenia, które chcemy sprawdzić, po czym wywołaniu i porównaniu jednej i drugiej odbitki. Najlepiej chyba byłoby do tych odbitek wziąć negatyw testowy, służący do skalowania światłomierzy ciemniowych, gdyż porównanie poszczególnych pól obu odbitek, jest zdecydowanie łatwiejsze i bardziej miarodajne.

Dla uniknięcia ciągłego wkręcania i wykręcania żarówek ciemniowych z oprawki, literatura zaleca zamocować oprawkę na desce i zasilać ją z kontaktu. Ma to jednak wadę, że w razie przepalenia bezpieczników zostaniemy pozbawieni i tego źródła światła. Tu z pomocą może przyjść “złodziejka”, można zresztą przy jej pomocy zasilać jedną lub więcej lamp z barwym filtrem, względnie diodowych. Z drugiej strony lepiej nie kombinować z zasilaniem z obwodów oświetlenia całego naszego sprzętu ciemniowego.

Gniazdka nie dość że są wygodniejsze, to jeszcze parametry instalacji umożliwiają zasilanie odbiorników o większej mocy. Gdy instalacji oświetleniowej wystarcza z reguły 6 Amperów, to gniazdka dysponują co najmniej 10 Amperów. Instalacja oświetleniowa raczej nie zdoła zasilać suszarki o mocy 1800 W (natężenie prądu blisko 8 Amperów). A tak w ogóle, najlepiej w ciemni byłoby dysponować gniazdkami z uziemieniem (w zasadzie mogą być z zerowaniem, ale uziemienie jest bezpieczniejsze) i instalacją na 16 Amperów.

Na wypadek nieoczekiwanych przerw w dostawie prądu, można się wyposażyć w małą latarkę diodową. Jest to sprzęt tani i łatwy do nabycia (nawet w sklepach sportowych, gdzie sprzedaje się je jako lampki rowerowe), przydaje się też choćby przy obserwowaniu podziałki termometru umieszczonego w kuwecie. Niestety, zakupu z reguły musimy dokonywać “w ciemno”, nie wiedząc czy światło nabytej właśnie latarki, nie będzie zaświetlać papierów.

Dawni fotografowie ssali kwaśne cukierki, by lepiej widzieć w ciemnościach. Niestety, jak dotąd jakoś nie znalazłem czasu, by to sprawdzić.

Inne problemy ze światłem ciemniowym
Niektóre lampy diodowe i filtry ciemniowe powodują kłopoty z ustaleniem właściwego czasu powiększeń przy użyciu światłomierzy ciemniowych, których czujniki (wzgl. “sondy”) potrafią reagować również na światło nieaktyniczne (co nie powinno dziwić, skoro większość z nich miała służyć także do pracy z negatywami barwnymi). Efektem są pozytywy, których niedoświetlenie waha się od nieznacznego (niewielkie skale powiększeń i tym samym krótkie czasy), aż do tak drastycznego, że ledwie widać zarysy obrazu (duże skale powiększeń i długie czasy).

Stosunkowo prostym sposobem stwierdzenia ewentualnego występowania powyższego zjawiska jest dokonanie pomiaru czasu powiększenia na maskownicy przy wyłączonym powiększalniku. Ustalony w ten sposób “czas naświetlenia” (bo jest to wartość kompletnie wirtualna, światło nieaktyniczne nie powinno spowodować w tym czasie widocznego, a już bez wątpienia “średniego” zaczernienia papieru) i porównanie go z czasem uzyskiwanym w kompletnej ciemności (o ile światłomierz umożliwia taki pomiar).

Jeśli przykładowo światłomierz ciemniowy przy nastawionej czułości papierów 400 ISO informuje o czasie ponad 300 sekund dla światła typowo ustawionej lampy ciemniowej, a stosowane czasy naświetleń rzadko przekraczają 60 sekund, a praktycznie nigdy 120 sekund, można w zasadzie uznać, iż światło ciemniowe znacząco nie zafałszowuje czasu pomiaru. Jeśli jednak czasy są zbliżone do zwykle stosowanych, należy poważnie rozważyć środki zaradcze, pod prostu pozbywając się zbyt jasnego światła lampy z okolic czujnika. Nie oznacza to bynajmniej, iż lampę mamy w ogóle usunąć z ciemni, a jedynie uniemożliwić jej świecenie na czujnik w trakcie pomiaru. Są na to co najmniej trzy sposoby:
· Przesunąć lampę w inne miejsce.
· Wyłączać lampę na czas pomiaru (czyli pracy powiększalnika).
· Zastosować zasłonkę.

Odsunięcie lampy dwukrotnie dalej, zmniejsza intensywność padającego na czujnik światłomierza czterokrotnie, co z reguły wystarcza. Niestety, warunki nie zawsze pozwalają na skorzystanie z tej najprostszej możliwości.

Lampę ciemniową można wyłączać ręcznie, względnie skorzystać ze schematów w literaturze fotograficznej (zasada działania jest z reguły podobna do funkcjonowania diody oświetlającej wyłącznik, gdy światło jest wyłączone). Niektóre światłomierze i zegary ciemniowe mają tego rodzaju obwody już wbudowane.

Stosunkowo najprostszym rozwiązaniem jest stosowanie odpowiedniej zasłonki umieszczonej między lampą, a czujnikiem. Można zdecydować się na zasłonkę stała, bądź ustawianą tylko na czas pomiaru. Ta druga może być wykonana nawet z kawałka tektury.

Sekrety światłomierzy ciemniowych
Światłomierz ciemniowy miewa różny wygląd, wszak jego zasada działania jest ta sama - mierzy intensywność padającego na maskownicę światła. Wartość pomiaru jest z reguły podawana w sekundach, z rzadka spotyka się pary czas/przysłona.

Tak czy siak, zasada jest podobna jak przy pomiarze typowym światłomierzem fotograficznym - domyślnie zakłada się iż cały negatyw (jeśli to pomiar integralny), względnie dany fragment (jeśli to pomiar punktowy) jest “średnią szarością”.

Biorąc pomiar integralny, zakłada się, iż czas naświetlenia jednolicie zaczernionego negatywu (np. fotografia szarej karty Kodaka) o tej samej gęstości optycznej, co średnia gęstość optyczna, umieszczonego w ramce powiększalnika negatywu, winien dać pozytyw o średnim zaczernieniu (stopniu szarości).

Z kolei przy pomiarze punktowym zakłada się iż mierzony fragment negatywu charakteryzuje się średnim zaczernieniem, czyli na pozytywnie winien być oddany w odcieniu średnioszarym.

Większość światłomierzy punktowych pozwala na pomiar integralny w razie umieszczenia na drodze promieni z powiększalnika jakieś formy dyfuzora (elementu rozpraszającego światło). Wiele ma też możliwość uśredniania wyników z kilku pomiarów, co jest nieco wygodniejsze od klasycznego pomiaru integralnego, ponieważ można wybrać odmienne dla każdej klatki negatywu punkty pomiarowe.

Zabiegiem niezwykle istotnym jest ustalanie rzeczywistej czułości papieru. Polega ono z reguły na wyznaczeniu właściwego czasu ekspozycji negatywu testowego. Procedura może wyglądać jak poniżej:
· W ramce powiększalnika umieszcza się negatyw testowy, składający się z ciągu pól których gęstość optyczna stopniowo wzrasta (np. co 1/2 stopnia przysłony).
· Ustawia się ostrość na maskownicy.
· Czujnik światłomierza umieszcza się na polu, które ma być oddane jako średnioszare i ustala czas ekspozycji.
· W maskownicy umieszcza się papier którego czułość ma zostać zmierzona i dokonuje jego naświetlenia przez czas wskazany w poprzednim punkcie przez światłomierz dla pola o średniej szarości (producent z reguły podaje które to pole).
· Papier światłoczuły wywołuje się, utrwala, płucze i suszy. Należy zastosować wywoływacz, temperaturę i czas wołania, stosowany normalnie dla danego papieru (ewentualnie jaki chce się zastosować).
· Tak uzyskany pozytyw porównuje się z dołączonym do negatywu przez producenta wzorcem szarości. Wybiera najlepiej pasujące pole. Jeśli średnioszare wyszło pole odpowiadające ekspozycji dwukrotnie dłuższej, ustawioną na światłomierzu czułość papieru należy obniżyć dwukrotnie.

Inną metodą jest umieszczenie czujnika na rzutowanym na maskownicę (ten sam stopień powiększenia, żarówka, przysłona oraz czułość papieru co podczas pierwotnego pomiaru) pola które zdaniem producenta winno wyjść jako średnioszare (np. nr 6) dokonanie pomiaru czasu ekspozycji, przeniesienie czujnika na pole które jako średnioszare nam wyszło (np. nr 9). Potem wystarczy przestawiać czułość papieru tak długo, aż pomiar czasu ekspozycji tego pola (nr 9), osiągnie wartość zmierzoną dla pola “producenckiego” (nr 6). Teraz, choć nie jest to absolutnie konieczne, możemy dla pewności jeszcze zmierzyć czas pola “producenckiego”, naświetlić, poddać obróbce pozytyw i po wyschnięciu porównać pola (teraz średnioszare winno wyjść pole nr 6).

Można też w ogóle nie mierzyć ekspozycji wykonując pierwszą odbitkę z negatywu testowego, a naświetlać papier przez czas który uznamy za właściwy (np. 8 s), ważne jest tylko by ekspozycja była o tyle trafnie dobrana, by którekolwiek z pól negatywu testowego wyszło na pozytywie średnioszare (np. 1). Potem po prostu mierzymy ekspozycję tego pola, przestawiając czułość papieru by uzyskać rzeczywisty czas naświetlenia (pomiar pola 1 ma dać czas 8 s), mierzymy “producenckie” (np. 24 s) i tak przestawiamy czułość papieru, by pomiar ekspozycji pola średnioszarego na pozytywie (nr 1), dał wynik identyczny z wynikiem pomiaru “producenckiego”, dla poprzedniej czułości (czyli 24 s).

Czułość papieru zapisujemy w odpowiednim miejscu (np. tabelka “z komputera”). Będzie się ona zmieniać w zależności od partii papieru (często też papiery o różnej gradacji miewają różną czułość), rodzaju wywoływacza, czasu wywołania, etc.

Warto przy tym zauważyć, iż w praktyce nie ma znaczenia które pole negatywu testowego ustalimy sobie jako średnioszare, o ile oczywiście za każdym razem będzie nim to samo pole. Jest to zresztą oczywiste - fragment o "gęstości średniej" negatywu o kontraście 1.5, będzie miał zupełnie inne zaczernienie niż jego odpowiednik dla negatywu o kontraście 0.5. Nie jest to wszakże zalecane bez istotnej potrzeby, gdyż z reguły wymaga odpowiedniego skorygowania ustawianej na światłomierzu czułości papierów, ewentualnie zmodyfikowania procedury.

Światłomierz można zresztą wyskalować zamiast na “średnią szarość”, na każdą inną, np. odpowiadającą barwie skóry. To rozwiązanie jest wszakże rzadko stosowane w fotografii czarno-białej, zwłaszcza że może niekiedy spowodować problemy przy pomiarze integralnym.

A tak w ogóle, przed wywołaniem na podłożu odbitki negatywu testowego najlepiej zapisać (czymś wodoodpornym):
· rodzaj papieru
· gradacja (lub filtracja)
· wywoływacz
· czas ekspozycji
· ustawioną czułość (opcjonalnie)
· czas wywołania (opcjonalnie)

Tego rodzaju zapiski można zapisać skrótami, czy nawet zakodować. Np. Fomaspeed, gradacja miękka, 15 sekund ekspozycji, 400 ISO, wywołany w W-14 Fenal przez 1 minutę i 30 sekund, to: FomaSp/Soft, 15s/400, W-14/1:30. Jeśli ktoś lubi porządek, może dodać także datę.

Negatyw testowy można sobie zrobić samemu, jest to jednak trudniejsze niż choćby testu ostrości. Stosunkowo najłatwiej jest, jeśli w naszym posiadaniu znajduje się jakąś fotograficzna tablica testowa, zawierającą pole średnioszare. Wystarczy coś takiego sfotografować i właściwie wywołać, by uzyskać zupełnie niezły negatyw testowy. Wymaga to jednak pewnej staranności, błędy ekspozycji i wywołania mogą prowadzić do zbyt małego, bądź nadmiernego zaczernienia “pola średniej szarości” (co oczywiście można skorygować osłabianiem, bądź wzmacnianiem).

Jeśli ktoś nie ma takiego testu, może go zrobić samemu, w programie graficznym, naświetlając progresywnie skrawki papieru fotograficznego, etc. Nie jest to wszakże proste i z reguły nie udaje się za pierwszym razem.

Można też próbować zreprodukować właściwie naświetlony pozytyw z negatywu testowego - jest to w miarę niezły sposób uzyskania testowego negatywu o średnim formacie, gdy dysponuje się tylko małoobrazkowym.

Dość ciekawym pomysłem jest skopiowanie negatywu testowego przyrządem do kopiowania slajdów i poddanie błony wywołaniu odwracalnemu. Można w ten sposób uzyskać negatywy testowe o różnej gradacji, co ułatwia ocenę rzeczywistej kontrastowości używanych papierów. Można też spróbować techniki negatyw, pozytyw, negatyw - jest to dość żmudne i wymaga dokładności, jednak w razie zastosowania błony nieuczulonej optycznie, względnie ortochromatycznej, można stosunkowo łatwo uzyskać odpowiednie zaczernienie kopii “pola producenkiego”, gdyż wywołanie odbywa się przy świetle.

Jeśli nie zależy nam, by ściśle określone pole odpowiadało “średniej szarości”, wystarczy sfotografować odpowiednią tablicę testową, poddać negatyw obróbce, a następnie znaleźć pole najbardziej zbliżone zaczernieniem do “pola producenckiego” (identyczne czasy). Pozostałe pola także mierzymy, ustalając różnicę w zaczernieniu (o ile krótszy, bądź dłuższy czas od “producenckiego”), co pomoże w szybkim wprowadzaniu korekt.

Parę uwag na temat wywołania. Jeśli pola fotografowanej tablicy testowej mają zaczernienie np. co 1 stopień przysłony, a my chcemy właściwie oddać to na pozytywie, trzeba wywołać negatyw na współczynnik gamma rzędu 1. Jeśli zrobimy to na np. 0.7, kontrast między poszczególnymi polami na negatywie będzie niższy! Można oczywiście to uwzględnić przy sporządzaniu tablicy, ale łatwiej po prostu wywoływać na gamma 1.

Dość przydatnym, acz niestety rzadko podawanym w instrukcjach światłomierzy zastosowaniem negatywów testowych jest ustalanie współczynnika schwarzhilda dla danego typu papieru. Co prawda wiele światłomierzy ma tę funkcję wbudowaną, ale operują z reguły wartościami przybliżonymi, co na ogół wystarcza, niekiedy wszakże może nas nie do końca satysfakcjonować. Ustalenie rzeczywistej poprawki dla danego typu papieru jest proste i omalże identyczne jak procedura stosowana przy określaniu czułości papieru. Mierzy się “pole producenckie” przy dość dużej skali powiększenia i pełnym otworze przysłony, a potem domyka maksymalnie przysłonę, mnoży odpowiednio czas pomiaru (np. 6 s. przy F-4 na 192 s. przy F-22), naświetla test, poddaje obróbce, a po wyschnięciu pola na pozytywie porównuje się z wzorcem szarości, łatwo ustalając właściwą wartość. Co więcej, jeśli ktoś zmierzy jaki czas dla “pola producenkiego” zalecał światłomierz w tamtych warunkach, będzie go mógł porównać z rzeczywistym i ustalić, czy i ile musi dodać (ewentualnie odjąć) do kompensacji efektu schwarzhilda jaką oferuje światłomierz.

Negatyw testowy pozwala też, choć w ograniczonym stopniu, określić kontrastowość papieru. W tym celu porównuje się krańcowe pola naświetlonego pozytywu na papierze o nieznanej gradacji, z ich odpowiednikami na papierach o różnych (znanych nam) gradacjach. Jeśli skrajne pola mają jaskrawszą biel i głębszą czerń, dany papier najpewniej ma twardszą gradację, jeśli są bardziej szarawe, gradacja jest miększa. Ten sposób daje zupełnie niezłe rezultaty przy kontroli rzeczywistej gradacji papierów przeterminowanych, zmiękczanych w dwuchromianie potasu, poddanych obróbce w wywoływaczu kontrastowym, rzeczywistych parametrach niemłodych już, względnie niemarkowych filtrów (papiery zmiennogradacyjne), etc. Porównywanie papierów matowych z błyszczącymi, jest niecelowe i może prowadzić do błędów, chyba że naszym celem jest właśnie porównanie uzyskiwanej czerni i bieli na jednych i drugich.

Negatyw testowy umożliwia również ustalenie przybliżonych współczynników Watkinsa dla wywoływaczy pozytywowych. Określa się po jakim czasie widoczne stają się pierwsze ślady obrazu w świeżym roztworze i porównuje z czasem zalecanym przez producenta. Np. jeśli pierwszy ślad obrazu pojawia się po 20 sekundach, a zalecany czas wynosi 180-300 sekund, to współczynnik możemy przyjąć jako 9-15.

Współczynnik Watkinsa, choćby nawet obliczony z dużym przybliżeniem, niesłychanie ułatwia korektę czasu wywołania powiększeń, który stopniowo wydłuża się w miarę zużycia roztworu. Jeśli we wspomnianym wyżej wypadku pierwsze ślady obrazu zaczną pojawiać się po 30 sekundach, oznacza to że dla uzyskania efektu zbliżonego do wywołania w wywoływaczu świeżym przez 180 sekund, należy trzymać papier w wywoływaczu przez mniej więcej 270 sekund, zaś efekt wywołania trwającego 300 sekund, uzyskamy po około 450.

Takie postępowanie ma sens względem określonych par wywoływaczy i papierów, z reguły zmiana wywoływacza, a bywa też papierów może dać kompletnie inne współczynniki.

Zacznijmy od wywoływaczy - w wielu wywoływaczach dwureduktorowych, a w szczególności wywoływaczach metolowo-hydrochinonowych oraz fenidonowo-hydrochinonowych występuje zjawisko superaddytywności, czyli wzajemna interakcja reduktorów znacznie przyśpiesza ich działanie. Co prawda istnieją wzory pozwalające to stosunkowo nieźle policzyć, ale z reguły nie znamy mas poszczególnych reduktorów w roztworze. A wywoływacz z 2 gram metolu i 5 gramów hydrochinonu będzie miał odmienny współczynnik niż zawierający 1 gram metolu i 10 gramów hydrochinonu (w pierwszym przypadku około 12, drugim około 7).

Obecnie do emulsji wielu rodzajów papierów dodaje się substancji przyśpieszających wywołanie, co także może wpływać na czas między pojawieniem się pierwszych śladów obrazu a pełnym wywołaniem. W połączeniu z różnicami emulsji, różnice mogą być znaczne - przykładowo w świeżym W-41 papiery bromowe Agfa Brovira RC ukazują pierwsze ślady obrazu już po kilku sekundach, zaś papiery chlorobromowe Fomaspeed RC po kilkunastu.

Powszechnie stosowane wywoływacze fenidonowo-hydrochinonowe charakteryzują się proporcjonalnie mniejszym niż metolowo-hydrochinonowe wydłużaniem się czasów wywołania w miarę zużycia (fenidon jest stosunkowo mniej podatny na wzrost ilości bromków w roztworze).

Dla W-41 1+7 i papierów Fomaspeed stosuję współczynnik od 6 do 8. W innych wywoływaczach fenidonowo-hydrochinonowych, będzie on oczywiście odmienny.

Niektóre rodzaje tonowania wymagają niewielkiego prześwietlenia przeznaczonych doń pozytywów. Niestety podręczniki fotografii raczej nie podają o ile trzeba prześwietlić - odbitki z negatywu testowego nie dość że pozwalają łatwo ustalić skalę niezbędnego prześwietlenia to również jak toner będzie oddziaływał na każdy ze stopni szarości (niektóre kąpiele tonujące działają na strąt srebrowy nieproporcjonalnie).

Ustalanie kontrastu
Niektóre starsze światłomierze ciemniowe nie dysponują funkcją pomiaru kontrastu kadru (czyli różnicy między jego najmniej a najbardziej zaczernionym fragmentem). Jeśli jednak taki przyrząd oferuje punktowy pomiar ekspozycji, kontrast kadru można ustalić mierząc najjaśniejsze i najciemniejsze partie negatywu, a następnie porównać czasy ekspozycji.

I tak jeśli pomiar najbardziej krytego punktu negatywu (czyli świateł) dał wynik 32 s., zaś najmniej (czyli cieni) 4 s. to kontrast wynosi 1:8.

Przy wyborze właściwej gradacji papieru pojawia się jednak drobny problem - dla wygody podaje się ją w wartościach logarytmicznych, na które nowsze światłomierze automatycznie przeliczają kontrast. Jeśli ktoś nie dysponuje takowym, a pozapominał cały ten dział matematyki, względnie go w ogóle w szkole nie przerabiał, skazany jest na metodę prób i błędów, ewentualnie żmudne grzebanie w literaturze fachowej i internecie.

Skala logarytmiczna w której podawane są gradacje papieru jest oparta o zasadę iż wzrost o 30 oznacza dwukrotny wzrost kontrastu negatywu (0,3x100), a o 100 dziesięciokrotny (1x100). Jako że bardziej kontrastowy negatyw kopiuje się na mniej kontrastowym papierze, im wyższa liczba tym miększy papier. 100 nadaje się do kopiowania kadru o kontraście 1:10, 60 - 1:4, 150 - 1:32, itd.

Kontrast negatywu, a wartości ISO R 10-200

Gradacje 	Bardzo Miękkie 	                              Miękkie 	          Specjalne 
ISO R           200 190 180 170 160 150 140 130 120 110 100
Kontrast 1:96 1:80 1:64 1:48 1:40 1:32 1:24 1:20 1:16 1:12 1:10

Gradacja Normalne Twarde Bardzo Twarde
ISO R           90 80 70 60 50 40 30 20 10
Kontrast 1:8 1:6 1:5 1:4 1:3 1:2.5 1:2 1:1.5 1:1.25


Wartości dla papierów 10 i 20 są przybliżone, co w praktyce ma małe znaczenie - wiele światłomierzy ciemniowych może nie być w stanie zmierzyć tak subtelnych różnic zaczernienia. Dla ułatwienia 150 i 200, czyli 1:50 i 1:100, zaokrąglono do wielokrotności dwójki 1:48 i 1:96 - czteroprocentowa różnica ma i tak praktycznie nieistotne znaczenie (niedokładności światłomierza i w ustalaniu gradacji papieru). 80 to 1:6.4 ale i tu różnica wynosi mniej niż 10%.

Jak nietrudno zauważyć, dla kontrastu 1:8 negatywu z przykładu odpowiednia będzie gradacja oznaczona “R 90” (np. gradacja normalna AGFA Brovira).

Skala powyższa dotyczy wywołania dogłębnego w wywoływaczu o normalnej kontrastowości. W innym przypadku rzeczywista gradacja może różnić się od nominalnej. I tak:
· Wywoływacz miękki, względnie kontrastowy, zmienia gradację papieru (odpowiednio na miększą i twardszą).
· Wywoływacz “wyrównawczy” (np. dwuroztworowy) pozwala na jej zmianę w dość szerokim zakresie. Wedle AGFY wywoływaczy takich nie można stosować względem papierów zmiennogradacyjnych.
· Wywołanie powierzchniowe praktycznie obniża kontrastowość papieru (ale efekt jest odmienny niż na dogłębnie wywołanym papierze o miększej gradacji).
· Przedłużone wywołanie z reguły również obniża kontrastowość papieru (dopóki nie wystąpi zszarzenie świateł, w ograniczonym stopniu - potem już dość poważnie).
· Niewielkie zaświetlenie zmiękcza gradację papieru.
· Kąpiel naświetlonego papieru w 0,5% wodnym roztworze dwuchromianu potasowego obniża kontrastowość papieru (zjawisko Sterry'ego).
· Papiery przeterminowane niekiedy miewają miększą gradację niż pierwotna.
· Ponowne naświetlenie częściowo wywołanego, nieutrwalonego pozytywu praktycznie zmniejsza jego kontrastowość (efekt będzie inny niż przy użyciu normalnie wywołanego papieru o miększej gradacji). Zjawisko to jest wykorzystywane w heliobromie - technice tonorozdzielczej.
· Wysłanianie i doświetlanie pozwala dość swobodnie zwiększać i zmniejszać kontrast pozytywu.

Ważną rzeczą przy pomiarze kontrastu światłomierzami ciemniowymi jest właściwa interpretacja wyników. W instrukcjach opisuje się ów pomiar niekiedy tak “ustaw czujnik na najjaśniejszym i najciemniejszym miejscu rzutowanego na maskownicę negatywu i odczytaj wynik”. Otóż takie postępowanie ma sens jeśli te najjaśniejsze i najciemniejsze punkty negatywu zawierają jakiekolwiek szczegóły! Wtedy oddanie cieni jako “najciemniejszej szarości przed czernią”, a świateł jako “najjaśniejszej szarości przed bielą” ma sens - odwzorowany zostanie “rysunek najjaśniejszych świateł i najgłębszych cieni”. Jeśli dana partia cieni jest “pusta”, a świateł kompletnie “zabita”, nie ma sensu włączać ich do pomiaru, bo prowadzi to do użycia nazbyt miękkich gradacji papieru i tym samym “rozwlekania półtonów” (mniejsza skala stopni szarości odwzorowuje ten sam środkowy fragment krzywej charakterystycznej). Skoro w cieniach i tak nie ma szczegółów, mogą być kompletnie czarne, a odblaski na szybie białe - wbrew pozorom widz potrafi zaakceptować takie fragmenty, o ile oczywiście nie są nazbyt pokaźne. A zyskana w ten sposób “twardość gradacji” czyni półtony bardziej zróżnicowanymi.

Co więcej, to że szczegóły w cieniach są, nie oznacza iż musimy je obowiązkowo odwzorowywać. Przykładowo mamy portret we wnętrzu, na dobrze naświetlonej i wywołanej błonie. Na wglądówce widzimy, iż tło wyszło ostre i pełne, szczegółów, odciągając uwagę od sfotografowanej osoby. Naturalnym jest albo na tyle długie doświetlenie tła, by stało się ciemne i pozbawione szczegółów (dawni fotograficy używali do tego niekiedy latarki z małym otworkiem, czy zwężającym się kapturkiem z papieru), bądź właśnie użycie twardszej gradacji papieru, co poprawi przy okazji oddanie faktury skóry (trzeba wszak z tym uważać - wyraźniej odwzorowane mogą zostać również jej wady).

Problemy z czujnikami
Czujniki wielu światłomierzy w trakcie pomiaru trzeba ustawić pod właściwym kątem - pomagają w tym różnego rodzaju znaki - jeśli się tego nie uczyni, zafałszowaniu mogą ulec wyniki. Z reguły zostaną one zaniżone - na płaszczyznę czujnika ustawionego pod kątem, pada mniej promieni światła.

Niedokładne włożenie kabla czujnika w gniazdko (np. niedociśnięcie wtyczki), względnie uszkodzenia izolacji kabla, również mogą prowadzić do błędów pomiaru, a w pewnych sytuacjach nawet uszkodzenia przyrządu.

Zmiana żarówki w powiększalniku z “przewoltowanej” na zwykłą o tej samej mocy, może okazać się trudna wykrycia dla czujnika (ostatecznie miał służyć również do pomiarów w fotografii barwnej), co może owocować niedoświetleniami (mniejsza ilość promieni aktynicznych zwykłych żarówek). Rozwiązaniem jest zmierzenie różnicy udziału promieni żółtych (względnie czerwonych) obu źródeł światła (jak przy pomiarze dominanty negatywu barwnego), względnie wyskalowanie światłomierza przy każdym z nich (tzn. ustalenie czułości papieru przy jednej i drugiej żarówce).

Pojemności kuwet
Poniżej przybliżona pojemność kuwet wykorzystywanych w ciemni pozytywowej. Podano objętości przy roztworze sięgającym 1/3-1/2 wysokości ścianki. W zasadzie da się także pracować nawet przy 1/4 (głównie na papierach RC, bo FB “piją”), jednak jest to trochę niewygodne. Z kolei wywoływanie przy roztworze sięgającym powyżej 2/3 ścianki kuwety, może owocować jego wylewaniem się na boki (zwłaszcza podczas kołysania kuwetą). Nadmiar roztworu można wszakże zlać do butelki, z której za jakiś czas uzupełnimy niedostatek płynu w kuwecie.

Wkładanie odbitek do wywoływacza sięgającego 1/4 ścianki kuwety nie jest trudne - wystarczy podnieść jeden bok kuwety, położyć odbitkę na dnie i opuścić kuwetę do położenia poziomego, co spowoduje równomierne zalanie odbitki wywoływaczem. Przy wywoływaczu sięgającym ponad 1/2 wysokości, lepiej z kolei sprawdza się “wsuwanie” - czyli ukośne wepchnięcie odbitki pod powierzchnię roztworu, tak jakby na brzegu kuwety znajdowała się szczelina (niczym w skrzynkach na listy). Gdyby odbitka nie zanurzyła się całkowicie, względnie po chwili wynurzył się jakiś fragment, dociska się ją cierpliwie szczypcami. W przypadku utrwalacza postępowanie jest inne i nie zależy od wysokości jakiej sięga roztwór - kładzie się odbitkę na powierzchni, obrazem w stronę dna kuwety (czyli podłożem w górę).

Odbitki o podłożu barytowanym potrafią się giąć i wichrować w wywoływaczu, co owocuje wynurzaniem brzegów i rogów ponad powierzchnię roztworu - pomaga namoczenie naświetlonej odbitki w wodzie przed włożeniem do wywoływacza (tyle że trzeba wtedy nieco wydłużyć czas wywołania), a także wciskanie wystających fragmentów pod powierzchnię, aż podłoże wystarczająco nasiąknie.

Emaliowane
Kuweta 18x13 cm
g=22,4x17,4 cm
d=19,5x14,5 cm
h=3,6 cm
m=0,36 kg
opt=250-350 ml

Tworzywo sztuczne
Kuweta 10x15 cm
g=20,5x15,5 cm
d=16,0x11,0 cm
h=3,5 cm
opt=150-200 ml

Kuweta 18x13 cm
g=25x20 cm
d=18,5x13,5 cm
h=5,5 cm
opt=350-500 ml

Kuweta 24x18 cm
g=32,0x25,5 cm
d=25,0x19,0 cm
h=5,5 cm
opt=500-750 ml

Kuweta 30x24 cm
g=39,0x32,0 cm
d=32,5x25,5 cm
h=6,0 cm
m=0,6 kg
opt=1000-1500 ml

Kuweta 40x30 cm
g=50,0x40,0 cm
d=42,0x31,5 cm
h=7,5 cm
m=0,6-1,0 kg
opt=2250-3500 ml

g=wymiary górnych krawędzi
d=wymiary dna
h=wysokość
opt=przybliżona objętość cieczy pozwalająca na wygodną pracę.

Oczywiście można też pracować przy mniejs ej ilości, nawet połowie większej z liczb. Podobnie można też przy dwukrotnie większej niż mniejsza z objętości. Toteż dla kuwety 24x18 cm dopuszczalny zakres wynosił będzie ok. 400-1000 ml. Wszystko wszakże zależy od wysokości ścianek i ich nachylenia. Kuwety emaliowane mają z reguły ścianki nachylone w nieco mniejszym stopniu, niż plastikowe. Z tego względu podane wartości mają wyłącznie charakter orientacyjny.

Adekwatne dla danej kuwety objętości można też wyliczyć mnożąc pole dna (w centymetrach kwadratowych) przez wysokość do jakiej płyn ma sięgać. Wyliczone wartości będą wszak nieco niższe od rzeczywistych ze względu na wspomniane nachylenie ścianek. Jego uwzględnianie w obliczeniach wymagałoby dość precyzyjnego pomiaru nachylenia i korzystania z bardziej skomplikowanego wzoru, a różnica z kuwetą "prostopadłościenną", raczej nie będzie większa niż 10% (o ile kuweta nie jest bardzo mała).

Wymiary górnych krawędzi kuwet plastikowych mierzono od zewnętrznych krawędzi i mają jedynie pomóc w ustaleniu ile kuweta zajmie miejsca. To że kuweta na odbitki 24x18 cm ma “górne wymiary” ponad 30x24 cm nie oznacza że uda się w niej całkowicie zanurzyć odbitkę o formacie 30x24 cm (choć oczywiście będzie można zastosować technikę wywołania “przeciągowego”).

Podano masy tylko największych kuwet (pustych). Mogą się one wahać w zależności od tworzywa i grubości ścianek. Przykładowo moja kuweta 30x24 cm waży więcej niż 30x40 cm (odpowiednio 600 g i 550 g).

Problemy z kuwetami
Niektóre wywoływacze zmieniają barwę podczas pracy i z chwilą wyczerpania stają się np. czerwone, a wiele przerywaczy fabrycznych zawiera indykator zmieniający kolor roztworu gdy PH staje się obojętne. Niestety w niebieskiej kuwecie wszystkie płyny będą nam się wydawały zabarwione na niebiesko i dostrzeżenie zmiany zabarwienia na niebieską, niebieskozieloną, granatową, etc. jest praktycznie niemożliwe. Barwę czerwoną, pomarańczową, żółtą, brązową można jako w kuwecie niebieskiej rozróżnić - roztwór wyda się ciemniejszy. Z kolei w kuwetach ciemnoszarych i czarnych dostrzeżenie zmiany barwy bywa bardzo utrudnione.

Niejako na dodatek, czerwone światło ciemniowe bynajmniej nie ułatwia poprawnego postrzegania barw (w żółtozielonym i oliwkowym wygląda to lepiej, a lamp diodowych zdecydowanie lepiej).

Sposoby na obejście tego problemu są trzy:
A) Zastosowanie kuwety w barwie dopełniającej do zabarwienia indykatora - do koloru czerwonego zielona kuweta, do niebieskiego pomarańczowa, etc. Jeszcze łatwiej zabarwienie kuwety zaobserwować w kuwecie o barwie białej.
B) Ustalanie przydatności roztworu nie na podstawie barwy indykatora, a choćby po prostu licząc odbitki. W takim przypadku można stosować nawet fabryczny przerywacz bez indykatora. Wbrew pozorom ułatwia to niektóre sprawy - przykładowo trudniejsze jest pomylenie roztworu wykorzystywanego do błon z tym do pozytywów. Indykator w roztworze fabrycznym sprawia iż ten ma z reguły jakąś barwę, przerywacze zaś bez indykatora są z reguły bezbarwne - w przezroczystych butelkach są więc nie do pomylenia (jeśli używać przerywacza fabrycznego do błon, a octowego do papierów, odróżnić można też po zapachu).
C) Stosunkowo najskuteczniejszą metodą jest po prostu pobranie próbki z kuwety i ocena jej rzeczywistego zabarwienia w świetle białym. Pobierać i oceniać próbki można w próbówce, jednak równie dobrze da się wykorzystać do tego celu nawet plastikową miarkę do proszku do prania, względnie białą plastikową zakrętkę butelki.

Zlewanie roztworów z kuwet
Planując dłuższą przerwę w pracy z reguły roztwory robocze zlewa się do innych pojemników w których mają być tymczasowo przechowywane.

Przy małych rozmiarach kuwety i obszernym wlewie do butelek, z reguły wszystko idzie gładko. Przy dużych i małym wlewie istotne znaczenie zdaje się mieć kształt dziobka do zlewania.

Wbrew pozorom nie jest on jednak najważniejszy. Moja, skompletowana z wielu różnych źródeł (od zakupów w internecie poczynając, na grzebaniu w gratach wyrzuconych ze strychów, piwnic i rupieciarni kończąc) kolekcja kuwet, to naprawdę imponująca mieszanina różnych wzorów, krajowych i zagranicznych. Co prawda nie próbowałem jeszcze zlewania z uchodzących za kiepskie pod tym względem kuwet firmy Kaiser, ale nie sądzę by było to trudniejsze, niż w niektórych typach sprzed tych 20-30 lat, gdzie “dziobek” jest po prostu “ostrym” rogiem na styku dwu ścianek (trzy pozostałe rogi są zaokrąglone), względnie w ogóle go brak (wiele kuwet emaliowanych).

Może nawet ważniejszym, a często kompletnie nie branym pod uwagę problemem jest elastyczność kuwety, bo niektóre starsze kuwety są zrobione nie z PCV, dość elastycznego plastiku. Jeśli dodać że kuwety o wymiarach od 24x30 poczynając, stają się już dosyć nieporęczne, a razem z zawartością ważą kilka kilogramów, odkształcanie może się okazać istotniejszą od niewydajnego dziobka komplikacją.

Niezłym pomysłem wydaje się użycie bardzo dużego lejka - owszem, o ile butelka jest zabezpieczona przed przewróceniem. A lekką plastikową butelkę (zwłaszcza PET) można przewrócić nawet wlewając dużą ilość roztworu zbyt gwałtownie do lejka.

Na szczęście istnieje kilka prostych rozwiązań. Stosunkowo najprostszym jest zlewanie roztworu z dużych, nadmiernie elastycznych, względnie obdarzonych niewygodnym dziobkiem, kuwet, nie bezpośrednio do butelki, a partiami do kuwety mniejszej, obdarzonej lepszym dziobkiem, z której łatwo zlewa się ją do butelki. Jako naczynie "pośrednie" można też wykorzystać tanie i łatwo dostępne kubełki do mieszania farb, które zresztą, po założeniu szczelnej pokrywki, zupełnie nieźle nadają się do przechowywania utrwalacza.

Można także w ogóle nie zlewać płynu z kuwet, o ile zabezpieczy się go pływającą pokrywą. Funkcję tę może pełnić odpowiednio przycięta płyta z tworzywa (np. PCV), a nawet... dno innej kuwety. Można też zakryć kuwety od wierzchu kawałkami folii. Są to rozwiązania nieco gorzej chroniące przed utlenianiem roztworów, ale różnica przy normalnej pracy nie jest bynajmniej diametralna, zyskuje się zaś nieco na czasie (nie trzeba wylewać i z powrotem wlewać roztworów do kuwet).

Ewentualne męty, kawałki podłoża, żelatyny, utopione muszki, etc. odfiltrować z roztworu można sączkami, wkładając w lejek zwitek waty, ewentualnie wielorazowymi filtrami sitowymi do farb - te ostatnie mogą mieć sitka o większych oczkach, niż stosowane do filtrowania kąpieli używanych w procesie negatywowym (w przeciwieństwie do negatywów, odbitek raczej się już nie powiększa).

Rzeczą na którą radziły zwracać szczególną uwagę dawniejsze podręczniki fotografii było nie używanie kuwet w których uprzednio znajdował się wywoływacz do utrwalania i vice versa. Chodziło najpewniej o zapobieżenie różnym dziwnym interakcjom z osadem pochodzącym z poprzednich kąpieli.

Stosunkowo najoczywistszym sposobem jest korzystanie z kuwet w różnych barwach: np. zielona na wywoływacz, biała na przerywacz z indykatorem, czerwona na utrwalacz, ewentualnie w odwrotnej kolejności (jak w światłach). Jeśli nie korzystamy z wywoływacza z indykatorem, ewentualne określamy barwę tego roztworu pobierając próbki, kolory kuwet nie mają znaczenia, można więc:
· na wywoływacz przeznaczyć kuwetę zieloną (początek procesu/zielone światło), czarną, bądź szarą (wywoływacz czarno-biały).
· na przerywacz, żółtą, pomarańczową (żółte światło), białą, niebieską, fioletową (woda - dawniej zamiast przerywaczy),
· na utrwalacz czerwoną (zatrzymanie procesu/czerwone światło).

To oczywiście tylko dość dowolne przykłady - każdy może dopasować inne kolory do własnych skojarzeń.

Kuwety w takich samych kolorach można oznaczyć nalepkami, a nawet opisać wodoodpornym markerem.

Czyszczenie kuwet
Lekko zanieczyszczone kuwety z PCV, emaliowane i ze stali nierdzewnej, można myć nawet płynem do mycia naczyń, wspierając się w razie czego szczotką. Dobrze sprawdza się też proszek do czyszczenia zlewów, którego mokrą warstwę można w razie potrzeby pozostawić na dnie kuwety na kilka godzin (potem wypłukać dokładnie resztki proszku). Osad z utrwalacza usuwa się roztworem ługu sodowego, a z wywoływacza kwasu solnego, rzadziej octowego. Do osadów zasadowych dobrze sprawdza się również mieszanina w składzie:

woda 500 ml
dwuchromian potasu 25 g
kwas siarkowy 20 ml

Po powyższym specyfiku, względnie kwasie, czy ługu kuwetę trzeba dokładnie wypłukać wodą. Nie muszę oczywiście przypominać, że kwas zawsze wlewa się do wody - postępowanie odwrotne prowadzi do “gotowania się” mieszaniny i wychlapywania jej na zewnątrz.

Tyle co do czyszczenia kuwet normalnie zanieczyszczonych. Kiedyś w rupieciarni znalazłem kuwetę brudną jak nieszczęście, do której ktoś prawdopodobnie spuszczał olej z silnika. Potraktowałem to w kategoriach wyzwania. Najpierw kuwetę odtłuszczałem rozpuszczalnikiem. Potem przyszedł czas na proszek do czyszczenia (“wybielanie” mokrą warstwą), a następnie żel do usuwania zatorów w rurach PCV (na bazie ługu sodowego), na koniec użyłem wodnego roztworu kwasu solnego (oczywiście po każdym kolejnym specyfiku kuweta była dokładnie płukana wodą). Efekt był na tyle dobry, że wbrew początkowemu założeniu, uznałem iż będę używał tej kuwety do wywołania papierów i służy mi do dziś.

Przy czyszczeniu kuwet różnymi żrącymi substancjami, bardzo rozsądnie jest zabezpieczyć skórę rąk i ubranie. Kwasoodporne rękawice można nabyć w sklepach z odzieżą ochronną i innymi artykułami BHP. Ubranie zabezpiecza się fartuchem, ewentualnie zakłada takie, na wypalenie dziur w którym możemy sobie pozwolić. Po pracy należy dokładnie wymyć ręce - zabrudzona kwasem skóra zaczyna po jakimś czasie piec, ług potrafi działać “bezbólowo”, a jego obecność na dłoniach zauważa się niekiedy dopiero gdy człowiek łapie za coś i konstatuje że ma coś nazbyt śliskie ręce (spalony naskórek). Względem płynów do mycia naczyń, żeli oraz proszków do urządzeń sanitarnych, należy się stosować do zaleceń producenta. Rękawice też nie zawadzą, ale mogą być zwykłe kuchenne, o ile rzecz jasna środek nie zawiera silnych kwasów i zasad.

Nietypowy, acz przydatny sprzęt pomocniczy
Większość podręczników i poradników wylicza cały katalog absolutnie niezbędnego sprzętu ciemniowego, nadto jeszcze szerszy katalog wyposażenia mniej niezbędnego. Niestety, niesłychanie rzadko wymieniane są akcesoria, choć nie będące sprzętem ciemniowym, ogromnie ułatwiające pracę, względnie zapewniające odrobinę komfortu w trakcie wielogodzinnego pobytu w ciemni. Na szczęście łatwo samemu dojść jakie rzeczy będą nam w ciemni dodatkowo potrzebne, a zakup nie sprawia trudności - większość potrzebnych akcesoriów jest tania, nie wymagając przy tym specjalnie długiego chodzenia po sklepach.

Podręczniki często zalecają korzystanie w ciemni z zeszytu, niekiedy także szkicownika. Szkopuł w tym, że pisać i rysować trzeba mieć nie tylko w czymś, ale i czymś oraz na czymś, a także to coś do pisania w czymś trzymać.

Ogólnie lepiej do pisania w używanych w ciemni brudnopisach, nadają się długopisy, niż pióra, ołówki, flamastry, cienkopisy. Przede wszystkim długopisy dłużej wysychają, trudniej też nimi się zabrudzić w razie przypadkowego uchwycenia w niewłaściwym miejscu. Stosowany w typowym długopisie tusz wykazuje także dużą odporność na kąpiele fotograficzne, sporządzony atramentem na odwrocie odbitki opis, po przejściu przez wywoływacz, przerywacz i utrwalacz, będzie albo nieczytelny, albo kompletnie zniknie. To samo dotyczy cienkopisów i flamastrów wodnych, na szczęście istnieją też odporne na działanie wody i te nawet nieźle sprawdzają się przy opisywaniu tyłów odbitek, będąc nawet czytelniejszymi od długopisów. Ślady ołówka co prawda pozostają nienaruszone na wywołanych odbitkach, ale bywają trudne do dostrzeżenia, gdy odbitka jest mokra.

Rysunki ołówkiem w słabym świetle ciemniowym w ogóle mogą być ledwie widoczne, więc jeśli masz zamiar używać ołówka do rysowania np. planów wysłaniania, pokombinuj w razie potrzeby z różnymi twardościami i mniej i bardziej zaostrzonymi grafitami.

Pióra nadają się za to świetnie do pisania w czystopisach - jakby mobilizują do czytelniejszego pisania, a atrament jest łatwiejszy do wywabienia w razie błędu.

Tusz długopisu, względnie flamastra używanego do pisania w warunkach ciemniowych powinien mieć barwę niebieską lub czarną - czerwony, fioletowy, zielony etc., może okazać się trudny do dostrzeżenia w świetle ciemniowym. W związku z tym, że wypadniętą sprężynkę, trudno byłoby znaleźć, wkłady należy wymieniać poza ciemnią, ewentualnie korzystać z długopisów jednorazowych, względnie takich “na zakrętkę” (zakrętkę jakby łatwiej znaleźć niż sprężynkę).

Przybory do pisania, nożyczki, itp., najlepiej trzymać w przyborniku - wszystko jest pod ręką i nie trwoni się czasu na kombinowanie gdzie odłożyło się długopis. Poziomy przybornik zajmuje więcej miejsca, ale jest stabilniejszy, zaś pionowy (kubeczek) wymaga mniej miejsca, jednak jest łatwiejszy do przewrócenia.

W przeciwieństwie do rękawów ciemniowych, w ciemni pozytywowej lepiej sprawdzają się nożyczki z końcami zaostrzonymi - łatwiej nimi dobrać się do taśm którymi zabezpieczane są pudełka z papierem światłoczułym. Dawniej do przycinania brzegów powiększeń używano skalpela, można go zastąpić tanim, łatwym do kupienia, nie wymagającym ostrzenia nożem do tapet, który, gdy nie jest nam aktualnie potrzebny, wsuwa się po prostu w plastikową rączkę.

Do rysowania prostych, bardzo przydatna jest linijka. Jeśli jednak chcemy używać jej również jako prowadnicy przy przycinaniu papieru światłoczułego, powinna być dość masywna i maksymalnie sztywna.

Pisanie w zeszycie umieszczonym na podstawie powiększalnika, kolanach, oparciu krzesła, nie jest wygodne. Na szczęście istnieją specjalne deseczki do pisania z zaciskami sprężynowymi i kosztują na ogół mniej niż 10 PLN. Dysponując czymś takim, można robić notatki nawet stojąc nad kuwetami.

Niestety, niesłychanie wygodne wkłady do segregatora wykazują ograniczoną przydatność, ponieważ łatwo je rozsypać, czy też zawieruszyć jakąś kartkę. Zatrzask sprężynowy deseczki rozwiązuje jednak i tę niedogodność.

Śledzenie upływających godzin, ułatwi średniej wielkości zegar elektryczny, zawieszony na ścianie. Następujący, dokładnie co sekundę dźwięk towarzyszący ruchowi wskazówki, może być w niektórych wypadkach niezwykle pomocny (wielu dawnych fotografów w ten sposób odmierzało czas naświetlania pozytywów). Odrobinę rozrywki zapewnia radio. Można zresztą połączyć jedno z drugim, decydując się na radiobudzik (wyświetlacze wielu modeli funkcjonują w oparciu o czerwone diody, dość bezpieczne dla papierów światłoczułych).

Sporym ułatwieniem w pracy jest krzesło obrotowe, którego nóżki wyposażone są w kółka. Dodatkową zaletą jest, iż dość często tego rodzaju meble pozwalają wyregulować wysokość oparcia oraz siedzenia.

Ścinki pozostałe po przycinaniu powiększeń, fragmenty taśm usuniętych z pudełek zawierających papier światłoczuły, itp. wygodnie jest wyrzucać do kubła - z reguły wystarcza nawet najmniejszy. Żeby łatwiej pozbywać się zawartości, do środka można włożyć plastikowy worek. W razie braku kubła, odpadki można wrzucać do takiego właśnie worka, o ile oczywista zamocować go jakoś, by nie latał przy niewielkim nawet ruchu powietrza.

Jeśli dysponujemy w ciemni zlewozmywakiem, warto obok umieścić haczyk na ręczniki i mydelniczkę, ew. pojemnik z mydłem w płynie. Jeśli nie mamy bieżącej wody, rozsądnie jest umieścić wiaderko z wodą i miednicę - wycieranie zabrudzonych kąpielami fotograficznym rąk w ubranie, a tym bardziej pozostawianie do wyschnięcia, utrudnia uzyskanie dobrych wyników (na papierze światłoczułym zabrudzone utrwalaczem palce pozostawiają wyraźne, niemożliwe do usunięcia, białe odciski), może być także powodem uszczerbku na zdrowiu.

W ciemni dobrze sprawdzają się ręczniki papierowe, w wilgotnej atmosferze nie pleśnieją tak jak płócienne, a na dodatek można nimi wycierać rozlane płyny. Jeśli jednak się na nie zdecydujesz, niezbędny jest uchwyt, względnie stojak - można go zrobić samemu, albo kupić. Pionowe stojaki mają tę wadę, że łatwo je wywrócić, poziome uchwyty, że trzeba umieścić dodatkowy kołek w ścianie i nie można ich łatwo przemieszczać w miejsce rozlania wywoływacza.

Teoretycznie najlepsze byłyby krany takie jak w szpitalach i zakładach produkujących żywność, uruchamiane łokciem, bądź pedałem, co umożliwiałoby otwieranie i zakręcanie wody bez dotykania kurków i przenoszenia tym sposobem resztek kąpieli fotograficznych na, co dopiero umyte, ręce. W praktyce jednak nie jest to w stu procentach konieczne - wystarczy starannie wycierać ręce, oraz co jakiś czas czyścić kurki.

Kwestię nagłych potrzeb fizjologicznych, można zupełnie nieźle rozwiązać przy pomocy najzwyklejszego w świecie nocnika. Jeśli ktoś dysponuje stałą ciemnią i uważa że potrzebuje więcej komfortu, można zdecydować się na przenośną ubikację chemiczną. W obu wypadkach lepiej nie zapominać o papierze toaletowym, chyba że planujemy tylko “małe potrzeby”.

Najprostsza szmata do wycierania odda nam nieocenione usługi, gdy coś się rozleje.

Zresztą lista rzeczy, niekoniecznie niezbędnych, a które mogą się w ciemni przydać, jest długa. Prawdę mówiąc, można mieć nawet lustro, jeśli tylko uznamy że jest nam przydatne choćby do uczesania się po pracy - raczej nie spowoduje żadnych zaświetleń (przytoczona wyżej zasada spadku natężenia światła wraz ze wzrostem odległości, obowiązuje i tu).

Jeśli ktoś ma zamiar często przechodzić z ciemni do bardzo jasno oświetlonego pomieszczenia, względnie na dwór, wygodnie jest zakładać ciemne okulary. Osobiście, mimo zaleceń podręczników fotografii, nie stosuję ich - zanim dojdę do jakiegokolwiek jasno oświetlonego pomieszczenia, muszę przebyć kilkanaście metrów korytarza oświetlonego żarówkami 25 W i niewiele lepiej oświetlonych schodów - wzrok ma mnóstwo czasu na adaptację. Zapalając 150 W żarówkę oświetlającą moją ciemnię, w okresach gdy jest siłownią, względnie warsztatem, po prostu zamykam na chwilę oczy.

Fereby


 

Fotografia czarno-biała: Fomadon LQN

 

Fomadon LQN, jest wywoływaczem fenidonowo-hydrochnonowym do błon negatywowych, pracującym normalnie (odmiana kontrastowa nosi nazwę "Fomadon LQR"). Konfekcjonowany jest w butelkach 250 ml zawierających stężony roztwór zapasowy.

Roztwory robocze

Producent zaleca rozcieńczać roztwór zapasowy z butelki w stosunku 1+10, bądź 1+14. Wedle etykiety na opakowaniu rozcieńczenie 1+10 miałoby służyć do materiałów o czułościach 100-400 ISO, a 1+14 jest desygnowane do błon 100-200 ISO. Dokumentacja producenta podaje wszakże czas wywołania Fomapan 400 "Action" również w "Fomadonie LQN" 1+14.

Rozcieńczenie 1+14 działa bardziej wyrównawczo, a równocześnie pozwala uzyskać wyższe współczynniki kontrastowości obrabianych w nim błon niż 1+10.

Opakowanie 250 ml wystarcza do wywołania co najmniej 30 błon płaskich 13x18 cm, bądź 12 błon zwojowych, czy małoobrazkowych. W litrze roztworu roboczego wywołać można co najmniej 5 błon typu 120 lub 135 (w 660 ml - 3 takie błony).

Minimalna ilość roztworu zapasowego pozwalająca wywołać błonę zwojową bądź małoobrazkową to około 20 ml, co daje 220, bądź 300 ml roztworu roboczego. Są to ilości wystarczające do pracy w koreksach czechosłowackich, ewentualnie polskich "Plastic", czy niemieckich "Rodinaxach" (oraz ich kopiach) bądź "Patersonach". Większość koreksów (w tym też nowe modele), wymaga większej ilości roztworu do pokrycia pojedynczej błony, toteż pozostaje albo wywołanie większej ilości błon w kilku koreksach za jednym razem, bądź eksperymenty z innymi rozcieńczeniami. Osobiście stosuję to pierwsze rozwiązanie, ponieważ i tak korzystam z paru różnych typów błon równocześnie.

Trwałość

Wedle producenta roztwory robocze 1+10 i 1+14 są w stanie przetrzymać bez istotnej zmiany właściwości od 2 do 3 godzin. Roztwór zapasowy w fabrycznie zamkniętym opakowaniu, wytrzymuje co najmniej rok. Co do opakowania już otwartego, jesteśmy zmuszeni zdać się na dość enigmatyczne, iż trwałość znajdującego się w nim wywoływacza "bardzo wyraźnie się zmniejsza".

Wedle moich doświadczeń roztwór zapasowy wywoływacza w takiej napoczętej buteleczce, jeśli tylko starannie wyciskać powietrze, może przetrwać nawet 6 miesięcy. Jego zżółknięcie nie świadczy z reguły o niezdolności do pracy. Ze względu na to, że 250 ml buteleczki Fomy po otwarciu czasem nie dają się wyciskać, dobrze jest dysponować "gazem obojętnym w spreju".

Roztwór o barwie cytrynowej, a także jasnożółtej, ma w praktyce niezmienione właściwości. Natomiast kolor "bardzo mocnej herbaty" (brązowy) oznacza iż wywoływacz ma ograniczoną przydatność - co prawda nadal można w nim wywoływać, ale wydłużeniu ulegną czasy, pełnej zaś wydajności z litra raczej nie uda się uzyskać. Przykładowo błona Fomapan 100 wywoływana w prawie ciemnobrązowym już roztworze 1+14, w 22 stopniach, przez 11 minut, była lekko niedowołana, mimo wydłużenia czasu o minutę i podniesienia temperatury o 2 stopnie.

Nawet wywoływacz o barwie brązowej pracuje czysto, aż do zupełnego wyczerpania (to nagminna cecha wywoływaczy fenidonowych).

Praca

Roztwór zapasowy z reguły rozcieńczam przefiltrowaną wodą z kranu, bądź odstaną. Przez pierwsze kilka wywołań stosowałem wyłącznie (tanią) wodę zdemineralizowaną, ale po jakimś czasie zrezygnowałem z tego (negatywy praktycznie niczym się nie różniły).

Z bliżej nieokreślonych przyczyn wywoływacz ten ma w naszym kraju dość kiepską opinię, rzekomo nadaje się wyłącznie do błon średniego formatu, ze względu na "ogromne ziarno". U Czechów oceny są zdecydowanie lepsze - twierdzą oni że Fomadon LQN pozwala uzyskać dość ostre ziarno, mniejsze niż Fomadon R-09. (Nawiasem mówiąc, z kolei Czesi mają kiepskie zdanie o W-17, choć najpewniej niewielu go używało).

Moje doświadczenia z różnymi błonami, zdają się to potwierdzać. Zarówno Ilford PAN 100, Ilford Delta 400, jak Ilford FP4+, wywołane w Fomadonie LQN 1+14 charakteryzują się większym, acz podobnie wyraźnym ziarnem jak ich odpowiedniki obrobione w W-17. Tak po prawdzie, jeśli idzie o Kodaka Academy 200 wywołanego w "Hydrofenie" oraz Fomadonie LQN 1+10, bardziej podoba mi się większe ziarno tego drugiego, ale to już wyłącznie kwestia gustu.

Fomadon LQN 1+14 ma lepsze właściwości wyrównawcze względem motywów o dużym kontraście, niż W-17 1+1. Z kolei W-17 1+1 lepiej wyrównuje motywy o niewielkiej kontrastowości. Fomadon LQN działa mniej energicznie i nie przewołuje w podobnie dramatyczny sposób, jak "Hydrofen".

Błony Fomapan T 200 i Ilford Delta 400, sprawiające, w przypadku wywołania w W-17, pewne problemy ze skopiowaniem klatek zawierających co bardziej kontrastowe motywy (np. sceny uliczne w pełnym słońcu - kontrast około 1:250) nawet na gradację miękką Fomy, jeśli wywołać je w Fomadonie LQN 1+14 wychodzą bardziej miękko, choć z wyrównawczym działaniem A-49 1+3, względnie R-09 1+200 trudno nawet porównywać. Z kolei wywołane w "Hydrofenie", pozwalają skopiować motywy mało kontrastowe (pejzaż śnieżny, w dzień pochmurny - kontrast 1:4, a czasem mniejszy), na gradacji twardej Fomy - z błoną wołaną w Fomadonie LQN mogą być z tym problemy, nawet w przypadku połączenia gradacji twardej z wywoływaczem kontrastowym. To że Fomadon LQN działa właśnie w ten sposób nie powinno dziwić - od motywów niekontrastowych jest Fomadon LQR.

Toteż jeśli ktoś planuje korzystać Fomadonu LQN, a fotografuje również motywy o małym kontraście (mgła, odległe widoki, śnieg w pochmurny dzień), powinien względem błon zawierających owe motywy, stosować ten wywoływacz w rozcieńczeniu 1+10, a jeszcze lepiej postarać się o wywoływacz bardziej kontrastowy. Ze względu na trudności z nabyciem Fomadonu LQR, sensowniej będzie chyba skorzystać z łatwiej dostępnego W-17 "Hydrofen", na dodatek dającego negatywy o mniejszym ziarnie i którego tabela czasów wywołania jest zdecydowanie obszerniejsza niż Fomadonu LQR.

Hydrofen i Fomadon LQN zupełnie nieźle się uzupełniają, a ze względu na cenę i trwałość są nienajgorsze jako pierwsze wywoływacze dla początkujących. Co prawda ani w W-17 (wzrost kontrastu i zadymienia), ani w Fomadonie LQN (znaczny wzrost ziarna) nie można specjalnie forsować, ale to dla wywołującego pierwsze błony fotoamatora akurat nie ma istotnego znaczenia.

Czasy

Rozcieńczenie 1+10
Wedle producenta
Fomapan 100: 7-8 min.
Fomapan T 200: 5-6 min.
Fomapan 400: 9-10 min.
Fomapan 400 NIR 730: 12-13 min.

20 stopni Celsjusza, poruszanie:
* pierwszych 30 sekund
* po 10 sekund co minutę.

Internet
Kodak Academy 200: 7-8 min.
20 stopni Celsjusza, poruszanie:
* po 10 sekund co pół minuty.

Błona wywołana przez 7 minut, przy poruszaniu przez pierwszą minutę i potem co minutę przez 10 sekund jest wyraźnie niedowołana.

Błona wywoływana przez 8 minut przy analogicznym poruszaniu, jest miękka, przy osiągnięciu czułości nominalnej. Motywy o kontraście 1:250 dają się kopiować na gradacji normalnej Fomy. W przypadku wszakże użycia filtra ciemnożółtego, żółtopomarańczowego, czerwonego, słoneczny krajobraz o pierwotnym kontraście 1:120 trzeba kopiować na gradacji twardej Fomy wywołanej kontrastowo (w W-14, 2M-PK, itp.).

Ziarno jest nieco większe niż w W-17 Hydrofen, ale trochę mniej ostre i ładniejsze.

Z tej przyczyny osobiście zalecałbym: Kodak Academy 200: 8-10 minut 20 stopni Celsjusza, poruszanie:
* cała pierwsza minuta
* po 10 sekund co minutę.

Ilford Pan 400 - 10 min. 20 stopni Celsjusza, poruszanie:
* cała pierwsza minuta
* po 10 sekund co minutę.

Wywołana w ten sposób błona, wygląda zupełnie nieźle i równie nieźle się kopiuje. Czułość podniesiona o około 2 stopnie DIN.

Ziarno jest spore, ale bez trudu można uzyskać bezziarniste ośmiokrotne powiększenie wycinkowe 9x13 cm (więcej wtedy nie robiłem - brak pierścienia wgłębnego).

Tak w ogóle to moje doświadczenia z tą błoną w tym wywoływaczu ograniczają się do naświetlenia tablicy testowej i paru motywów na próbce, jej wywołania, pomiaru kontrastowości negatywu, wykonania kilku testowych odbitek. Dlatego ewentualnym użytkownikom radziłbym uprzednie przeprowadzenie prób.

Fuji Acros 100: 9-11 minut

Rozcieńczenie 1+14
Wedle producenta
Fomapan 100: 9-10 min.
Fomapan T 200: 7-8 min.
Fomapan 400: 12-13 min.

Stosowane przeze mnie
Ilford PAN 100: 9-11 min

Błona wywołana 9-10 minut przypomina Fomapan 100 przy tym samym czasie. 11 minut sprawdza się przy niewielkim kontraście motywów.

Ziarno jest podobne do Fomapan 100 w Fomadonie LQN, czyli da się uzyskać co najmniej dziesięciokrotne liniowo bezziarniste powiększenie z całej klatki. Powiększenie wycinkowe 16x na format 9x13 wykazuje duże, nieco niewyraźne ziarno o dość przyjemnym wyglądzie.

Ilford FP4+: 10-12 minut
Błona wywołana 10 minut nadaje się do motywów o bardzo dużym kontraście - przypomina Kodak Academy, 8 min 1+10. Z kolei błona wywołana 12 minut, nadaje się do motywów o dużym i średnim kontraście - przypomina Fomapan 100, 10 min 1+14.

Ziarno jest nieco mniejsze niż Ilford Pan 100 oraz Fomapan 100.

Ilford Delta 400: 10-12 minut
Czas 10 minut można stosować przy motywach o dużym kontraście. Z kolei 12 minut nadaje się dla motywów o średnim kontraście. Błona wywołana 11 minut przypomina Foma T 200 1+14 przy czasie 8 minut.

Ziarno jest zbliżone do T 200 i dość ładne, choć moim zdaniem trochę mniej jak błon z serii Delta w W-17, ale to już kwestia gustu.

Fuji Acros 100: 12-14 minut
Błona przypomina Ilford Delta 400, ale ma nieco mniejsze ziarno.

Papiery

Fomadon LQN można stosować również do wywołania papierów. Oczywiście rozcieńczenia stosowane do błon dawałyby obrazy kompletnie szare, przy bardzo długim czasie wywołania, dlatego roztwór zapasowy należy rozcieńczać w mniejszym stopniu: 1+1 do 1+5. Rozcieńczenie 1+3 ma podobne właściwości jak Fomatol LQN (czas wywołania, barwa strątu). Oczywiście wydajność jest zdecydowanie mniejsza, najpewniej nieco ponad 50 odbitek 9x13 cm (RC) z opakowania 250 ml. Dlatego też stosowanie Fomadonu LQN w roli wywoływacza pozytywowego jest nieopłacalne i zalecane wyłącznie w sytuacjach awaryjnych.

Bardziej rozcieńczony Fomadon LQN można również zastosować w parze z Fomatolem LQN 1+4 przy wywołaniu dwuroztworowym. Rozcieńczenie Fomadonu LQN powinno wynosić co najmniej 1+10, ale osobiście stosowałem 1+21. Spadek czułości papierów był dość poważny - przy przysłonie F-18 obiektywu Belar niezbędne były niekiedy czasy ekspozycji nawet ponad 5 minut! Pierwsze wywołanie trwało z reguły kilka minut (do ukazania się szczegółów w światłach), drugie w Fomatolu LQN 1+4 od kilkunastu sekund do pół minuty. Oczywiście wydajność pierwszego wywoływacza jest znikoma i co jakiś czas należy go odnawiać, natomiast wydajność wywoływacza kontrastowego sporo większa niż Fomatolu LQN 1+7 o tej samej objętości.

Jest to więc sposób dobry przy obróbce niewielkiej ilości odbitek. Przy konieczności wywołania dwuroztworowego większej, chyba korzystniejsze będzie użycie Fomatolu LQN 1+15 czy nawet 1+31 jako pierwszego wywoływacza (miękkiego), a Fomatolu LQN 1+3, 1+4, bądź 1+5 jako drugiego (kontrastowego).

Na koniec drobna ciekawostka. Gdy po skończonych próbach, uzupełniłem bardzo już zużytym Fomadonem LQN 1+20 Fomatol LQN 1+5 tak by uzyskać roztwór o podobnym do 1+7 stopniu rozcieńczenia, mieszanina po dwu tygodniach wciąż satysfakcjonująco wywoływała papiery (Fomatol LQN rzadko wytrzymuje dłużej jak tydzień), choć pod koniec tego okresu przy około dwukrotnym obniżeniu ich czułości.

Fereby

 

Fotografia czarno-biała: Utrwalanie dwuroztworowe II. Płukanie.

 

W związku z tym, że moje oba opisy techniki dwuroztworowej są dość długie i szczegółowe, spróbuję tym razem krócej i niejako syntetycznie.

Utrwalanie dwuroztworowe tym różni się od klasycznej techniki jednoroztworowej, że materiał światłoczuły utrwalamy w dwu oddzielnych kąpielach utrwalających, połowę zwykłego czasu w każdej z nich. Jeśli np. błonę utrwala się normalnie 10 minut w jednym utrwalaczu, to w technice dwuroztworowej, błonę umieszczamy na 5 minut w pierwszym roztworze, a potem na kolejne 5 minut przenosimy ją do drugiego.

Oba roztwory trzymamy oczywiście w oddzielnych butelkach. Gdy stwierdzimy że pierwszy utrwalacz zużył się, zastępujemy go dotychczasowym utrwalaczem numer 2, a w jego miejsce sporządzamy nowy.

Takie postępowanie zwiększa pewność prawidłowego utrwalenia i zwiększa wydajność utrwalacza.

Teoretycznie rzecz biorąc, wydajność utrwalacza przy zastosowaniu tej techniki wzrasta 2-4 razy. W rzeczywistości jednak (podobnie jak zresztą przy ustalaniu wydajności utrwalacza w sposobie "klasycznym") wpływa nań wiele czynników, zbyt wiele, by możliwe było podanie maksymalnej ilości możliwych do utrwalenia materiałów z dokładnością np. do jednej błony. Zgodnie z danymi Fomy w 750 ml U-1 do błon utrwalić w sposób klasyczny można około 15 błon - w przypadku obróbki dwuroztworowej ta liczba może wynieść 20, 25, 30, 40, w praktyce każdą liczbę między 15 a 60 sztuk. Przykładowo w 750 ml U-1 Fomy używanej przez pewien czas jednoroztworowo (około 10 błon), udało mi się utrwalić łącznie 25 błon (nieco ponad 26 wliczając próbki), czyli o 10 więcej. Liczba ta byłaby zapewne wyższa, gdybym inkryminowany utrwalacz od początku wykorzystywał w technice dwuroztworowej. Czysto arytmetyczne obliczenie wykazuje, iż skoro utrwalacz zużyty w 2/3 pozwolił utrwalić jeszcze 15 błon, to gdyby go od razu zastosować dwuroztworowo, wydajność wyniosłaby 45 błon (3x15). W rzeczywistości mogłoby to być - jak pisano wyżej - od 20 do nawet może ponad 60 błon.

Dlatego też takie znaczenie mają systematyczne testy utrwalacza - wystarczająco miarodajny jest choćby prosty sprawdzian czasu odbielania błony. Zainteresowanych odsyłam do recenzji Ilford Rapid Fixer bądź mego poprzedniego artykułu o utrwalaczach, gdzie został on szczegółowo opisany.

Utrwalanie dwuroztworowe przy użyciu tiosiarczanu sodu i tiosiarczanu amonu w procesie negatywowym nie różni się zbytnio (oprócz oczywiście czasów).

W procesie pozytywowym natomiast utrwalanie dwuroztworowe tiosiarczanem sodu wymaga o jedną kuwetę więcej - po 5 minutach w starym utrwalaczu przenosimy odbitki do kuwety zawierającej wodę, a dopiero po obrobieniu większej partii odbitek, przenosimy je z wody do nowego utrwalacza na 5 minut, a stamtąd do płukania.

Jakie jest uzasadnienie tej dodatkowej kąpieli w wodzie? Wywoływanie odbitek trwa z reguły od 1-3 minut, plus 15-30 sekund w przerywaczu. Odbitki z reguły utrwala się większymi partiami niż wywołuje (utrwalacz zdecydowanie lepiej wytrzymuje długotrwały pobyt w kuwetach). Gdy w litrze roztworu wywołuje się po 4 odbitki, utrwala zaś w 5 litrach U1 po kilkanaście, przy pewnym zaambarasowaniu wywoływaniem, może się zdarzyć iż część odbitek będzie męczona w utrwalaczu nawet ponad pół godziny!

Nadmierne przedłużanie procesu utrwalania nie wpływa dodatnio na odbitki - może doprowadzić do wyżarcia świateł (zwłaszcza emulsje chlorobromowe), wypadku zaś papierów barytowanych na dokładkę utrudnić jeszcze ich wypłukanie.

Dlatego też po pięciu minutach odbitki przekłada się do dużej kuwety z wodą (którą z powodzeniem zastąpić może miska, wiadro, czy miednica). O ile pierwszy utrwalacz przechodzi wspomniany wyżej test z błoną, to po wyjęciu zeń odbitki nie są już światłoczułe, więc nie ma obawy ich zaświetlenia (względnie pseudosolaryzacji) światłem białym podczas ewentualnej oceny. Gdy już skończymy wywoływać ustaloną partię odbitek, te oczekujące w wodzie na ukończenie obróbki przenosimy do drugiego utrwalacza na 5 minut, by nadal obecne w emulsji trudno rozpuszczalne w wodzie sole srebra zamienić na łatwo rozpuszczalne, po czem odbitki gotowe są już do końcowego płukania.

W przypadku techniki dwuroztworowej opartej o utrwalacze szybkie, kuweta z wodą między pierwszym, a drugim roztworem okazuje się z reguły zbędna. Czas utrwalenia wynosi 1,5-3 minuty, co dawałoby 45-90 sekund pobytu w każdym utrwalaczu, a w przypadku Ilford Rapid Fixer w rozcieńczeniu 1+4 0,5-1 min., a więc jedynie po 15-30 sekund! Chyba niewielu używa wywoływaczy pozytywowych działających w takim tempie, toteż w tym ostatnim wypadku wąskim gardłem okazuje się nie utrwalanie, a wywoływanie (w wypadku papierów RC można zastosować rozcieńczenie IRF 1+9, wydłużające czas utrwalania do 1 minuty, czyli po 30 s w pierwszym i drugim roztworze).

Po utrwalaniu zwykle następuje płukanie trwające od 15 minut do godziny (odbitki o podłożu barytowanym w zależności od typu utrwalacza, grubości podłoża i temperatury wody), 1-5 minut (odbitki na podłożu polietylenowym, jak wyżej), względnie 5-30 minut (błony, jak wyżej).

Powyższe czasy dotyczą wody bieżącej o przeciętnej twardości. W wypadku jej braku stosujemy 7-krotną (papiery FB), względnie 4-5 krotną (RC) wymianę wody w naczyniu co 5 minut (ewentualnie trzy pierwsze zmiany co 3 minuty, następne 6-7 min). Błony w koreksie z możliwością obracania można płukać następująco:
I zmiana wody - 10 obrotów;
II zmiana wody - 20 obrotów;
III zmiana wody - 30 obrotów.

W wypadku gdy koreks nie ma możliwości obracania - 7-12 zmian wody co 5 minut (ewentualnie pierwsze 3-6 zmian co 3 minuty, pozostałe co 6-7 minut). Błoną należy przy tym od czasu do czasu poruszać.

Woda do płukania błon powinna być odfiltrowana z zanieczyszczeń mechanicznych (płukanie w wodzie bieżącej), względnie odstana (wystarczy jeden dzień) - zapobiegamy wbijaniu piasku, cząstek rdzy, i tego rodzaju rzeczy w emulsję. W wypadku papierów nie jest to aż tak istotne.

Co ciekawe, woda bardzo twarda usuwa tiosiarczany szybciej niż miękka, zapewne temu, że masywne cząstki soli wapniowych łatwiej "wybijają" z emulsji sole srebra. Wpływ ma też temperatura wody, im wyższa, tym szybciej przebiega płukanie.

Płukanie można skrócić stosując preparaty rozkładające utrwalacz - można nabyć fabryczne, względnie sporządzić kąpiel o składzie:

Woda utleniona 3% 125 ml
Amoniak stężony 15 ml
Woda do 1000 ml

Negatyw najpierw płuczemy 5 minut w wodzie bieżącej, potem przenosimy na 5 minut do powyższej kąpieli, kończymy dwuminutowym płukaniem w wodzie. UWAGA - część źródeł zastrzega iż powyższy preparat należy stosować wyłącznie względem płyt o podłożu szklanym! Podobno może on rozkładać podłoże typowych błon (pytanie tylko czy chodziło jeszcze o celuloid, czy już octan amylu). Co prawda większość źródeł takich zastrzeżeń nie wysuwa, ale zalecałbym uprzednie testy.

Względem papierów (FB) postępowanie z preparatem jest inne:
1. 10 minut płukania,
2. 5 minut wodnym roztworze amoniaku i nadtlenku wodoru.
3. 5 minut płukania.

Przed wypłukaniem w ten sposób większej ilości odbitek, należy przeprowadzić test. Jeśli odbitka testowa po płukaniu ma: * pęcherze w emulsji - odbitki przed płukaniem zgarbować (1% roztworem formaliny); * zmienioną barwę obrazu - do kąpieli skracającej płukanie dodać 1 gram bromku potasu; * zażółcony papier - odbitki włożyć do 1% roztworu siarczynu sodowego, potem płukać jeszcze 10 min.

Jak więc widać, zabieg takowy nie zawsze się opłaca. Można też użyć 0,3% roztworu samej wody utlenionej.

Czas płukania da się także skrócić stosując poniższe roztwory:

* 2-4% siarczynu sodowego;
* 5-8% węglanu sodowego (sody kalcynowanej) lub kwaśnego węglanu sodowego (sody oczyszczonej);
* 2-5% chlorku sodu (soli kuchennej).

Po 2 minutach wstępnego płukania, przenosimy do roztworu soli sodowej na 5 minut (15-20 stopni C), następnie płuczemy 5 minut (istotne zwłaszcza w przypadku zastosowania chlorku sodu).

Względem papierów na podłożu polietylenowym (RC), zabiegi skracające płukanie nie mają w praktyce amatorskiej większego sensu (ich płukanie i tak jest bardzo krótkie).

Względem błon osobiście stosuję: minutę płukania w bieżącej wodzie, pierwszą zmianę wody (20 obrotów), płukanie w wodnym roztworze soli (30 obrotów), 40, dwie zmiany wody (40 i 50), minutowe przepłukanie koreksu, 5 minut stania w wodzie, minutę w preparacie zmiękczającym.

Względem papierów RC i utrwalacza Ilford Rapid Fixer (producent: 2 minuty w wodzie bieżącej) - minuta płukania w miednicy (woda na ścianki, tak by w naczyniu następowała cyrkulacja) i 2-3 zmiany wody (co 5 minut), względnie 5-10 zmian wody (co 5 minut); minutę w preparacie zwilżającym (o ile go stosuję, ale o tym dalej).

W dawnych czasach, istną plagą były jasne plamki i zacieki po wysychających kroplach wody na negatywach. Usiłowano temu zaradzić wieloma sposobami - po zakończeniu płukania, negatyw umieszczano na jakiś czas w spirytusie drzewnym, by jak to tłumaczy literatura, "przyśpieszyć suszenie". Wkrótce wszakże po II wojnie światowej, pojawiły się tzw. środki zwilżające.

Na czym polega ich działanie? Woda zbija się w krople dzięki tej samej sile, która pozwala pływać po niej igłom - napięciu powierzchniowemu. Nie wnikając w wiązania wodorowe, siły Van Der Waalsa, itp., objawia się tak wzajemne oddziaływanie cząstek wody. Najpowszechniejsza ciecz na tym świecie charakteryzuje się napięciem powierzchniowym 0,072 niutona na metr, gdy na przykład alkohol ma 0,022. (Rozumiemy więc teraz, że stosowany dawniej alkohol metylowy, zapobiegał tworzeniu się śladów kropel, nie dzięki przyśpieszaniu suszenia, a raczej mniejszemu od wody napięciu powierzchniowemu).

Zawarte w środkach zwilżających, detergenty zmniejszają napięcie powierzchniowe wody (wiąże się to z ich specyficzną budową - hydrofobowy łańcuch węglowodorowy połączony z grupa hydrofilową - powodującą dążność do gromadzenia się na powierzchni wody i tym samym oddalając odeń powietrze), co ułatwia jej spływanie z podłoża błony, umożliwia też zwilżenie zatłuszczonych przy wkładaniu do aparatu, względnie koreksu, miejsc (nasza skóra, nieważne jak długo myta, zawsze jest lekko tłustawa), zemulgowanie tłuszczów, w rezultacie zdecydowanie ułatwiając ich mechaniczne usunięcie z podłoża błony w kąpieli zwilżającej.

W latach 50. niektórzy nie zalecali stosowania spirytusu względem błon zwojowych i małoobrazkowych, motywując to złym wpływem na podłoże (ponownie pojawia się pytanie, czy jeszcze celuloidowe, czy już z octanu amylu?).

Negatywy zanurzone w spirytusie schną znacznie szybciej, ponieważ wypiera on wodę z żelatyny, a sam paruje zdecydowanie szybciej od wody. Oczywiście trzeba ździebko uważać z otwartym ogniem (ale nie aż tak, jak np. przy czyszczeniu tkanin benzyną), a spirytus od czasu odwadniać. W tym celu wrzuca się doń pociętą w paski, suchą żelatynę, po jakimś czasie napęczniałe kawałki się wyjmuje, pozostawia do wyschnięcia i ponownie wrzuca tak długo, aż przestaną pęcznieć, co jest dowodem, że wchłonięciu uległa cała woda zmieszana metanolem.

Zgodnie z literaturą (chemiczną), nawet niewielka domieszka alkoholu do wody znacznie obniża napięcie powierzchniowe - być może to tłumaczy, czemu część preparatów zwilżających jest palna (np. Tetenal Mirasol).

W latach 80. Fotonal i jego orwowski odpowiednik F-905 rzadko gościły na półkach "Fotooptyki" (oczywiście w porównaniu do dekady poprzedniej, a wtedy bynajmniej nie występowały w nadmiarze), w ówczesnej literaturze mamy więc naprawdę niemało o różnych "zastępnikach". Zaleca się np. "szampon niebieski". Niestety, choć znakomicie pamiętam tamten okres, akurat tego szamponu nie przypominam sobie - być może autor miał na myśli sprzedawany w charakterystycznych niebieskich butelkach (później "Familijny", w którym całe lata myłem głowę), podobnych jak te od płynu "K" (świetne na lany poniedziałek). Tuszko precyzuje, że można wykorzystać "zwykły, klarowny szampon do mycia włosów", a także "płyn do mycia naczyń" - jeden z moich znajomych stosował w latach 80. "Ludwika" jako preparat zwilżający i ogólnie chwali efekt.

Czy nie można by mydłem? Teoretycznie tak, niestety mydło reaguje z rozpuszczonymi w wodzie związkami wapnia oraz magnezu, czego rezultatem jest biały osad soli wapiennych i magnezowych. Detergenty, takiego osadu nie wytwarzają nawet w kontakcie z wodą morską - dlatego zresztą zrobiły tak oszałamiającą karierę.

W sposób naturalny nasuwa się tutaj kwestia wody użytej w kąpieli zwilżającej. Niektórzy zalecają korzystanie z wody destylowanej, inni uważają, iż można dowolną kranówą. O dziwo, oba te poglądy są całkowicie poprawne - woda destylowana ma tę zaletę, iż detergent preparatu jest bardziej aktywny (co prawda nie wiąże się on ze związkami wapnia i magnezu, ale ich cząstki i tak przeszkadzają, choćby nawet samym "zajmowaniem" miejsca w roztworze), twarda woda nie przeszkadza, aż tak jak przy praniu (niekiedy nawet 1/3 środka piorącego więcej), ale różnica w samym pienieniu się jest widoczna.

Istnieje wszakże prosty sposób uzyskania wymaganej aktywności środka zwilżającego i w bardzo twardej wodzie (morskiej jednak w kąpieli zwilżającej lepiej nie stosować - na dłuższa metę chlorek sodu nie ma specjalnie pozytywnego wpływu na obraz srebrowy i emulsję). Wystarczy po prostu zwiększyć jego dawkę. Niestety, gdy producenci proszków do prania skrupulatnie podają dozowanie dla wody miękkiej, średnio twardej i bardzo twardej, na preparatach zwilżających takiej informacji próżno szukać. Fotoamatorowi pozostaje więc ustalać rzecz eksperymentalnie.

Niektóre błony przyjmują lepiej środek zwilżający, inne gorzej - do tych drugich należą np. Foma 100, 200, 400. Schną one dość nieregularnie - na szczęście ślady po smużkach wody nie są z reguły widoczne. Moje próby zarówno z wodą destylowaną, jak kranową (mam bardzo twardą - góry), nie zdołały zmienić tego stanu rzeczy. O dziwo, gdy kiedyś do wody z kranu dolałem "Fotonalu" na oko (co najmniej dwa razy za dużo), Foma schła znacznie regularniej. Nie wiem czym jest to spowodowane.

Dozowanie środka zmiękczającego względem płyt jest znacznie obfitsze niż błon - dla Tetenal Mirasol około dziesięciokrotnie (1:400 do 1:40). Zapewne jest to spowodowane inną strukturą podłoża szklanego.

Względem papierów RC suszonych na sznurku, kąpiel w środku zwilżającym nie jest absolutnie konieczna, choć przydatna (poprawia połysk papierów błyszczących i nieco przyśpiesza tempo suszenia). W razie suszenia na gazecie, kąpiel zwilżającą lepiej stosować - tempo schnięcia zdecydowanie wzrasta, nie pojawiają się ślady wyschniętych kropel. Jeśli chodzi o papiery na podłożu barytowanym (FB), kąpiel w środku zwilżającym należy polecić, i to niezależnie od sposobu suszenia (suszarka, sznurek, gazeta).

Dodatkową zaletą środków zwilżających, jest prawie całkowite zabezpieczenie suszonego materiału przed bakteriami i owadami (podobne działanie miał stosowany ongi metylowy spirytus). Był to kiedyś naprawdę poważny problem. R. Niemczyński: "Jest pająk, który zjada żelatynę, wygryzając w niej długie, kręte kanaliki. Negatyw taki jest nie do uratowania."

Nasączona detergentem żelatyna jest dość kiepską pożywką dla bakterii. Dla much i pająków - trucizną. Chyba najlepszym komentarzem jest tu opis działania pułapki na komary sporządzonej przez mojego kolegę (z popielniczki i starego oleju silnikowego) "komar przylatuje do 'wody' i już zostaje". Dlatego też, mimo stosowania kąpiel zwilżającej, najlepiej niejako profilaktycznie do suszenia błon wybrać miejsce, gdzie owadów jest możliwie najmniej. Względem odbitek wymóg ten nie jest aż tak istotny.

Fereby

 

Fotografia czarno-biała: Fomatol LQN - recenzja

 

Fomatol LQN - recenzja
Autor: Fereby ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl
Data: 29-07-2005, 13:47:51
Grupa: pl.rec.foto

Fomatol LQN
Wywoływacz pozytywowy fenidonowo-hydrohinonowy
(koncentrat w płynie).

Jak większość wywoływaczy zawierających fenidon,
daje niebieskawą barwę obrazu (na papierach bromowych
i chlorobromowych). Czas wywołania od jednej do
półtorej minuty przy temperaturze 20 stopni
Celsjusza i rozcieńczeniu 1 do 7. Rozcieńczenie 1+4
stosowane jest w obróbce maszynowej. Jako regeneratora
używa się roztworu wywoływacza.

* Wydajność:
3 metry kwadratowe w litrze
wywoływacza (podłoże polietylenowe), bądź półtora
metra kwadratowego (podłoże papierowe).

[Przeliczniki:
1 m kw. 100x100 cm kw. = 10 000 cm kw.
9x13 cm = 117 cm kw.
10x15 = 150 cm kw.
13x18 = 234 cm kw.
18x24 = 432 cm kw.
24x30,5 = 732 cm kw.
30,5x41=1250,5 cm kw.
51x61= 3111 cm kw.]

* Trwałość:
Opakowanie fabryczne - co najmniej 24 miesiące.
Roztwór roboczy (1+7) - 2 dni (przy ograniczonym
dostępie powietrza prawdopodobnie nieco dłużej).

Zepsuty wywoływacz nabiera czerwonej barwy, daje
obrazy zszarzałe, bardzo miękkie, pozbawione czerni
(nawet przy sporym prześwietleniu na papierach
gradacji twardej).

Moim zdaniem niezły wywoływacz dla początkujących
(wywoływacze w koncentracie przyrządza się łatwiej
niż proszkowe; używa się stale świeżego roztworu
wywoływacza). Wywoływałem zarówno Foma Speed,
jak Agfa Brovira i jestem zadowolony. Fomatol LQN
wytrzymał nawet, bez wątpienia nie zalecaną przez
producenta i podręczniki fotografii, technikę
podgrzewania - dolewanie niewielkiej ilości
wody o temperaturze 40-50 stopni Celsjusza (sam
również nie polecam tej metody - gorąca woda może
spowodować rozkład wywoływacza połączony z poważną
zmianą jego właściwości; nie mając specjalnego
podgrzewacza najlepiej podgrzewać roztwór wstawiając
na jakiś czas kuwetę z roztworem wywoływacza do
większego naczynia z wodą o temperaturze 22-25 stopni
Celsjusza, co jakiś czas sprawdzając czy wywoływacz
w ogrzewanej kuwecie osiągnął 20-22 stopnie).

Wadą Fomatolu LQN, podobnie jak większości
wywoływaczy w koncentracie, jest nieco mniejsza
ekonomiczność i wydajność niż w wypadku
wywoływaczy proszkowych, a także znacznie
krótszy okres trwałości roztworu roboczego.
By wywoływać odbitki 9x13 i 10x15 na ogół wlewa
się do kuwety 0,5 l wywoływacza. Pół litra
rozcieńczonego Fomatolu LQN wystarcza do
wywołania jakiś 100 odbitek 10x15 względnie
około 120 odbitek 9x13 (byłoby trzeba wywołać
40-50 odbitek dziennie).

Można w pewnym stopniu obejść ten problem, wlewając
do kuwety dla formatu 10x15 cm tylko 250 ml roztworu
roboczego wywoływacza. (W wypadku papierów o podłożu
papierowym - zwłaszcza karton - których można
wywołać dwukrotnie mniej, nie będzie raczej większych
kłopotów z całkowitym zużyciem wywoływacza nim
stanie się niezdatny do użytku).

Przy odbitkach większych formatów sprawa przedstawia
się korzystniej - 1 litr wystarcza na trochę ponad
40 odbitek 24x30,5.


Fomatol LQN - regeneracja

Producent podaje jedynie wskazówki dla obróbki
maszynowej: uzupełnianie ciągłe - 200 ml roztworu
wywoływacza (1+4) na każdy 1 metr kwadratowy
wywołanego papieru RC (prawdopodobnie dwa razy
więcej dla podłoża papier/karton). W związku
z powyższym spróbowałem wypacować pewne zasady
regeneracji 1+7 Fomatolu LQN dla warunków
amatorskich.

Przy małym ubytku objętościowym roztworu w kuwecie
i jego dużym wyczerpaniu chyba najlepszym
rozwiązaniem byłoby dolanie nierozcieńczonego
koncentratu i wymieszanie (można obyć się nawet
bez mieszadła, po prostu poruszając odpowiednio
kuwetą).

Przy większych ubytkach ilości wywoływacza
w wanience (zwłaszcza wywołując papiery FB)
należałoby zastosować roztwór bazowy w rozcieńczeniu
od 1+1 do 1+7 (zależnie od potrzebnej objętości).
Ja na ogół przy papierach RC dolewam 10 ml
wywoływacza w rozcieńczenia 1+4 (więc razem 50 ml)
gdy roztwór jest już na granicy wyczerpania
i powtarzam to co każde kolejne 25 odbitek 9x13.
Oczywiście w razie konieczności wywołania większej
ilości odbitek za jednym razem, można też regenerować
roztwór już od połowy jego wydajności lub nawet już
po wywołaniu pierwszych 25 odbitek 9x13 dolewając to
10 ml koncentrat w odpowiednim do ubytku płynu
w wanience rozcieńczeniu.

Dla innych formatów każde 10 odbitek odpowiada
zużyciu nierozcieńczonego roztworu o objętości:
* 10x15 cm - ok. 7 ml,
* 13x18 cm - ok. 10 ml,
* 18x24 cm - ok. 18 ml,
* 24x30,5 cm - ok. 31 ml,
* 30,5x41 cm - ok. 52 ml,
* 51x61 cm - ok. 130 ml.


Fomatol LQN - poprawki temperaturowe
Autor: fereby+poczta.onet.pl fereby+poczta.onet.pl
Data: 28-11-2005, 20:31:05

Dorwałem czesko-słowacko-angielskie opakowanie
Fomatolu LQN, jest tam parę dodatkowych danych,
nieobecnych na etykietce polsko-czeskiej.

Najważniejsze są chyba poprawki temperaturowe:

* 20 stopni Celsjusza - papiery RC
powinny się wywoływać 80-90s.
* 25 stopni - 40-50s.
* 30 stopni - 25-35s.
* 35 stopni - 15-20s.

Moje obserwacje nie wykazały jednak, by
wywoływanie w rozcieńczeniu 1+7 przy
24-25 stopniach papierów RC (Fomaspeed
i Agfa Brovira-speed) przez 70-90s wpływało
na odbitki w jakiś niekorzystny sposób -
w każdym razie nie pojawia się widoczne
zadymienie świateł.

 

Fotografia czarno-biała: High i Low Key

 

High key

High key (jasny ton) jest techniką pozytywową. Zdjęcia wykonane tą techniką mają
bardzo małą skalę tonów. Dominującą rolę odgrywają delikatne jasne tony, od
bieli do intensywnej szarości. Zdjęcie w technice high key powinno być zupełnie
jasne, pozbawione półtonów i mieć najwyższe cienie (drobne i nieduże punkty)
zupełnie czarne.

Aby otrzymać takie zdjęcie, musimy właściwie wybrać motyw, który nie może mieć
dużych czarnych pól. W procesie zdjęciowym należy zwrócić uwagę na następujące
czynniki. Jeśli występuje tło zdjęcia, to powinno być jaśniejsze od motywu i bez
cieni. Oświetlenie powinno być bardzo miękkie, aby na motywie nie pojawiały się
ostre i mocne cienie. W związku z tym należy unikać bezpośredniego oświetlenia
słonecznego. Ewentualnie cienie należy rozjaśnić białym ekranem. Do zdjęć
stosujemy materiał negatywowy średniej i małej kontrastowości. Wywołujemy w
wywoływaczu drobnoziarnistym wyrównawczym, aż do uzyskania negatywu średniej
gęstości o łagodnych kontrastach i bogatych półtonach.

W technice high key najistotniejszą rolę spełnia proces pozytywowy. Powiększenia
wykonujemy na papierach normalnych lub twardych. Jasną tonację zdjęcia zapewnia
kilka znanych już czytelnikowi sposobów wywoływania.

1. Wywoływanie w wodzie. Z chwilą ukazania się pierwszych tonów obrazu stosujemy
wywoływanie w wodzie, aż do osiągnięcia pożądanej tonacji. Jeśli jej nie mamy,
zdjęcie ponownie zanurzamy na kilka sekund do wywoływacza. Operację powtarzamy
aż do uzyskania właściwego efektu.

2. Wywoływanie w 10-krotnym rozcieńczonym wywoływaczu podgrzanym do temp. 25
stopni Celsujsza. Wywołujemy aż do uzyskania właściwej tonacji.

3. Osłabianie naświetlonego papieru w roztworze dwuchromianu potasowego
(zjawisko Stery'ego). Zdjęcie naświetlamy dwukrotnie służej niż normalnie i
wywołujemy jak wyżej, lecz w jeszcze bardziej rozcieńczonym wywoływaczu (5-15-
krotnie). Cały proces wywoływania trwa bardzo długo (ok. 20 minut). W związku z
tym do wywoływacza dodajemy silnego środka antyzadymiającego, np. benzotriazol -
0.1 g/l. Ten sposób obróbki wymaga prób czasu w kąpieli z roztworem dwuchromianu
i stopniem rozcieńczenia wywoływacza.

4. Wywoływanie w wyrównawczym wywoływaczu negatywowym.

5. Wywoływanie dwukąpielowe, najpierw w wywoływaczu normalnym, a następnie w
bardzo rozcieńczonym.

Ciemne punkty obrazu zwiększające odczucie jasnej tonacji retuszujemy pędzelkiem
zamoczonym w stężonym wywoływaczu. W tej technice ma duże zastosowanie osłabiacz
nadmanganianowy lub Farmera. Tamponem waty zamoczonym w osłabiaczu możemy
wzmocnić swiatła, rozjaśnić niektóre partie obrazu oraz zupełnie wybielić tło.
Zadymienie usuwamy osłabiaczem rozcieńczonym czterokrotnie.

Low key

Technika low key (ciemny ton) daje efekt, który jest przeciwieństwem efektu
uzyskiwanego w technice high key. Jest techniką polegająca na uzyskaniu obrazu
również o małej skali tonów, jednak dominującą rolę odgrywają tony ciemne i
czarne. Jedynie drobne szczegóły są oddane w postaci jasnych plam. Brak jest
natomiast prawie zupełnie półtonów. W metodzie high key jasne półtony były
przedstawione na jasnym tle, w tej metodzie jest odwrotnie - ciemnie tony na
ciemnym tle. Technika low kee nadaje obrazowi nmastrojowe i dramatyczne efekty.
Motyw obrazu powinien być zbudowany z tonów ciemnych, a tło musi być czarne i
bardzo słabo rozświetlone. Oświetlenie obiektu ma zasadniczy wpływ na ostateczny
efekt ciemnej tonacji; powinno być skierowane - kontrsatowe tak, aby efekty
świetlne towrzyły kontrolowane jasne plamy na obrazie. Aby z kolei ciemnych
partii nie pozbawić potrzebnych szczegółów, należy użyć dodatkowo światła
rozproszonego. Obfite naświetlenie negatywu i obróbka w normalnym wywoływaczu
pozwoli właściwie wydobyć szczegóły w cieniach. Negatyw powinien być miękki,
silnie kryty w światłach i mieć dobrze oddane szczegóły w ciemnych póltonach,
które są niezbędne do oddania specyficznego charakteru zdjęcia. Dobre
opracowanie szczegółów w cieniach umożliwia wywoływacz metolowo-siarczynowy (np.
D23), który pozwala otrzymać stromy przebieg początkowego odcinka krzywej
charakterystycznej. Do kopiowania zaleca się papier błyszczący, bardzo
kontrastowy. Kopiując obficie naświetlamy, w celu uzyskania szczegółów w
najwyższych światłach oraz silnego krycia głebokich półtonów. Wywoływanie
prowadzimy długo i dogłębnie. Można też wywoływać w wywoływaczu o podwyższonej
do 25 stopni Celsjusza temperaturze. Powinniśmy otrzymać wyraźne, delikatnie
zarysowane i dobrze zróżnicowane szczegóły w głębokich partiach obrazu.

 

Fotografia czarno-biała: Stykówki BW z internegatywu

 

Autor: alkos

1. Potrzebujemy skan negatywu o jak najwyższej rozdzielczości, najlepiej w 16tu bitach (gwarantuje to szersze możliwości dalszej obróbki tonalnej) Można przyjąć że minimala rozdzielczość dla danego formatu to taka, dzieki ktorej otrzymamy przynajmniej 240dpi. Np. dla odbitki 20x30 będzie to ok. 2000x3000 pikseli, dla 50x40 - 3000x4000. Oczywiście im wiecej, tym lepiej. W przypadku formatów powyżej 50x40 rozdzielczość przestaje miec kluczowe znaczenie - w końcu i tak będą one oglądane z większej odległości.

2. Obrabiamy go w programie graficznym zgodnie z gustem i analogowym sumieniem ;-), po czym odwracamy zwyczajną funkcją Invert/Negatyw. Z doświadczenia wiem, że nie należy przesadzać z wyostrzaniem ziarna - będzie i tak dosyć widoczne na odbitce.

3. Zapisujemy jako TIFF z kompresją LZW - daje to znośny "wagowo" plik bez żadnych strat na jakości.

4. Idziemy do drukarni/studia dtp/redakcji gazety i pytamy gdzie naświetlają klisze :-) Udajemy się następnie do naświetlarni i prosimy o naświetlenie naszego obrazka (nieważne, jaką mieliśmy rozdzielczość) w liniaturze 200, najlepiej rastrem stochastycznym. Nie każdy to potrafi, ale różnicy bez wtykania nosa w odbitkę i tak nie widać. :-) Aha, gdyby się pytali - nieważne czy z odwracaniem, czy bez.

5. Z gotową kliszą (czasem robią od ręki, jak nie ma kolejki albo się ładnie poprosi) udajemy się do ciemni, gdzie wyczekuje nas już rozłożony i parujący zestaw do wykonywania odbiek b&w :-) Ustawiamy powiększalnik tak, aby pole krycia światła było nieco większe niż docelowy format, przymykamy odpowiednio obiektyw (żeby oswietlenie było równomierne) i położywszy kliszę na papierze wykonujemy próbki. Można przyłożyć dodatkowo z góry szybę albo mleczne plexi (hipoteza - nie próbowałem, ale teoretycznie mogłoby dać lepszy efekt, szczególnie w przypadku powiększalników kondensorowych) - jednak robiłem odbitki 50x40 bez zadnego przyciskania i nie sposób dopatrzeć się nieostrości. W moim przypadku zazwyczaj klisza okazywała się nieco za miękka, więc ustawiałem głowicę filtracyjną na zwiększenie kontrastu - w stronę magenty. Po ustaleniu czasu naświetlania i kontrastu z próbek, naświetlamy ostateczny format, wywołujemy, przerywamy, utrwalamy, płuczemy, suszymy i voila! Oto nasza pierwsza hybrydowa odbitka, cyfrowo-srebrowa chimera i radość dla oczu! :D

Oczywiście można drukować na sprecjalnych transparentnych foliach na drukarce atramentowej albo laserowej - jednak nie próbowałem tego osobiście. Drukowaliśmy za to kiedyś w ten sposób klisze do jakichś małych publikacji, aby zaoszczędzić na naświetlaniu - tak że zakładam, że pod powiększalnik też się nadadzą :)

Teoretycznie na laserze powinno iść w rozdzielczości 1200dpi, w 600 zbyt widoczny jest raster. Na atramencie również najwyższa możliwa :-)

 

Fotografia czarno-biała: Ilford Rapid Fixer - recenzja

 

Autor: Fereby ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl
Data: 08-08-2005, 17:56:23

Ilford Rapid Fixer
Utrwalacz szybki do filmów i papierów w płynie
(koncentrat).
Roztwory robocze:
* 1+4 do filmów i papierów
* 1+9 do papierów

Wydajność: 4 metry kwadratowe papieru o podłożu
polietylenowym (RC) w litrze lub 2 metry kwadratowe
papieru o podłożu papierowym (FB) w tej samej
objętości roztworu roboczego (niezależnie
czy rozcieńczonego 1+4, czy też 1+9).
W wypadku podłoża polietylenowego oznacza
to 80 odbitek 20x25 cm, ponad 250 odbitek
10x15 cm, ponad 300 odbitek 9x13 cm.

24 błony małoobrazkowe lub zwojowe w litrze
(stężenie 1+4).

Trwałość:
* Koncentrat w butelce bez dostępu powietrza - 2 lata.
* Koncentrat w butelce z pewną ilością powietrza - 6 miesięcy.
* Roztwór roboczy (1+4 lub 1+9) - 7 dni.

Przy temperaturze roztworu wynoszącej 20 stopni Celsjusza
papiery na podłożu polietylenowym należy utrwalać pół
minuty (stężenie 1+4) lub minutę (1+9), dla podłoża
papierowego czasy są dwukrotnie dłuższe (1+4 - 60 sekund;
1+9 - 120 sekund).

Czas utrwalania błon w roztworze 1+4 wynosi 2 do 5 min.

Zarówno dla roztworu 1+4 jak 1+7 papiery o podłożu
polietylenowym wymagają dwuminutowego płukania
w wodzie bieżącej. W wypadku papierów o podłożu
papierowym czas płukania wzrasta do 30 minut.

Błony należy płukać od 5-10 minut (woda bieżąca).

Producent nie zezwala na użycie Ilford Rapid
Fixer z utrwalaczami hartującymi.

Odbitki utrwalane w roztworze zużytym, bądź
przeterminowanym szarzeją w świetle aktynicznym,
co uwidacznia się (zwłaszcza na marginesach)
jednak dopiero w jasnym świetle, najlepiej dziennym.
Niezłym zabezpieczeniem przed powyższą ewentualnością
pod koniec tygodniowego okresu trwałości, względnie
zbliżaniu się do granicznej ilości utrwalonych
odbitek dla danej objętości roztworu, jest
sporządzenie nowego roztworu i utrwalanie 15-20 s.
(1+4) lub w 30-40 s. (1+9) w roztworze starym,
po czym przeniesienie na zbliżony czas do kąpięli
nowosporządzonej. Po ostatecznym wyczerpaniu pierwszy
roztwór wylewa się i zastępuje drugim. Typowe utrwalanie
dwu lub trzykąpielowe, ze względu na wspominaną
wielokrotnie krótką trwałość roztworu, jest w Ilford
Rapid Fixer opłacalne w razie sporządania większej
ilości odbitek, ewentualnie wymogu trwałości
archiwalnej.

Ocena:
Filmy: stosowanie ogólnie średnio wygodne dla
pojedynczego fotoamatora chyba że odpowiadałby mu
styl pracy polegający na zgromadzeniu jakiś
12 naświetlonych błon, a potem przeprowadzenia
ich obróbki w ciągu tygodnia. Ilford Rapid Fixer
wydaje się natomiast wprost stworzony dla grup
fotoamatorów, redakcji czasopism i zakładów
usługowych, dla których obróbka 24 (i więcej) błon
w ciągu tygodnia nie jest niczym nadzwyczajnym.

Papiery RC: produkt znakomity zarówno dla pojedynczego
fotoamatora, jak ich grupy, świetnie sprawdzi się
też w redakcjach czasopism oraz zakładach usługowych.
Najistotniejszymi zaletami z punktu widzenia
fotoamatora są krótki czas utrwalania, pozwalający
zarówno na błyskawiczną ocenę odbitek w białym świetle,
jak zabezpieczający przed uczynieniem z kuwety
z utrwalaczem swoistej "przechowalni odbitek" (co
może mieć na nie niekorzystny wpływ) oraz niewiele
dłuższy czas płukania pozwalający zaoszczędzić sporo
wody. Jako zaletę można postrzegać również niedługi
okres trwałości roztworów roboczych, wymuszający
sporządzanie nowych kąpieli co najmniej raz w tygodniu.

Papiery FB: wykazuje podobne zalety oprócz płukania
(ale trudno poradzić cokolwiek na nasiąkanie podłoża),
długość płukania prawdopodobnie dałoby się znacznie
skrócić przy zastosowaniu środków rozkładających
utrwalacz, ewentualnie dodatkowe płukania w wodnym
roztworze 2-4% siarczynu sodowego, 5-8% węglanu
sodowego (sody kalcynowanej) lub kwaśnego węglanu
sodowego (sody oczyszczonej), względnie 2-5% chlorku
sodu (soli kuchennej), których skuteczność jednak
względem omawianego utrwalacza wymagałaby testów.

Ilford Rapid Fixer przy utrwalaniu papierów w roztworze
1+9 jest ponad dwukrotnie wydajniejszy od Fomafix
(przy 1+4 różnice mniejsze: papier RC/FB - 4/2 względem
3/1,5 metra kwadratowego w litrze kąpieli roboczej,
10/5 m względem 9/4,5 m z opakowania 0,5 l; błony
małoobrazkowe - 60 do 51 przy pełnym wykorzystaniu
opakowania 0,5 litra). Charakteryzuje się też trzykrotnie
(dla 1+9 półtorakrotnie) krótszymi czasami utrwalania -
RC/FB 30/60 s. względem 90/180 s. dla temperatury
20 stopni Celsjusza przy obróbce ręcznej. Trwałością
kąpieli roboczej z kolei zdecydowanie ustępuje Fomafixowi
(7 dni względem 6 miesięcy). Dla typowego fotoamatora,
zużywającego od jednej do kilku błon miesięcznie, jego
stosowanie jest więc w zupełności zasadne w przypadku
korzystania z różnych utrwalaczy do błon (zwłaszcza
klasycznych, opartych na tiosiarczanie sodu) i papierów.
Z kolei jeśli ktoś preferuje prostotę, objawiającą
się wykorzystaniem w swym domowym laboratorium możliwie
najmniejszej liczby roztworów, lepiej będzie zdecydować
się na Fomafix, np. z opakowania 500 ml, 125 ml (750 ml
po rozcieńczeniu) przeznaczyć do obróbki błon zwojowych
lub małoobrazkowych (na 12 sztuk), a pozostałe 375 ml
(2250 kąpieli roboczej) do utrwalania papierów (6,75 m
kw.).

Jeśli idzie o cenę: 0,5 l opakowanie Ilford Rapid Fixer
jest obecnie około 1/3-1/4 droższe od analogicznej
pojemności Fomafix, jednak rosnący kurs korony i taniejące
euro czynią ich ceny coraz bardziej zbliżonymi.

--------------------------------------------------------------------------------
Autor: wilu d111282@atos.wmid.amu.edu.pl
Data: 09-08-2005, 09:13:27

> Trwałość:
> * Koncentrat w butelce bez dostępu powietrza - 2 lata.
> * Koncentrat w butelce z pewną ilością powietrza - 6 miesięcy.
> * Roztwór roboczy (1+4 lub 1+9) - 7 dni.

W dokumencie znalezionym na stronie www.ilford.com stoi tak:
"Unreplenished ILFORD RAPID FIXER working strength solutions should last for
up to:-
6 months in full tightly capped bottles
2 months in a tank or dish/tray with a floating lid
1 months in a half full tightly capped bottle.
7 days in an open dish/tray."

wg mnie wynika z tego, ze w szczelnie zamknietej, pelnej butelce roztwor
moze stac sobie pol roku.

 

--------------------------------------------------------------------------------

{mospagebreak}


Ilford Rapid Fixer - poprawka i uzupełnienie.
Autor: Fereby ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl
Data: 21-11-2005, 20:07:59

Jakiś czas temu opisywałem Ilford Rapid Fixer - szybki 
utrwalacz produkcji firmy Ilford. Listowicze zwrócili mi 
wtedy uwagę na pewne błędy w mojej recenzji, 
zwłaszcza dotyczące okresu przydatności do użycia
roztworów. Dlatego moje uzupełnienie poprzedniego
opisu IRF zacznę właśnie od tej kwestii. 
 
Trwałość: 
* Koncentrat w butelce bez dostępu powietrza - 2 lata. 
* Koncentrat w butelce z pewną ilością powietrza - 6 miesięcy. 
 
Producent na opakowaniu podaje iż roztwór roboczy (1+4 lub 1+9) 
ma trwałość jedynie około tygodnia. Jest to o tyle dziwne, że 
zgodnie ze znaną mi literaturą tiosiarczan amonu jest związkiem 
dość trwałym o ile przechowywać go w odpowiedni sposób. 
Wątpliwości rozwiewa dopiero dokumentacja techniczna na stronie 
www producenta (www.ilford.com) - zgodnie z nią współczynniki 
trwałości roztworu roboczego są następujące: 
 
* W butli pozbawionej powietrza - 6 miesięcy. 
* W zamkniętej butelce z pewną ilością powietrza - 1 miesiąc. 
* W tanku lub kuwecie z pływającą pokrywą - 2 miesiące. 
* W otwartej kuwecie, tanku - 7 dni. 
 
Tak poważna różnica spowodowała jednak że postanowiłem 
poddać Ilford Rapid Fixer testowi trwałości - dwa i pół miesiąca 
trzymałem 1+4 roztwór Ilford Rapid Fixer w nie do końca napełnionej 
próbówce, zamkniętej gumowym korkiem, raz w tygodniu sprawdzając 
jego zdatność do użycia. Tak przechowywany utrwalacz pod 
koniec testu charakteryzował się podobną aktywnością jak na 
początku, co przekroczyło około dwukrotnie określony dla "zamkniętej 
butelki z pewną ilością powietrza" okres. Na naganę zasługuje więc, 
niewłaściwe sformułowanie na załączonej do opakowania instrukcji, 
mogące łatwo wprowadzić w błąd. 
 
Tak na marginesie warto zauważyć, iż okres trwałości tak klasycznych 
utrwalaczy kwaśnych, jak utrwalaczy szybkich określano w niektórych 
starszych podręcznikach fotografii na jakieś dwa miesiące. Jest wysoce 
nieprawdopodobnym by w ciągu tych czterdziestu lat nastąpiła tak 
znaczna poprawa czystości odczynników (obecnie liczni producenci 
zestawiają gotowe wyroby na bazie tańszych substancji via ChRL), 
względnie wypracowano nowe receptury, przedłużające okres 
przydatności trzykrotnie. Można domniemywać, iż powyższa różnica 
wynika po prostu z przyjęcia nieco innych kryteriów przydatności kąpieli 
do użycia (kwestię powyższą postaram się objaśnić dokładniej innym 
razem). 
 
W dokumentacji Ilford Rapid Fixer na stronie www  producenta podany
jest następujący sposób stałego  utrzymywania tego utrwalacza
w gotowości do pracy:  co jeden film małoobrazkowy (36 klatek) należy 
uzupełniać starą kąpiel nowym roztworem w ilości  45 ml (855 ml dla
metra kwadratowego takich materiałów - metr kwadratowy to jakieś
20 błon). 
 
Dla papierów RC/FB współczynnik ten wynosi  odpowiednio 250/500 ml
dla metra kwadratowego.  Producent ostrzega że dla niektórych rodzajów
obróbki  maszynowej podane objętości mogą się okazać zbyt małe i niekiedy
trzeba uzupełniać nawet 300-450 ml nowego  roztworu dla metra
kwadratowego papierów RC. Z kolei  przy zastosowaniu odzysku srebra
w procesie obróbki  "dolewka" może być mniejsza o 50-75%. 
 
Nie jest to pierwszy wypadek, gdy zapoznając się z pomysłami producenckich
specjalistów przecieram  oczy ze zdumienia. Podobne postępowanie może
się jako tako sprawdzać przy większych  ubytkach używanego utrwalacza,
w innym razie  ubocznym efektem będzie zwiększenie objętości poddanego
"replenishmentowi" roztworu, którego część w końcu trzeba będzie usunąć.
Producent jakby półgębkiem przyznaje to zresztą pod koniec rozdziału
- przed dolaniem "uzupełnienia" do starego roztworu zalecając w razie
potrzeby usunięcie odpowiedniej części tego drugiego. 
 
Podobne "uzupełnianki" opłaca się stosować chyba tylko wyłącznie gdy
trzeba hurtem utrwalić ogromną ilość filmów bądź odbitek w krótkim
czasie, dysponując maksymalnie trzema kuwetami, względnie maszyną
z możliwością zaprogramowania co najwyżej trzech kąpieli! Jeśli
jednak ktoś chciałby się w to bawić: zużyty roztwór należałoby
pobierać od spodu (jak w starych maszynach do obróbki filmu
kinematograficznego), gdzie jest największe stężenie tiosiarczanu
srebra, a na dodatek trafia większość stałych zanieczyszczeń 
(resztki organiczne z wody, rdza i piasek z rur, wywoływanych
błon, etc.). 
 
Tak czy siak, nawet roztwór znajdujący się u dołu utrwalacza nie
różni się wiele od tego w wyższej części pojemnika - zawiera nawet
mniej więcej tyle samo substancji utrwalającej. Oczywiście jeśli
ten utrwalacz jest potem w sposób elektrolityczny pozbawiany srebra,
filtrowany, w gruncie rzeczy niewielki ubytek substancji utrwalającej
i zakwaszacza zostaje uzupełniony, po czym tak zregenerowany
utrwalacz ponownie użyty, trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia.
Usuwanie  natomiast nieco zużytego roztworu, by go po prostu wylać,
zastępując roztworem tylko minimalnie lepszym, jest klasycznym
marnotrawstwem. 

Rozdział "Replenishment" może się jednak okazać wcale przydatny
w wypadku konieczności zwiększenia objętości posiadanego roztworu
jak najmniejszym  kosztem. Przykładowo: ktoś na codzień przeprowadza
obróbkę w kuwetach 20x15 do których wlewa 1 litr roztworu, ale nagle
zachodzi konieczność utrwalenia niewielkiej ilości papierów większych
rozmiarów. Minimalną objętością płynu pokrywającą w całości papiery
jest 1,5 litra, a dysponuje zaledwie litrem częściowo zużytego już
roztworu. Naturalnym rozwiązaniem wydaje się tu nie rozcieńczanie
150/300 ml stężonego Ilford Rapid Fixer by uzyskać 1500 ml
nowej kąpieli, a sporządzenie nowego roztworu utrwalacza w ilości
trzykrotnie mniejszej i dopełnienie nim dotychczas używanej kąpieli.
Dzięki zawartej w instrukcji tabelce można dokładnie obliczyć,
ile więcej materiału da się utrwalić  w takim roztworze - przykładowo
gdyby w przykładzie miano zamiar poddać obróbce w roztworze
roboczym 1+9 16 sztuk papierów RC formatu 24x30,5, a potem wrócić
do papierów RC 13x18 cm to utrwalenie papierów większego 
formatu zużyje półlitrową dolewkę trochę w ponad połowie
(ok. 12 000 cm kw. z 20 000). Pozostała jej część (o potencjalnej
wydajności trochę ponad 8000 cm kw.) wystarczy do utrwalenia jeszcze
trzydziestu kilku papierów  formatu 13x18. Co prawda i uczeń szkoły
podstawowej byłby w stanie sam sobie policzyć tego rodzaju rzeczy
w parę minut - bowiem wystarczy tutaj znajomość wydajności litra
utrwalacza i operacji matematycznej zwanej "dzieleniem" na poziomie
podstawowym - ale miło że Ilford wziął na siebie ten wysiłek. 
 
Jeszcze jedno niewielkie zastrzeżenie - robienie tego rodzaju
"dolewek" nowego roztworu ma sens tylko przy w miarę niedawno
sporządzonej, lecz  częściowo już zużytej kąpieli roboczej. Gdy
dysponuje się wyłącznie kompletnie wypracowanym roztworem, a objętość
nowego utrwalacza stanowi np. 10%, lepszym rozwiązaniem wydaje się
sporządzenie całkiem nowego o wymaganej objętości - no chyba naprawdę
ponad wszystko przedkłada się oszczędność (w takim razie powinno się
raczej postawić na - opisane dalej - utrwalanie dwuroztworowe).
Próby "odtwarzania sprawności" zużytego przed wieloma
miesiącami roztworu, który nam się gdzieś przypadkiem uchował,
metodą  "dolewkową", zdecydowanie nie są godne polecenia. 
 
Zdaniem Ilforda uzupełniany zgodnie z podanymi w instrukcji użycia
wskazówkami roztwór roboczy może służyć bardzo długo. I tak w zasadzie
jest, choć rzecz jasna z podobnym zastrzeżeniem jak względem regeneracji
wywoływaczy - co jakiś czas stary roztwór należy zastępować nowym. 
W innym razie utrwalacz rychło przekształci w istne "zlewki świętej
Genowewki", z którymi kontakt materiałom fotograficznym raczej nie 
posłuży. 

Jeśli obrabiamy błony i odbitki sposobami klasycznymi, względnie nasza
maszyna ma możliwość obróbki więcej niż trzykąpielowej, bardzo zależy
nam na właściwym utrwaleniu materiałów przy maksymalnym wykorzystaniu 
utrwalacza, lepiej będzie zdecydować się na utrwalanie dwuroztworowe
- nb. opisane w instrukcji www (choć niezbyt szczodrze). 
 
W tej technice utrwalania sporządza się dwa (przy szczególnie wysokich
wymaganiach trwałościowych nawet trzy) jednakowe roztwory utrwalacza
- po kąpieli przerywającej filmy lub odbitki umieszcza się w pierwszym 
roztworze przez połowę czasu wymaganego dla utrwalenia danego typu
materiału, po czym przenosi do drugiego roztworu na drugą połowę czasu.
Gdy pierwszy roztwór ulegnie zużyciu, zastępuje się go roztworem drugim, 
na którego z kolei miejsce sporządza się nową kąpiel utrwalającą. Utrwalanie 
wieloroztworowe pozwala nawet czterokrotnie zwiększyć wydajność - jednak
dla uzyskania równie wyśrubowanych wyników, niezbędna jest w miarę
niezawodna kontrola przydatności utrwalacza do użycia. 
 
Niestety, gdyby ktoś szukał w dokumentacji Ilford Rapid Fixer jakiegoś
prostego do przeprowadzenia w warunkach amatorskich testu
umożliwiającego określenie czy aktualnie używany roztwór utrwalacza
jest jeszcze zdolny do pracy, nie odniesie sukcesu. Co prawda znajduje 
się on w instrukcji, ale dziale poświęconym ustalaniu właściwego dla
danego typu błony czasu utrwalania, nadto w formie tak okrojonej, że
bez znajomości literatury fachowej, trudno jest odgadnąć jego drugą,
istotniejszą funkcję. 
 
Otóż choćby Klimecki i Tuszko polecają niemal identyczny jak Ilford test,
tyle że właśnie do kontroli utrwalacza! Wygląda on następująco: mały
kawałek zaświetlonej błony, wkładamy do nieużywanego utrwalacza
i ustalamy czas w którym błona staje się przezroczysta. Potem, w miarę
obróbki kolejnych materiałów, test powtarzamy - gdy czas wydłuży się 
ponad dwukrotnie w porównaniu do pierwotnego, roztwór należy zastąpić
nowym. Testu ze świeżo sporządzonym utrwalaczem nie trzeba powtarzać 
za każdym razem - ma on identyczne właściwości jak ten przetestowany
na początku - ale z drugiej strony nie zawadzi, jeśli akurat mamy poddać
obróbce materiały na których szczególnie nam zależy, bo nawet 
najdokładniejsza kontrola jakości niekiedy przepuszcza buble. Jeśli znamy
czas utrwalania błony w danym stężeniu utrwalacza, test w nieużywanym
utrwalaczu nie jest bezwarunkowo konieczny - kąpiel należy wymienić 
na nową, gdy błona nie staje się przejrzysta w ciągu połowy maksymalnego
czasu utrwalenia danego materiału. Dla typowej błony przy rozcieńczeniu
1+4 Ilford Rapid Fixer byłoby to jakieś 2-2,5 minuty. Z oczywistych 
względów podczas tego rodzaju testów ważne jest utrzymanie zbliżonej
do stosowanej przez nas w danym typie obróbki temperatury utrwalacza. 
 
Ilford zaleca uprzednie skropienie strony emulsyjnej użytej do tes