Artykuły ogólne: Fotografowanie w sklepie
Fotografowanie w sklepie
Od: Robert Tomasik - wyświetl profil Data: Czw. 19 Sty. 2006 02:31 Grupa: pl.soc.prawo Mikołaj "Miki" Menke [###m...@menek.one.pl.###] napisał: Mikołaju! Zazwyczaj nie zasłaniam się archiwum i wyjaśniam n-ty raz każdemu, w miarę wolnego czasu. Ale na temat fotografowania naprawdę już nie mam siły pisać. Temat odżywa na tym forum średnio z raz na tydzień w różnych konfiguracjach. Ze dwa lata temu, to dodatkowo był modny na forum pl.misc.kolej, bo SOK-istom się ubzdurzyło, że terrorystów będą w ten sposób tropić. Tam skończyło się oficjalnym pismem jakiegoś czynnika stwierdzającym, że nie ma żadnych przepisów umożliwiających takie zakazy wprowadzać i jak pogrzebiesz, to znajdziesz w sieci nawet skan tego pisma, bo ktoś to tam publikował. Sprawa jest rozwałkowana na 10-tą stronę. Tak więc w telegraficznym skrócie, a szczegółów poszukaj w archiwum grupy szukając pod hasłami "zakaz fotografowania", "wejście do sklepu z plecakiem" czy "przeszukanie przez ochronę" - bo generalnie o jedno i to samo chodzi: 1. Jakikolwiek zakaz mógłby wynikać albo z przepisu ustawy, albo z umowy. ÂŻadna ustawa nie zabrania fotografowania tego, co można zobaczyć i nie jest chronione jako informacja niejawna lub też nie podlega ochronie kilkoma innymi rodzajami tajemnic. Unormowanie tego znajduje się w ustawie o ochronie informacji niejawnych, zaś przepisy karne w kodeksie karnym. Wchodząc do sklepu umowy z nikim nie zawierasz, nawet w sposób dorozumiany, bo musiał byś wyrażać na to zgodę. 2. Nie ma również żadnego przepisu, który by mówił w jaki sposób ów zakaz fotografowania miał by być uzewnętrzniany, gdyby nawet można go było wprowadzić. Do czasu wejścia w życie obecnej ustawy o ochronie informacji niejawnych było rozporządzenie określające, że są to te tabliczki z przekreślonym aparatem. Ale ustawa wchodząc w życie rozporządzenie to uchyliła. Nowego nie ma, bo nie ma sensu go wprowadzać, bowiem w obecnie obowiązującym systemie ochronę niejasności zapewnia się poprzez tworzenie tzw. stref bezpieczeństwa ograniczając dostęp osób postronnych do chronionych obiektów. Tak więc nawet gdyby zakaz można było wprowadzać, to nie ma jak w sposób legalny powiadomić osób postronnych o tym fakcie. Nawet w odniesieniu do obiektów strategicznych zrezygnowano z takich zakazów uznając, że w dobie dostępnych w internecie zdjęć satelitarnych oraz aparatów mieszczących się pierścionku służby specjalne obcego państwa jak będą chciały, to fotkę i tak zrobią, a tablica może jedynie zwrócić uwagę, co trzeba fotografować. 3. Gdyby nawet uznać, że właściciel obiektu może w ramach wykonywania prawa własności zakaz taki wprowadzać, i gdyby nawet znaleźć jakiś sposób skutecznego powiadamiania osób o wprowadzonym zakazie (załóżmy każdemu wchodzącemu do sklepu wręczać za pokwitowaniem regulamin), to i tak nie ma żadnego przepisu karnego, który by stanowił, że zrobienie takiej fotografii jest chociaż wykroczeniem (o przestępstwie nie wspominając). Za to przepisy o ochronie mienia oraz prawo karne ogranicza możliwość pozbawienia człowieka wolności przez inne niż organa ścigania osoby tylko i wyłącznie do przypadków ujęcia go na gorącym uczynku (lub po pościgu) popełnienia przestępstwa lub wykroczenia. Tak więc, choćby się uprzeć, że zakaz jest ważny, to i tak ochroniarz może co najwyżej apelować i prosić. Nie może nawet zatrzymać takiej osoby (o przeszukiwaniu, czy zgoła odbieraniu jakichkolwiek rzeczy nawet nie wspominając, bo tego NIGDY mu nie wolno zrobić) i indagowany fotograf może w prostych żołnierskich słowach wyjaśnić mu, że go "nie lubi i nie ma ochoty z nim rozmawiać". Na takie dictum ochroniarz może jedynie wykonać komendę "w tył zwrot" i odmaszerować, bo dalsze natarczywe grymaszenie zaczyna zahaczać mniej lub bardziej o paragraf, a w wypadku próby zatrzymania lub odebrania aparatu włącza mechanizmy obrony koniecznej, których może użyć zarówno fotograf, jak i każda przypadkowa osoba. W konsekwencji ochroniarz naraża się na pobicie go w majestacie prawa, a o idących za tym konsekwencjach karnych napisze dalej. 4. Zakres uprawnień pracowników ochrony nie przewiduje możliwości rekwirowania czegoś i niszczenia. Tego nawet policja w stosunku do przestępców robić nie może i musi mieć w tej sprawie prawomocne postanowienie sądu. Zabranie komuś filmu i jego naświetlenie w najlepszym dla ochroniarza wypadku jest przekroczeniem uprawnień za które można dostać 5 lat pozbawienia wolności (art. 50 Ust. o Ochronie osób i mienia). A i to przy założeniu, że fotograf na wezwanie niejako dobrowolnie oddał mu ów film i nie będzie zanadto protestował. Bo jeśli zabranie filmu łączyło by się z pozbawieniem wolności czy użyciem siły, to kara może sięgać nawet lat 12 (art. 280 kk lub 282 kk). Jeśli nawet ochroniarz jest niekarany i załóżmy uda mu się wywinąć karą w zawieszeniu i grzywną, to tego typu wyrok skazujący pozbawia go z urzędu licencji. Fakt, faktem, że ochroniarze miewają takie pomysły. Sam swego czasu stoczyłem bój z jednym w M1 w Krakowie (tym koło studia telewizji), gdy chciałem dziecku zrobić fotkę na postawionym tam wewnątrz zabytkowym tramwajem. Sadził się okrutnie i faktycznie chyba był głęboko przekonany, że ma rację. Przyznam, że była chwila w której ułamki sekund dzieliły mnie od decyzji urzędowego skrócenia sporu i po prostu zatrzymania natręta z plakietką, choćby za odmowę okazania licencji. Zwłaszcza, że upierał się przy tym, ze chce do ręki dostać mój aparat. W końcu ochroniarz wezwał dowódcę, który okazał się bardziej przytomny i kazał tamtemu iść precz. Tak więc rozumiem osoby, które mają takie problemy. Przy okazji od tego dowódcy dowiedziałem się już w luźnej rozmowie, że oni doskonale wiedzą, że nie mają racji. Ale to są pomysły kierownictwa sieci, która im daje zlecenia i wymaga ich wykonania. Podobno zwalczają w ten sposób konkurencję. W jaki sposób, to tego już ten ochroniarz mi wyjaśnić nie potrafił, a mnie nic sensownego do głowy nie przychodzi. Przy czym osobiście jestem zdania, że mniejszym problemem są utarczki z ochroniarzami zakazującymi fotografowania, bo jest to jakaś tam bzdeta i jak będę chciał fotkę zrobić, to spokojnie ją zrobię w taki sposób, że nikt widzieć nie będzie. Zwłaszcza cyfrówką, gdzie mogę po prostu "spod rękawa" zrobić wiele fotek mając pewność, że któraś wyjdzie. Większym problemem są kierowane przez ochroniarzy groźby w rodzaju, że jak nie odda filmu, to mu udowodnią kradzież. Ponieważ inicjator wątku coś takiego napisał, a nie mam podstaw, by mu nie wierzyć znając poziom niektórych ochroniarzy, to właśnie z tego powodu gorąco go namawiam do nadania sprawie urzędowego biegu. Takie słowa ze strony ochrony dyskredytują ją natychmiast. Ba jaką mamy pewność, że następnym razem z nudów, swawoli czy dla premii nie dopadną zupełnie przypadkowej osoby i nie będą twierdzić, że coś ukradła? W sklepie, gdzie nie ma monitoringu to w sumie jest przecież możliwe. Stąd uważam, że ta ochrona powinna zostać wyeliminowana dla bezpieczeństwa ogółu jak najszybciej o w sposób wykluczający możliwość podjęcia zatrudnienia w podobnym charakterze kiedykolwiek później. I na koniec moja rada. Większość aparatów cyfrowych ma możliwość kręcenia filmów. W mniejszej rozdzielczości można nawet kilkadziesiąt minut nagrać. Warto zawczasu ustawić sobie mniejsza rozdzielczość i widząc podchodzących ochroniarzy włączyć zapis. Nie chodzi już nawet o obraz, ale o dźwięk. Gdyby komuś udało się zarejestrować groźbę użycia siły albo pomówienia o kradzież, to w ogóle z ochroną nie należy wdawać się w dyskusję, w miarę możliwości nie dać się wciągnąć na zaplecze i wzywać policję. W wypadku takiej groźby udokumentowanej w opisany sposób nie wierzę, by jakikolwiek prokurator nie poszedł z tym do sądu. A tego typu ochronę należy eliminować dla wspólnego bezpieczeństwa. Krótko, to mi chyba nie za bardzo wyszło, ale mam nadzieję, że przekonywująco. |
Artykuły ogólne: Kalibracja tak ogólnie
To: Fotografia_Przyrodnicza+yahoogroups.com
|
Artykuły ogólne: Fotografia a prawo
From: "Jacek" I jeszcze jedno: z wyroku sadu apelacyjnego (kwiecien 2000)
|
Artykuły ogólne: Prawo autorskie
Date: Sun, 27 Jan 2002 22:42:35 +0100
|
Artykuły ogólne: Prawa fotografa i prawa obywatela
Autor: Ferdynand Trott ftrott@bez.tego.wp.pl |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny I - baterie w aparatach
Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl)
|
Artykuły ogólne: Wykład gościnny II - baterie LiION
Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny III - matryce CCD
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.SKASUJ@gazeta.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny IV - kolorki świata
Autor:Marek Lewandowski (nospamabuse@onet.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny V (skrócony) - jaką wielkość ma piksel?
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl)
|
Artykuły ogólne: Wykład gościnny VI - o sensorach CMOS
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl) |
Artykuły ogólne: Wykład gościnny VII, część I - po łebkach o obrazie i obiektywie
Autor:Marek Lewandowski (mareklew.WYTNIJ@gazeta.pl) Początkowo zamierzałem ten artykuł przerobić nieco i przede wszystkim napisać A po co komu obiektyw? Zacznijmy od początku: Na dobry start przyjmijmy raz a dobrze do wiadomości: fotografia nie ma nic Tak, wiem, to są podstawy ze szkoły jeszcze, ale czytajcie dalej, będzie Uprośćmy najpierw kwestię do minimum: wyobraźmy sobie prostą linię, promień Kawałek blachy w blasze dziurka. Nieskończenie mała dziurka, żeby się Jaśniejszy napisałem? No ale dalej mamy dziurkę rzędu 0.2mm, czyli przysłony Musimy dalej zwiększać dziurę. Ale jak zwiększymy otwór, to promienie Taaak... Dla małej dziurki nie liczyło się, jak daleko jest obiekt wysyłający W tempie ekspresowym dojechaliśmy do momentu, gdzie przeciętny obywatel W szkole zabawa zakończyła się na rysowaniu obrazu "strzałki" tudzież innego Weźmy na próbę soczewkę o f=50mm czyli o "sile" 1/0.05 = 20 dioptrii. Jeśli chcielibyśmy fotografować dalsze obiekty, należałoby zmniejszać Jeśli chodzi o bliższe obiekty, musimy oddalać soczewkę od kliszy. Wraz ze Aleale, dygresja dygresją, a co z naszymi obiektami w scenie? Na razie rozważamy sobie idealną soczewkę, więc jest nieskończenie cienka - Wniosek: wszystko, co nie jest położone na powierzchni fokalnej (w naszym Jak bardzo nieostro? Dla wspomnianego punktu odległego o 2 metry, którego obraz powstaje 51.3mm od Zapewne każdemu obiło sie o uszy pojęcie przysłony. Taki mechaniczny dynks, co nie, nie trzeba obcinac soczewki dookoła, wystarczy zasłonić jej brzegi, a oops... ale was wmanewrowałem w pojęcie głębi ostrości ;P Ale przynajmniej już wiadomo, skąd się bierze - im dalej od "celu" jest Ja tymczasem chcę oddryfować na moment w trochę inną stronę... ale to w |
Artykuły ogólne: Zima w lesie
Date: Sat, 15 Dec 2001 22:54:04 +0100 |
Artykuły ogólne: Fotografowanie zimą
Pierwsza i podstawowa rada: zimą się nie fotografuje ;-).
|
Artykuły ogólne: Dekalog grupowy
Date: Sat, 2 Mar 2002 07:49:22 +0100 |
Artykuły ogólne: Krótko o bokeh
Autor: watteau+box43.gnet.pl (Stanislaw B.A. Stawowy) |
Artykuły ogólne: Autorstwo zdjęcia
autorstwo zdjęcia (b. długie) {mospagebreak} |
Artykuły ogólne: Unikanie "walących się" ścian w fotografii architektury
"Walące się ściany" są jednym z podstawowych błędów przy |
Artykuły ogólne: Wyznanie Anonimowego Sprzętowca-kolekcjonera
From: "[ d z e r r y ]" |
Artykuły ogólne: Siedem Poziomów Fotografów Duchowy przewodnik (satyra) © Ken Rockwell.com (Uwaga: posługuję się zachodnią konwencją językową, według której „on” oznacza obydwie płcie). Artysta: Najwyższy Poziom 7 (odpowiednik “Nieba” w mitologii chrześcijańskiej) To najwyższy poziom, jaki można osiągnąć. Artysta przelewa swoją wyobraźnię w materialną formę, którą nazywamy fotografią. Zatrzymuje w tej fotografii duszę miejsca, prawdziwą lub wyobrażoną, na którą reaguje widz. Artysta w pełni panuje nad używanymi przez siebie narzędziami. Tworząc, artysta wykracza poza zwykłe, przyziemne istnienie, gdyż jego dusza ulatuje aby spotkać się z duszą, którą on chce ukazać. Artysta może uczyć się i ćwiczyć kiedy nie tworzy. Kiedy jednak tworzy, aparat staje się przedłużeniem jego umysłu. Gdy jest zaangażowany w proces twórczy, nie poświęca ani jednej świadomej myśli kwestiom technicznym, które tak doskonale opanował. Używając muzycznego porównania, pianista może nieustannie ćwiczyć gamy, ale kiedy występuje, nie zastanawia się nad układem palców na klawiaturze. Zatraca się w nastroju chwili. Podobnie jak profesjonalni surferzy, mający po kilkanaście desek, czy gitarzysta z kolekcją 23 kostek, artysta może posiadać wielką ilość aparatów – a każdy z nich służy do innego celu. Inny artysta może mieć tylko jeden aparat, lub nie mieć go wcale. To nie ma znaczenia. Artyści czasem ubierają się dziwacznie, a często bardzo późno kładą się spać. Nikt nigdy nie ogląda ich prac, ponieważ nie są zbyt dobrzy w autopromocji. Ci, którzy potrafią się wypromować, spadają na poziom Dziwki. Niestety, o paradoksie, oznacza to, że nie zobaczysz nigdy zdjęć prawdziwego artysty – chyba że znasz go osobiście. Dobrzy artyści na ogół wstydzą się pokazywać swoje prace komukolwiek – chyba że bardzo dobrze ich znasz – ponieważ wkładają w nie swoją duszę. Artysta może posługiwać się dowolnym rodzajem aparatu, także otworkowym czy jednorazowym, albo kamerą wielkoformatową. Posługują się takim instrumentem, jakiego potrzebują by stworzyć to, czego chcą. Dziwka: Poziom 6 Dziwka to artysta, który sprzedaje swoją duszę, przyjmując za swoje dzieła pieniądze lub narkotyki. Ponieważ zniża się do tego poziomu, jego wizja twórcza zapewne nie jest szczera. Dlaczego? Jeżeli musisz sprzedawać swoją duszę, aby mieć kasę na jedzenie i mieszkanie, nie pieprzysz się dla przyjemności – co oznacza, że nie próbujesz niczego nowego. Jeżeli dziwce uda się po latach starań zarabiać tyle, by wystarczyło na opłacanie rachunków, to raczej mało prawdopodobne, aby próbował nowego stylu, dopóki potrzebuje pieniędzy. Artyści mający swojego “przedstawiciela” (co oznacza, że reprezentuje ich galeria czy agent – coś w rodzaju alfonsa) mogą go utracić, zmieniając styl. Dlatego też sztuka wystawiana na sprzedaż przez jedną osobę raczej nie będzie ani lepsza, ani inna. Jedyne, czego chcą od dziwki jego alfonsi (pardon, przedstawiciele) to styl, dzięki któremu jego zdjęcia sprzedają się. Przeczytaj książkę Barnbauma o artyzmie. Naprawdę rzadko zdarza się, aby odnosząca sukcesy dziwka zmieniła styl, który już został zaakceptowany. Amator: Poziom 5 Amatorami są ludzie, którzy mniej niż połowę swoich zarobków osiągają z fotografii. Nie ma to nic wspólnego z jakością robionych przez nich zdjęć. Tacy ludzie kochają tworzyć fotografie. Dobrzy amatorzy o czystych duszach mogą przeskoczyć pozostałe poziomy i stać się artystami. Ludzie, którzy poza swoim normalnym zajęciem w weekendy zajmują się fotografowaniem ślubów itp. nie przestają być amatorami – po prostu biorą pieniądze za swoje zdjęcia. Amatorzy, którzy sądzą, że lepszy aparat sprawi iż będą robili lepsze zdjęcia, ryzykują spadek na najniższy poziom – onanisty sprzętowego. Zbyt wielu amatorów daje się zwieść producentom aparatów i wierzy, że muszą mieć dobre aparaty aby robić dobre zdjęcia. Takie myślenie zabija tworzenie sztuki. Amatorzy, którzy potrafią zatracić się w tworzeniu świetnych obrazów, znajdują się na dobrej drodze do uzyskania oświecenia. Dobrze jest być amatorem – z tego poziomu łatwo można wznieść się na poziom artysty. Amatorzy prawie zawsze używają lustrzanek Canona. Pstrykacz: Poziom 4 Pstrykaczem jest moja mama, a wraz z nią większość ludzi. Takie osoby chcą mieć wspomnienia, a nie fotografie czy aparaty. Pstrykacze, którzy są grafikami, bądź po prostu posiadają zdolności plastyczne, bardzo często tworzą fantastyczne zdjęcia, zadziwiając innych. Tacy pstrykacze są artystami, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Na ogół także ubierają się lepiej niż artyści, którzy uważają się za artystów. Uwierz mi: to fotograf robi zdjęcie, a nie aparat. Pstrykacze używają zwykłych „małpek” albo aparatów jednorazowych, osiągając tak samo doskonałe rezultaty jak pozostali, korzystający z „Lejków”, Nikonów, Canonów czy Contaxów. Zawodowiec: Poziom 3 Zawodowy fotograf to ktoś, kto utrzymuje się wyłącznie (w 100%) z fotografii. Zawodowcy nie tworzą sztuki aby żyć – tworzą komercyjne obrazy. Zwykle dobrze opanowali technikę i potrafią wygenerować całkiem porządne zdjęcia, jednak umiejętność przekazywania swoich wizji nie zawsze jest im dana. Oczywiście, zawodowcy mogą tworzyć wspaniałe zdjęcia w czasie, kiedy nie pracują. Zawodowcy poświęcają bardzo niewiele czasu na zastanawianie się nad swoim sprzętem – poza sytuacjami, kiedy muszą go naprawić. Spędzają większość czasu na poszukiwaniu zleceń i narzekaniu, że wszyscy inni fotografowie w mieście obniżają ceny. Zawodowcy wydają na klisze i usługi laboratorium więcej w ciągu miesiąca niż na swój sprzęt w ciągu całego roku. Nie istnieją profesjonalni fotografowie przyrody. Fotografowie przyrody mają jakiś inny etat, albo są utrzymywani przez żony. Zawodowcy robią zdjęcia lustrzankami Nikona, średnioformatowymi Mamiyami lub aparatami wielkoformatowymi Calumet 4x5”. Nie stać ich na tak dobry sprzęt, jaki kupuje większość poważnych amatorów. Jeżeli nie jesteś profesjonalnym fotoedytorem, pewnie nigdy nawet nie słyszałeś o zawodowych fotografach – chyba że przyjaźnisz się z jednym z nich. Faceci występujący w reklamach aparatów, którzy twierdzą, że używają tego czy tamtego aparatu, to tylko wynajęci modele. Prawdziwi zawodowcy nie mają swoich stron internetowych i nie publikują biuletynów technicznych. Tacy ludzie są zwykle amatorami. Bogaty Amator: Poziom 2 To amatorzy, którzy – posiadając zbyt wiele pieniędzy – kupują mnóstwo sprzętu. Ma on uwolnić ich swobodną ekspresję. W tej grupie znajdziemy przeważnie mężczyzn, a większość z nich jest w podeszłym wieku lub na emeryturze. Bogaci amatorzy robią zdjęcia aparatami marki Leica, Contax, Alpa, Hasselblad oraz kamerami wielkoformatowymi Linhof (4x5”) Są to niewątpliwie świetne aparaty. Ale zdjęcia uzyskiwane nimi niczym się nie różnią od tych zrobionych Zenitem, Pentaxem, Bronicą czy Tachihara. Biedniejsi bogaci amatorzy robią zdjęcia lustrzankami Nikona – a czasem też Canona. Ostatnio ci kretyni kupują cyfrowe lustrzanki, przeznaczone dla reporterów gazetowych, takie jak Canon EOS-1D czy Nikon D1X. Aparaty te dają gorsze rezultaty techniczne niż aparaty, którymi posługują się pstrykacze. Naprawdę głupi ludzie czekali na pojawienie się Contaxa N Digital, który kosztuje 7 tysięcy dolarów. Jest mniej użyteczny niż cyfrowe lustrzanki Nikona czy Canona, a zdjęcia robi technicznie gorsze niż tania lustrzanka na zwykłe klisze. Bogaci amatorzy myślą, że nieostre czarno-białe zdjęcia pokazujące ubogich ludzi to sztuka. Niektórzy bogaci amatorzy łatwo spadają na ostatni poziom w hierarchii, ponieważ nadmiernie przejmują się kwestią sprzętu. Inni przechodzą wprost do tworzenia świetnej sztuki, ponieważ nie muszą przejmować się sprzętem – uważają, że właśnie ich jest najlepszy z możliwych. Co ciekawe, niewielu bogatych amatorów tworzy zwyczajne, przeciętne zdjęcia. Ich prace są albo świetne, albo całkowicie do dupy. Onanista sprzętowy: Najniższy Poziom 1 (odpowiednik “Piekła” w mitologii chrześcijańskiej) Ci mężczyźni (a do tej grupy zaliczają się wyłącznie mężczyźni) nie interesują się sztuką ani fotografią, ponieważ nie posiadają duszy. Nie mając duszy, nie potrafią wyrazić swoich wyobrażeń ani uczuć, dlatego też ich zdjęcia – o ile w ogóle jakieś robią – są do niczego. Większość uprawia techniczne zawody – są wśród nich inżynierowie, komputerowcy i specjaliści od nauk ścisłych. Ludzie ci tak bardzo przejmują się wystawianiem cyfrowych ocen dla różnych rzeczy, że całkowicie zapominają o tym drobnym fakcie, iż aparat czy tabela z wynikiem testów ma niewiele wspólnego z duchem obrazu. Ponieważ tak bardzo interesują się mierzeniem osiągów aparatów, przezwaliśmy ich „onanistami sprzętowymi”. Niestety, wielu z nich trafia na moją stronę KenRockwell.com poszukując informacji o osiągach aparatów. Wielu z nich lubi też bawić się sprzętem audio, komputerami czy samochodami. Mogą cieszyć się z zabawek, takich jak aparaty, dla samej przyjemności ich posiadania. Rzadko, jeżeli w ogóle, korzystają z nich w celach, do jakich zostały stworzone. Młodsi spośród nich grają w gry komputerowe, często „czatują” i surfują po Internecie. Starsi przyłączają się do klubów miłośników aparatów. (Należy zapisywać się do klubów fotograficznych, ale nigdy do klubów miłośników aparatów czy jakichkolwiek klubów, które usiłują wystawiać punkty sztuce, ponieważ sztuka jest czymś subiektywnym i nie może być oceniana za pomocą cyferek). Ludzie ci nigdy nie stworzą niczego godnego uwagi, korzystając ze swoich sprzętów. Ale z pewnością podnieca ich fakt posiadania, nabywania lub opowiadania o nich innym ludziom. Jedynym rodzajem wyposażenia, na który nie zwracają najmniejszej uwagi, jest ten sprzęt, który jest rzeczywiście przydatny: oświetlenie. Interesują się sprzętem dla samego sprzętu. Zagadają cię na śmierć, jeżeli tylko im pozwolisz. Jednak gdy wyrazisz chęć obejrzenia ich prac, cała odwaga natychmiast ich opuszcza. Mogą także pomyśleć, że chcesz zobaczyć ich aparaty. Ktoś posiadający przyzwoite portfolio nie jest sprzętowym onanistą sprzętowym. Ktoś posiadający więcej aparatów niż porządnych zdjęć może nim być. Zapewne są nimi osoby, których strony internetowe pełne są artykułów o technice, a pokazują bardzo niewiele interesujących zdjęć. Pod żadnym pozorem nie zadawaj się z tymi ludźmi, nie rozmawiaj z nimi ani nie czytaj ich stron internetowych. Dla nieuświadomionych jawią się niczym niewyczerpane źródła wiedzy. Ich chore, pozbawione życia dusze z rozkoszą wciągną cię do ich własnego piekła. Już nigdy nie uwolnisz się od rozważań o tym, jak ostry naprawdę jest twój obiektyw. Jeżeli zaczniesz się tym martwić, już nigdy nie sfotografujesz niczego poza murem z cegieł czy kartą testową. Ludzie ci są łatwi do zidentyfikowania. Jeżeli doczytałeś aż do tego miejsca, zapewne widziałeś ich strony internetowe. Zawsze mają mnóstwo informacji o sprzęcie, ale niewiele zdjęć. Strzeż się informacji pochodzących ze stron, na których nie ma wielkiej ilości zdjęć, które ci się podobają. Musiałem zdjąć większość zdjęć sprzętu z mojej strony internetowej, ponieważ ci ludzie poświęcali więcej czasu na oglądanie mojego sprzętu niż na oglądanie moich prac! Pasmo dostępu, za które płacę, zajmowali ci idioci, gapiąc się na moje obiektywy zamiast oglądać zdjęcia – dla których właśnie ta strona powstała. Dlatego wszystkie fragmenty o sprzęcie są w kolorze żółtym, aby bolały ich oczy, gdy będą tracić zbyt wiele czasu na śrubki i motorki. Wielu ludzi, którzy piszą do mnie mejle, należy niestety do tej najgorszej, nieoświeconej grupy. Mnóstwo z nich grasuje po Internecie i poświęca całe godziny na „wnoszenie własnego wkładu” do stron poświęconych technice oraz gadając na czatach takich jak Photo.net, www.dpreview.com, photocritique.net czy na niemieckim forum dla osób posiadających i zbierających Nikony, zamiast robić własne zdjęcia. Ci goście tutaj nie są tacy źli. |
Artykuły ogólne: |
Sprzęt: W poszukiwaniu złotego Graala - granice fotografii 35mm
Date: Sun, 07 Oct 2001 22:18:30 GMT W poszukiwaniu zlotego Graala - granice fotografii 35mm
Przyjete wartosci odnosza sie (znow) do warunkow idealnych.
Obiektyw Pan X Tech Pan Kodachrome 25 #2483 Micro Ektachrome
|
Sprzęt: Image Stabiliser - stabilizator obrazu
http://www.canon.com/camera-museum/tech/room/b_tebure.html
|
Sprzęt: Koreksy polskie - recenzja
Temat: Koreksy polskie - recenzja Grupa: pl.rec.foto |
Sprzęt: Krótki przewodnik po obiektywach
Date: Thu, 22 Nov 2001 00:18:20 GMT
|
Sprzęt: Krokus Tank 800 i 2000 - uzupełnienia
Tekst poniższy jest uzupełnieniem do artykułu koreksach polskich opublikowanego na tej liście jakiś czas temu. Mniej typowe pojemności. "Krokus Tank 2000" jest chyba jedynym polskim koreksem pozwalającym obrabiać błony 120 i 135 równocześnie, niestety na denku nie zostały podane minimalne objętości kąpieli niezbędne przy takiej obróbce. Poniższe są wynikiem próby praktycznej: do koreksu zawierającego puste szpule wlewano wodę mierzoną przy użyciu menzurki. Uwaga! Nie dysponuję pięcioma oryginalnymi szpulami do tego koreksu, toteż brakujące zastąpiłem ich odpowiednikami z firmy Paterson. Mają one trochę mniejszą średnicę, jednak dzięki wykonaniu z grubszego plastyku, tylko nieco mniejszą objętość. Porównanie z pomiarami wykonanymi bez założenia na trzpień szpul, wykazało iż dwie szpule "Krokus Tank" mają objętość około 250-280 ml, co daje 125-140 ml na szpulę. Dwie szpule "Krokus Tank" i jedna "Paterson" mają razem 350-360 ml, co daje 80-100 ml objętości szpuli "Paterson". W poniższym opisie (k) oznacza szpulę oryginalną (Krokus Tank), (p) zaś szpulę firmy Paterson. Minimalne objętości roztworu przy równoczesnej obróbce błon 120 i 135: Pomiary zostały kilkakrotnie powtórzone i różnice miedzy nimi wynosiły mniej niż 5 ml. Zmierzone wartości zaokrąglono w górę do najbliższej wielokrotności 10 ml. Przy 870 ml górny brzeg umieszczonej wyżej szpuli znajdował się dokładnie na wysokości lustra wody - doliczając objętość dwu (jedna małoobrazkowa i jedna zwojowa), względnie trzech błon (małoobrazkowa na jednej szpuli i dwie zwojowe na drugiej), objętość powyższa winna wystarczyć do całkowitego pokrycia błon. Moim zdaniem lepiej wlewać tyle jedynie w razie absolutnej konieczności, a normalnie co najmniej 900 ml (przy tej objętości górny brzeg szpuli został całkowicie pokryty wodą), Warto przy tym zauważyć, iż "Krokus Tank 2000" mieści pełne 2 litry roztworów roboczych wyłącznie w przypadku umieszczenia weń jednej, najwyżej dwu szpul. Gdy wewnątrz znajdują się trzy szpule, maksymalna pojemność spada do co najwyżej 1800 ml. Objętość powyższa oznacza napełnienie "Krokus Tank 2000" praktycznie "pod korek" - przy 1750 ml płyn sięga dolnej krawędzi uszczelki. Zapobieganie wywijaniu się błon. Ta część jest przeredagowaną i uzupełnioną odpowiedzią na post Grynfildy dotyczący kłopotów ze oryginalnymi szpulami koreksów "Krokus Tank". W przeciwieństwie do szpul wyposażonych w kulki, z których błona nawet w przypadku kręcenia w niewłaściwą stronę z reguły nie jest w stanie się wywinąć, oryginalne szpule "Krokus Tank" ("Korexu Uniwersalnego" zresztą także), nie mają żadnego zabezpieczenia przed wysunięciem się błony ze spirali. Pół biedy jeśli zdarzy się to podczas utrwalania - z reguły wystarczy błonę umieścić w naczyniu z utrwalaczem (i ten utrwalacz mieszać co jakiś czas, ewentualnie delikatnie poruszać błoną) na 10 minut. Wywinięcie się błony podczas wywoływania z reguły owocuje błoną w pasy - zwoje błony nie dopuściły wywoływacza do emulsji. Istnieją co najmniej trzy sposoby zapobiegające wysunięciu się błony ze szpul "bezkulkowych". 1. Mieszanie poprzez cykliczne obracanie koreksu do góry dnem. Możliwe wyłącznie w koreksach przelewowych ("Krokus Tank 800" i "Krokus Tank 2000" to właśnie takie koreksy). Jeśli koreks jest pełny po brzegi, mogą wystąpić pewne problemy z właściwym mieszaniem kąpieli fotograficznych, dlatego przy tej metodzie lepiej nie napełniać koreksów "pod korek". 2. Mieszanie poprzez kołysanie koreksem - właściwą cyrkulację wywoływacza i utrwalacza zapewnia się lekko cyklicznie odchylając koreks od pionu. Jest to stosunkowo proste w przypadku koreksów "Korex Uniwersalny" i "Krokus Tank 800" - można nawet schwycić koreks jedną dłonią za denko, ewentualnie drugą trzymać pokrywkę i lekko odchylać oś pionową koreksu na boki. W przypadku "Krokus Tank 2000" byłoby to raczej trudne - tu stojący na podłożu koreks łapie się za ściankę, bądź pokrywkę i odpowiednią ilość razy odchyla w prawo, lewo, do siebie, bądź od siebie. Ten styl mieszania, podobnie jak opisany poprzednio, może nie gwarantować właściwej cyrkulacji płynów w całkowicie napełnionym koreksie. 3. Mieszanie poprzez kręcenie pokrętłem w odwrotnym kierunku niż błona jest nawinięta. W "Korexie Uniwersalnym" wystarcza po prostu kręcić w kierunku wskazywanym przez strzałkę na pokrywce. W obu "Krokus Tank" sprawa wszakże nieco się komplikuje - w nich daje się włożyć szpule na dwa sposoby. Toteż jedynym sposobem na uniknięcie wysunięcia się błony ze spiral, jest staranna kontrola przy wkładaniu błony. Z reguły dezorientacja następuje przy zakładaniu szpuli (bądź szpul) na trzpień, zakładaniu pierścienia mocującego i umieszczaniu tego wszystkiego w puszcze koreksu. Dla uniknięcia błędów można: * Planując wywołanie tylko jednej szpuli z błoną małoobrazkową, czy jedną-dwiema błonami zwojowymi, załóż szpulę i pierścień na tuleję koreksu w świetle, a dopiero po zakończeniu montażu i upewnieniu się co do strony w którą skręcają rowki spirali wyłącz światło, względnie umieść koreks w worku-ciemni (warto tu zauważyć iż niewiele jest na tyle obszernych nie tylko by zezwolić na swobodne manipulacje "Krokus Tank 2000", ale choćby w ogóle go pomieścić) i przystąp do zakładania błon. Teoretycznie na trzpień "Krokus Tank 2000" można by założyć więcej niż jedną szpulę w świetle, zablokować je pierścieniem, po czym w ciemni powsuwać błony, ale byłoby to dość trudne (sąsiednie szpule przeszkadzają). W razie wykorzystania co najwyżej 4 szpul "małoobrazkowych", względnie trzech "zwojowych", zadanie można sobie co nieco ułatwić, poprzez założenie pierścienia mocującego na sam koniec trzpienia, pozwalając tym samym na swobodne przesuwanie się po nim założonych szpul. Po upewnieniu się iż wszystkie spirale skręcają w tym samym kierunku, można "przejść w tryb ciemniowy" i przesuwając kolejne szpule niczym koraliki na liczydle zakłada się kolejne błony. Następnie wystarczy docisnąć pierścień mocujący w dół aż do górnej krawędzi najwyższej szpuli, tak by te nie mogły się już luźno przemieszczać po trzpieniu koreksu, umieścić ów trzpień w puszcze i zakręcić pokrywkę. * Przed włożeniem trzpienia ze szpulą, czy szpulami do koreksu (niezależnie czy pusta szpula zakładana była na trzpień przed wsunięciem błony, czy też szpule wsuwane były na trzpień dopiero po założeniu nań błon) upewniasz się tak na wszelki wypadek w którą stronę zorientowana jest każda z błon na swej szpuli. Choć musisz dokonywać tego w ciemności, wbrew pozorom jest to bardzo proste nawet dla początkujących - dotykiem lokalizujesz pokrętło (o ile oczywiście jest założone - inaczej po prostu znajdź górny koniec trzpienia), następnie przesuwając dłoń wzdłuż tulei szpulę i założoną nań błonę, a potem przesuwając palcem w bok po zewnętrznym zwoju błony, jej koniec. Jeśli pokrętło jest skierowane ku górze (względnie do ciebie), błona musi się kręcić w stronę z której wyczułeś koniec (a dokładniej brzeg) błony, jak gdybyś chciał staranować krawędzią błony palec, ewentualnie wcisnąć ją dalej w rowki spirali, blokując znalezioną krawędź palcem. Najlepiej taką kontrolę przeprowadzić parę razy, ostatni już po włożeniu tulei z błonami do koreksu, na krótko przed jego zamknięciem - nieco wysuwasz trzpień z koreksu (wystarczy 1/4 - 1/3 wysokości szpuli), wyczuwasz palcem końcówkę błony i ustalasz w którą stronę jest skierowana. Potem wsuwasz wszystko z powrotem i zamykasz koreks. Ten zabieg jest najłatwiejszy w przypadku "Krokus Tank 800", trzpień "Krokus Tank 2000" z założoną tylko jedną szpulą trzeba naprawdę sporo wysunąć. W przypadku zakładania kilku szpul, obowiązkowo należy upewnić się czy końce błon na każdej szpuli skierowane są w tę samą stronę i w razie potrzeby skorygować, zdejmując niewłaściwie założoną szpulę, przekręcając ją do góry nogami, zakładając ponownie i blokując pierścieniem (wiem, że to irytujące, ale niestety nieodzowne - inaczej gdy jedna błona będzie wsuwana w głąb spirali, założona odwrotnie będzie się zeń wywijać). Całą procedurę kontroli można łatwo i bezboleśnie przećwiczyć, dysponując kawałkiem zaświetlonej błony (wystarczy nawet dość krótki, byle tylko wystarczyło do zapełnienia około półtora zwoju spirali). Wsuwasz ten kawałek w szpulę i znajdujesz jego koniec na założonej na trzpień szpuli, ustalając kierunek poruszania pokrętłem (przy ćwiczeniu nie jest konieczne zakładanie na trzpień pierścienia mocującego). Pierwsze ćwiczenia przeprowadza się z otwartymi oczyma, potem z zamkniętymi, po dojściu do wprawy przeprowadza próbę w ciemności. Można to połączyć z nauką zakładania błon na szpule i wkładania ich do koreksu, choć wtedy zdecydowanie należy ćwiczyć z zaświetloną błoną zbliżoną długością do typowej, a także zakładać na trzpień pierścień mocujący. Co prawda przy poruszaniu błony poprzez kręcenie pokrętłem teoretycznie ów pierścień nie jest w stu procentach konieczny (szpule utrzymuje w dolnym położeniu na tulei siła grawitacji), ale "strzeżonego, Pan Bóg strzeże". Fereby |
Sprzęt: E-TTL
Date: Tue, 16 Oct 2001 16:05:50 +0200
|
Sprzęt: Podstawowe wiadomości o lampach błyskowych
From: "Zbigniew Nowakowski"
|
Sprzęt: Zakup aparatu - porada Marcina
Autor:Marcin Fal (fal+b7.pl)
|
Sprzęt: Zakup aparatu - porada Pepe
Date: Tue, 15 Jan 2002 14:35:13 +0100
|
Sprzęt: Tair - opis konstrukcji
From: "Bogdan" |
Sprzęt: Tessar
Date: Mon, 1 Oct 2001 15:18:23 +0200 |
Sprzęt: Ewolucja vs koszty
Autor:Dizel (watteau+box43.gnet.pl) |
Sprzęt: Velbon CX444
Kiedys mnie naszlo i wyslalem naliste posta jak nizej. |
Sprzęt: |
Technika fotograficzna i porady: Fotografowanie w tłumie
From: Tomasz Holdowanski
|
Technika fotograficzna i porady: Poruszenie przy różnych ogniskowych
|
Technika fotograficzna i porady: Krótki przewodnik po fotografii ulicznej
Mason Resnick - Krótki przewodnik po fotografii ulicznej |
Technika fotograficzna i porady: Skalowanie
From: Janko Muzykant Pozwalam sobie zamieścić tekścik o przeskalowywaniu zdjęć mojej skromnej |
Technika fotograficzna i porady: Tabela naświetleń
Po czym poznać doświadczenie fotografa:
http://www.fredparker.com/ultexp1.htm (eng)
From: "Marek Lewandowski" Jest jeden problem - Sunny16 to wymyślili Amerykanie i to ci, co mają http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafika:Tabela_naswietlan_d.jpg |
Technika fotograficzna i porady: EV
Exposure Value - wartość ekspozycji jest jednostką pozwalającą nam |
Materiały fotograficzne: GOST-ASA-DIN
GOST ASA DIN
|
Materiały fotograficzne: Proces E-6
From: "eMeL"
www.bonavolta.ch/hobby/en/photo/e6.htm davidrichert.com/e-6_slide_film.htm www.photo.net/bboard/q-and-a.tcl?topic_id=1822&category=Color+slide From: Jakub Roguski 1. grzanie koreksu z filmem - 38C+/-0,3 (lub 39C dla procesorów typu JOBO) - E-6 krok po kroku
|
Materiały fotograficzne: Prześwietlanie filmów na lotniskach
Date: Fri, 29 Mar 2002 10:06:02 -0500 |
Materiały fotograficzne: Czyszczenie filmów
From: Michal Dudziak
|
Materiały fotograficzne: Crossowanie
Autor:Lolek (fotolek+polbox.com)
|
Materiały fotograficzne: Provia 400f
|
Fotografia czarno-biała: Fomapan 100 i 200 w Xtolu 1+3 From: "Fereby" <ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl>
Obie błony wywoływano w tym samym koreksie, |
Fotografia czarno-biała: Xtol i W-1 From: "Fereby" <ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl> Jakiś czas temu przetestowałem wreszcie pod powiększalnikiem |
Fotografia czarno-biała: "Naświetlaj na cienie, wywołuj na światła" Ostatnio znowu zadano mi pytanie co tak właściwie znaczy powiedzenie "naświetlaj na cienie, wywołuj na światła". O ile łatwo wytłumaczyć jak to zrobić, o tyle trudniej wyjaśnić początkującemu po co to robić. Spróbuję więc wytłumaczyć to jak najprzystępniej na prostym przykładnie. Oczywiście użyję w celu dość mocnych uproszczeń, ale mam nadzieję że doświadczeni fotoamatorzy mi to darują. Gdy fotografujemy na materiałach srebrowych naszym założeniem jest by to co było ciemne, było takim na odbitce, a to co było jasne, takie też wyszło. Oczywiście na negatywie, jak sam nazwa wskazuje będzie odwrotnie - ciemne przedmioty naświetlą słabo i negatyw będzie bardziej przeźroczysty, jasne przedmioty naświetlą obficiej i negatyw będzie ciemniejszy. Dokładne odwzorowanie tego oddaje krzywa charakterystyczna, która pokazuje nam jak naświetlenie wpłynie na gęstość negatywu. Zaletą fotografii czarno-białej jest to, że mamy pewien wpływ na to odwzorowanie - mogąc regulować kontrast czasem naświetlania. Producenci materiałów często w dokumentacjach filmów umieszczają takie charakterystyki. Spójrzmy na jedną z nich: Możemy tu zauważyć ważną rzecz - zmiana czasu wywoływania nie przesuwa nam charakterystyki, lecz tylko zmienia jej nachylenie. Możemy więc w uproszczeniu przyjąć, że zmiana gęstości negatywu daje się regulować procentowo, a zmiany bezwzględne są większe w partiach jasnych (większe odległości między krzywymi) i mniejsze w ciemnych (krzywe są blisko siebie). Z taką wiedzą możemy przeprowadzić eksperyment myślowy i zastanowić się co będzie gdy będziemy chcieli sfotografować dwa przedmioty o różnych jasnościach. Niech jeden z nich będzie na tyle ciemny by dać nam na negatywie zaczernienie 10%, zaś drugi jaśniejszy 60% (takie wartości często spotkamy fotografując w rzeczywistości - np. dziewczynę o ciemnych włosach lub las na tle nieba). Jeżeli teraz skrócimy wywołanie tak by jego gęstość osiągnęła tylko 70% standardowej, to gęstości naszych obiektów zmienią nam się następująco: ciemny - 10%*70%=7%, jasny 60%*70%=42%. Jeżeli zaś wydłużymy czas by gęstość osiągnęła 140% standardowej, to otrzymamy: ciemny 10%*140%=14%, jasny 60%*140%=84%. Już z tych wyliczeń widać że zmiana dla ciemnego obiektu nie jest taka duża, jak zmiana dla obiektu jasnego. Dla wspomożenia wyobraźni dodajmy do tego rysunek jak by to wyglądało na odbitce: Górny pasek to skrócone wywołanie (mniej kryty negatyw da ciemniejszą odbitkę), a dolny to wydłużone wywołanie (gęściejszy negatyw da jaśniejszą odbitkę). Kropki oznaczają położenie punktów o takiej samej gęstości: żółta to 10%, czerwona to 60%. Widać też że nad środkową żółtą kropką negatyw ze skróconym wywołaniem da ciemniejszy obraz (7% zamiast 10%), a pod nią przy dłuższym wywołaniu obraz będzie jaśniejszy (14% zamiast 10%). Analogicznie dla jasnego obiektu. Widać tutaj wyraźnie to, co wynikało z krzywych charakterystycznych - ciemny detal mimo innego wywołania nadal jest ciemny. Gdybyśmy ten fragment wycięli i oglądali bez porównania z drugim moglibyśmy przeoczyć różnicę. Jasny detal zmienił się o wiele wyraźniej - gdyby to była skóra modelki, to mielibyśmy różnicę między mulatką, a bladolicą panną unikającą słońca. Czas na wnioski praktyczne. Gdy naświetlimy nasz negatyw, a potem chcemy zmienić jego kontrastowość - praktyczne zmiany będziemy mieli tylko w partiach jasnych (światłach). Zaś to co naświetliliśmy ciemnego takie już zostanie (cienie). Gdy więc popełnimy błąd i coś co było ciemne naświetlimy bardzo ciemno - zazwyczaj już tego nie uratujemy. W odwrotnej sytuacji gdy coś jasnego naświetlimy zbyt jasno, nadal możemy skrócić czas wywołania i "sprowadzić" jasność obiektu na swoje miejsce. Dlatego obiekty ciemne musimy od razu naświetlać bardzo starannie, zaś jasne możemy później skorygować wywołaniem. Pamiętajmy jednak że cienie także zmieniają swoje położenie wraz ze zmianą czasu wywoływania - bardzo często będzie to zmiana mała, czasami jednak może mieć istotne znaczenie. Przykład polowy: chcemy naświetlić las na tle nieba pokrytego cirrusami (to te wysokie wzorzyste mgiełki). Wybieramy dwa skrajne punkty - ciemne pnie drzew i jasne niebo. Pomiar pni pokazuje nam -6EV, pomiar nieba +4EV. Jeśli jednak tak naświetlimy, to wprawdzie niebo wyjdzie ładnie, ale za to pnie będą zbyt ciemne. Jeśli postanowimy uratować pnie i naświetlić je na -4EV, to wtedy niebo będzie miało +6EV co oznacza że stanie się białą plamą. Ponieważ wiemy już co jest ważne, decydujemy się na drugie rozwiązanie i naświetlamy tak by zachować szczegóły ciemnych obiektów. W procesie wywoływania negatywu skrócimy odrobinę czas wywoływania, w wyniku czego jasne partie obrazu wyjdą ciemniej i zachowają fakturę chmur - wilk syty i owca cała. Ponieważ przy skróconym wywołaniu również cienie się odrobinę obniżą powinniśmy naświetlać pnie drzew nie na -4 EV ale na przykład na -3.5 EV. Wtedy po wywołaniu pnie drzew obniżą się o 0.5 EV do poziomu odpowiadającego -4EV w normalnym wywołaniu, a niebo o 2 EV do poziomu +4EV - zgodnie z zasadą że światła reagują mocniej. Ale nawet gdybyśmy tej poprawki nie uwzględnili to i tak otrzymamy poprawną odbitkę (co najwyżej kosztem trochę dłuższego czasu naświetlania odbitki). Wartości podane w tym przykładzie są orientacyjne - rzeczywiste wartości które musisz stosować poznasz testując swój negatyw (a dokładnie parę: negatyw+wywoływacz). W niezbyt dobrej sytuacji są fotografujący na filmach małoobrazkowych - nie mogą oni sobie wywoływać każdej klatki osobno dobierając czas wywoływania do kontrastu sceny. W takiej sytuacji powinni wywoływać film według najbardziej kontrastowej sceny. Brakujący kontrast zawsze można podwyższyć twardszą gradacją papieru lub przez techniki specjalne. Ale za to nie będziemy mieli sytuacji, gdy światła w wyniku przedłużonego wywoływania osiągną maksymalne zaczernienie negatywu (Dmax) i zaczną tracić szczegóły. Można by więc zmodyfikować omawianą zasadę do postaci "naświetlaj na cienie, wywołuj na najwyższe światła". |
Fotografia czarno-biała: Ciemnia pozytywowa - drobne porady Od “płachty” do powiększenia Gradacje Bardzo Miękkie Miękkie Specjalne Wartości dla papierów 10 i 20 są przybliżone, co w praktyce ma małe znaczenie - wiele światłomierzy ciemniowych może nie być w stanie zmierzyć tak subtelnych różnic zaczernienia. Dla ułatwienia 150 i 200, czyli 1:50 i 1:100, zaokrąglono do wielokrotności dwójki 1:48 i 1:96 - czteroprocentowa różnica ma i tak praktycznie nieistotne znaczenie (niedokładności światłomierza i w ustalaniu gradacji papieru). 80 to 1:6.4 ale i tu różnica wynosi mniej niż 10%. Jak nietrudno zauważyć, dla kontrastu 1:8 negatywu z przykładu odpowiednia będzie gradacja oznaczona “R 90” (np. gradacja normalna AGFA Brovira). Skala powyższa dotyczy wywołania dogłębnego w wywoływaczu o normalnej kontrastowości. W innym przypadku rzeczywista gradacja może różnić się od nominalnej. I tak: · Wywoływacz miękki, względnie kontrastowy, zmienia gradację papieru (odpowiednio na miększą i twardszą). · Wywoływacz “wyrównawczy” (np. dwuroztworowy) pozwala na jej zmianę w dość szerokim zakresie. Wedle AGFY wywoływaczy takich nie można stosować względem papierów zmiennogradacyjnych. · Wywołanie powierzchniowe praktycznie obniża kontrastowość papieru (ale efekt jest odmienny niż na dogłębnie wywołanym papierze o miększej gradacji). · Przedłużone wywołanie z reguły również obniża kontrastowość papieru (dopóki nie wystąpi zszarzenie świateł, w ograniczonym stopniu - potem już dość poważnie). · Niewielkie zaświetlenie zmiękcza gradację papieru. · Kąpiel naświetlonego papieru w 0,5% wodnym roztworze dwuchromianu potasowego obniża kontrastowość papieru (zjawisko Sterry'ego). · Papiery przeterminowane niekiedy miewają miększą gradację niż pierwotna. · Ponowne naświetlenie częściowo wywołanego, nieutrwalonego pozytywu praktycznie zmniejsza jego kontrastowość (efekt będzie inny niż przy użyciu normalnie wywołanego papieru o miększej gradacji). Zjawisko to jest wykorzystywane w heliobromie - technice tonorozdzielczej. · Wysłanianie i doświetlanie pozwala dość swobodnie zwiększać i zmniejszać kontrast pozytywu. Ważną rzeczą przy pomiarze kontrastu światłomierzami ciemniowymi jest właściwa interpretacja wyników. W instrukcjach opisuje się ów pomiar niekiedy tak “ustaw czujnik na najjaśniejszym i najciemniejszym miejscu rzutowanego na maskownicę negatywu i odczytaj wynik”. Otóż takie postępowanie ma sens jeśli te najjaśniejsze i najciemniejsze punkty negatywu zawierają jakiekolwiek szczegóły! Wtedy oddanie cieni jako “najciemniejszej szarości przed czernią”, a świateł jako “najjaśniejszej szarości przed bielą” ma sens - odwzorowany zostanie “rysunek najjaśniejszych świateł i najgłębszych cieni”. Jeśli dana partia cieni jest “pusta”, a świateł kompletnie “zabita”, nie ma sensu włączać ich do pomiaru, bo prowadzi to do użycia nazbyt miękkich gradacji papieru i tym samym “rozwlekania półtonów” (mniejsza skala stopni szarości odwzorowuje ten sam środkowy fragment krzywej charakterystycznej). Skoro w cieniach i tak nie ma szczegółów, mogą być kompletnie czarne, a odblaski na szybie białe - wbrew pozorom widz potrafi zaakceptować takie fragmenty, o ile oczywiście nie są nazbyt pokaźne. A zyskana w ten sposób “twardość gradacji” czyni półtony bardziej zróżnicowanymi. Co więcej, to że szczegóły w cieniach są, nie oznacza iż musimy je obowiązkowo odwzorowywać. Przykładowo mamy portret we wnętrzu, na dobrze naświetlonej i wywołanej błonie. Na wglądówce widzimy, iż tło wyszło ostre i pełne, szczegółów, odciągając uwagę od sfotografowanej osoby. Naturalnym jest albo na tyle długie doświetlenie tła, by stało się ciemne i pozbawione szczegółów (dawni fotograficy używali do tego niekiedy latarki z małym otworkiem, czy zwężającym się kapturkiem z papieru), bądź właśnie użycie twardszej gradacji papieru, co poprawi przy okazji oddanie faktury skóry (trzeba wszak z tym uważać - wyraźniej odwzorowane mogą zostać również jej wady). Problemy z czujnikami Czujniki wielu światłomierzy w trakcie pomiaru trzeba ustawić pod właściwym kątem - pomagają w tym różnego rodzaju znaki - jeśli się tego nie uczyni, zafałszowaniu mogą ulec wyniki. Z reguły zostaną one zaniżone - na płaszczyznę czujnika ustawionego pod kątem, pada mniej promieni światła. Niedokładne włożenie kabla czujnika w gniazdko (np. niedociśnięcie wtyczki), względnie uszkodzenia izolacji kabla, również mogą prowadzić do błędów pomiaru, a w pewnych sytuacjach nawet uszkodzenia przyrządu. Zmiana żarówki w powiększalniku z “przewoltowanej” na zwykłą o tej samej mocy, może okazać się trudna wykrycia dla czujnika (ostatecznie miał służyć również do pomiarów w fotografii barwnej), co może owocować niedoświetleniami (mniejsza ilość promieni aktynicznych zwykłych żarówek). Rozwiązaniem jest zmierzenie różnicy udziału promieni żółtych (względnie czerwonych) obu źródeł światła (jak przy pomiarze dominanty negatywu barwnego), względnie wyskalowanie światłomierza przy każdym z nich (tzn. ustalenie czułości papieru przy jednej i drugiej żarówce). Pojemności kuwet Poniżej przybliżona pojemność kuwet wykorzystywanych w ciemni pozytywowej. Podano objętości przy roztworze sięgającym 1/3-1/2 wysokości ścianki. W zasadzie da się także pracować nawet przy 1/4 (głównie na papierach RC, bo FB “piją”), jednak jest to trochę niewygodne. Z kolei wywoływanie przy roztworze sięgającym powyżej 2/3 ścianki kuwety, może owocować jego wylewaniem się na boki (zwłaszcza podczas kołysania kuwetą). Nadmiar roztworu można wszakże zlać do butelki, z której za jakiś czas uzupełnimy niedostatek płynu w kuwecie. Wkładanie odbitek do wywoływacza sięgającego 1/4 ścianki kuwety nie jest trudne - wystarczy podnieść jeden bok kuwety, położyć odbitkę na dnie i opuścić kuwetę do położenia poziomego, co spowoduje równomierne zalanie odbitki wywoływaczem. Przy wywoływaczu sięgającym ponad 1/2 wysokości, lepiej z kolei sprawdza się “wsuwanie” - czyli ukośne wepchnięcie odbitki pod powierzchnię roztworu, tak jakby na brzegu kuwety znajdowała się szczelina (niczym w skrzynkach na listy). Gdyby odbitka nie zanurzyła się całkowicie, względnie po chwili wynurzył się jakiś fragment, dociska się ją cierpliwie szczypcami. W przypadku utrwalacza postępowanie jest inne i nie zależy od wysokości jakiej sięga roztwór - kładzie się odbitkę na powierzchni, obrazem w stronę dna kuwety (czyli podłożem w górę). Odbitki o podłożu barytowanym potrafią się giąć i wichrować w wywoływaczu, co owocuje wynurzaniem brzegów i rogów ponad powierzchnię roztworu - pomaga namoczenie naświetlonej odbitki w wodzie przed włożeniem do wywoływacza (tyle że trzeba wtedy nieco wydłużyć czas wywołania), a także wciskanie wystających fragmentów pod powierzchnię, aż podłoże wystarczająco nasiąknie. Emaliowane Kuweta 18x13 cm g=22,4x17,4 cm d=19,5x14,5 cm h=3,6 cm m=0,36 kg opt=250-350 ml Tworzywo sztuczne Kuweta 10x15 cm g=20,5x15,5 cm d=16,0x11,0 cm h=3,5 cm opt=150-200 ml Kuweta 18x13 cm g=25x20 cm d=18,5x13,5 cm h=5,5 cm opt=350-500 ml Kuweta 24x18 cm g=32,0x25,5 cm d=25,0x19,0 cm h=5,5 cm opt=500-750 ml Kuweta 30x24 cm g=39,0x32,0 cm d=32,5x25,5 cm h=6,0 cm m=0,6 kg opt=1000-1500 ml Kuweta 40x30 cm g=50,0x40,0 cm d=42,0x31,5 cm h=7,5 cm m=0,6-1,0 kg opt=2250-3500 ml g=wymiary górnych krawędzi d=wymiary dna h=wysokość opt=przybliżona objętość cieczy pozwalająca na wygodną pracę. Oczywiście można też pracować przy mniejs ej ilości, nawet połowie większej z liczb. Podobnie można też przy dwukrotnie większej niż mniejsza z objętości. Toteż dla kuwety 24x18 cm dopuszczalny zakres wynosił będzie ok. 400-1000 ml. Wszystko wszakże zależy od wysokości ścianek i ich nachylenia. Kuwety emaliowane mają z reguły ścianki nachylone w nieco mniejszym stopniu, niż plastikowe. Z tego względu podane wartości mają wyłącznie charakter orientacyjny. Adekwatne dla danej kuwety objętości można też wyliczyć mnożąc pole dna (w centymetrach kwadratowych) przez wysokość do jakiej płyn ma sięgać. Wyliczone wartości będą wszak nieco niższe od rzeczywistych ze względu na wspomniane nachylenie ścianek. Jego uwzględnianie w obliczeniach wymagałoby dość precyzyjnego pomiaru nachylenia i korzystania z bardziej skomplikowanego wzoru, a różnica z kuwetą "prostopadłościenną", raczej nie będzie większa niż 10% (o ile kuweta nie jest bardzo mała). Wymiary górnych krawędzi kuwet plastikowych mierzono od zewnętrznych krawędzi i mają jedynie pomóc w ustaleniu ile kuweta zajmie miejsca. To że kuweta na odbitki 24x18 cm ma “górne wymiary” ponad 30x24 cm nie oznacza że uda się w niej całkowicie zanurzyć odbitkę o formacie 30x24 cm (choć oczywiście będzie można zastosować technikę wywołania “przeciągowego”). Podano masy tylko największych kuwet (pustych). Mogą się one wahać w zależności od tworzywa i grubości ścianek. Przykładowo moja kuweta 30x24 cm waży więcej niż 30x40 cm (odpowiednio 600 g i 550 g). Problemy z kuwetami Niektóre wywoływacze zmieniają barwę podczas pracy i z chwilą wyczerpania stają się np. czerwone, a wiele przerywaczy fabrycznych zawiera indykator zmieniający kolor roztworu gdy PH staje się obojętne. Niestety w niebieskiej kuwecie wszystkie płyny będą nam się wydawały zabarwione na niebiesko i dostrzeżenie zmiany zabarwienia na niebieską, niebieskozieloną, granatową, etc. jest praktycznie niemożliwe. Barwę czerwoną, pomarańczową, żółtą, brązową można jako w kuwecie niebieskiej rozróżnić - roztwór wyda się ciemniejszy. Z kolei w kuwetach ciemnoszarych i czarnych dostrzeżenie zmiany barwy bywa bardzo utrudnione. Niejako na dodatek, czerwone światło ciemniowe bynajmniej nie ułatwia poprawnego postrzegania barw (w żółtozielonym i oliwkowym wygląda to lepiej, a lamp diodowych zdecydowanie lepiej). Sposoby na obejście tego problemu są trzy: A) Zastosowanie kuwety w barwie dopełniającej do zabarwienia indykatora - do koloru czerwonego zielona kuweta, do niebieskiego pomarańczowa, etc. Jeszcze łatwiej zabarwienie kuwety zaobserwować w kuwecie o barwie białej. B) Ustalanie przydatności roztworu nie na podstawie barwy indykatora, a choćby po prostu licząc odbitki. W takim przypadku można stosować nawet fabryczny przerywacz bez indykatora. Wbrew pozorom ułatwia to niektóre sprawy - przykładowo trudniejsze jest pomylenie roztworu wykorzystywanego do błon z tym do pozytywów. Indykator w roztworze fabrycznym sprawia iż ten ma z reguły jakąś barwę, przerywacze zaś bez indykatora są z reguły bezbarwne - w przezroczystych butelkach są więc nie do pomylenia (jeśli używać przerywacza fabrycznego do błon, a octowego do papierów, odróżnić można też po zapachu). C) Stosunkowo najskuteczniejszą metodą jest po prostu pobranie próbki z kuwety i ocena jej rzeczywistego zabarwienia w świetle białym. Pobierać i oceniać próbki można w próbówce, jednak równie dobrze da się wykorzystać do tego celu nawet plastikową miarkę do proszku do prania, względnie białą plastikową zakrętkę butelki. Zlewanie roztworów z kuwet Planując dłuższą przerwę w pracy z reguły roztwory robocze zlewa się do innych pojemników w których mają być tymczasowo przechowywane. Przy małych rozmiarach kuwety i obszernym wlewie do butelek, z reguły wszystko idzie gładko. Przy dużych i małym wlewie istotne znaczenie zdaje się mieć kształt dziobka do zlewania. Wbrew pozorom nie jest on jednak najważniejszy. Moja, skompletowana z wielu różnych źródeł (od zakupów w internecie poczynając, na grzebaniu w gratach wyrzuconych ze strychów, piwnic i rupieciarni kończąc) kolekcja kuwet, to naprawdę imponująca mieszanina różnych wzorów, krajowych i zagranicznych. Co prawda nie próbowałem jeszcze zlewania z uchodzących za kiepskie pod tym względem kuwet firmy Kaiser, ale nie sądzę by było to trudniejsze, niż w niektórych typach sprzed tych 20-30 lat, gdzie “dziobek” jest po prostu “ostrym” rogiem na styku dwu ścianek (trzy pozostałe rogi są zaokrąglone), względnie w ogóle go brak (wiele kuwet emaliowanych). Może nawet ważniejszym, a często kompletnie nie branym pod uwagę problemem jest elastyczność kuwety, bo niektóre starsze kuwety są zrobione nie z PCV, dość elastycznego plastiku. Jeśli dodać że kuwety o wymiarach od 24x30 poczynając, stają się już dosyć nieporęczne, a razem z zawartością ważą kilka kilogramów, odkształcanie może się okazać istotniejszą od niewydajnego dziobka komplikacją. Niezłym pomysłem wydaje się użycie bardzo dużego lejka - owszem, o ile butelka jest zabezpieczona przed przewróceniem. A lekką plastikową butelkę (zwłaszcza PET) można przewrócić nawet wlewając dużą ilość roztworu zbyt gwałtownie do lejka. Na szczęście istnieje kilka prostych rozwiązań. Stosunkowo najprostszym jest zlewanie roztworu z dużych, nadmiernie elastycznych, względnie obdarzonych niewygodnym dziobkiem, kuwet, nie bezpośrednio do butelki, a partiami do kuwety mniejszej, obdarzonej lepszym dziobkiem, z której łatwo zlewa się ją do butelki. Jako naczynie "pośrednie" można też wykorzystać tanie i łatwo dostępne kubełki do mieszania farb, które zresztą, po założeniu szczelnej pokrywki, zupełnie nieźle nadają się do przechowywania utrwalacza. Można także w ogóle nie zlewać płynu z kuwet, o ile zabezpieczy się go pływającą pokrywą. Funkcję tę może pełnić odpowiednio przycięta płyta z tworzywa (np. PCV), a nawet... dno innej kuwety. Można też zakryć kuwety od wierzchu kawałkami folii. Są to rozwiązania nieco gorzej chroniące przed utlenianiem roztworów, ale różnica przy normalnej pracy nie jest bynajmniej diametralna, zyskuje się zaś nieco na czasie (nie trzeba wylewać i z powrotem wlewać roztworów do kuwet). Ewentualne męty, kawałki podłoża, żelatyny, utopione muszki, etc. odfiltrować z roztworu można sączkami, wkładając w lejek zwitek waty, ewentualnie wielorazowymi filtrami sitowymi do farb - te ostatnie mogą mieć sitka o większych oczkach, niż stosowane do filtrowania kąpieli używanych w procesie negatywowym (w przeciwieństwie do negatywów, odbitek raczej się już nie powiększa). Rzeczą na którą radziły zwracać szczególną uwagę dawniejsze podręczniki fotografii było nie używanie kuwet w których uprzednio znajdował się wywoływacz do utrwalania i vice versa. Chodziło najpewniej o zapobieżenie różnym dziwnym interakcjom z osadem pochodzącym z poprzednich kąpieli. Stosunkowo najoczywistszym sposobem jest korzystanie z kuwet w różnych barwach: np. zielona na wywoływacz, biała na przerywacz z indykatorem, czerwona na utrwalacz, ewentualnie w odwrotnej kolejności (jak w światłach). Jeśli nie korzystamy z wywoływacza z indykatorem, ewentualne określamy barwę tego roztworu pobierając próbki, kolory kuwet nie mają znaczenia, można więc: · na wywoływacz przeznaczyć kuwetę zieloną (początek procesu/zielone światło), czarną, bądź szarą (wywoływacz czarno-biały). · na przerywacz, żółtą, pomarańczową (żółte światło), białą, niebieską, fioletową (woda - dawniej zamiast przerywaczy), · na utrwalacz czerwoną (zatrzymanie procesu/czerwone światło). To oczywiście tylko dość dowolne przykłady - każdy może dopasować inne kolory do własnych skojarzeń. Kuwety w takich samych kolorach można oznaczyć nalepkami, a nawet opisać wodoodpornym markerem. Czyszczenie kuwet Lekko zanieczyszczone kuwety z PCV, emaliowane i ze stali nierdzewnej, można myć nawet płynem do mycia naczyń, wspierając się w razie czego szczotką. Dobrze sprawdza się też proszek do czyszczenia zlewów, którego mokrą warstwę można w razie potrzeby pozostawić na dnie kuwety na kilka godzin (potem wypłukać dokładnie resztki proszku). Osad z utrwalacza usuwa się roztworem ługu sodowego, a z wywoływacza kwasu solnego, rzadziej octowego. Do osadów zasadowych dobrze sprawdza się również mieszanina w składzie: woda 500 ml dwuchromian potasu 25 g kwas siarkowy 20 ml Po powyższym specyfiku, względnie kwasie, czy ługu kuwetę trzeba dokładnie wypłukać wodą. Nie muszę oczywiście przypominać, że kwas zawsze wlewa się do wody - postępowanie odwrotne prowadzi do “gotowania się” mieszaniny i wychlapywania jej na zewnątrz. Tyle co do czyszczenia kuwet normalnie zanieczyszczonych. Kiedyś w rupieciarni znalazłem kuwetę brudną jak nieszczęście, do której ktoś prawdopodobnie spuszczał olej z silnika. Potraktowałem to w kategoriach wyzwania. Najpierw kuwetę odtłuszczałem rozpuszczalnikiem. Potem przyszedł czas na proszek do czyszczenia (“wybielanie” mokrą warstwą), a następnie żel do usuwania zatorów w rurach PCV (na bazie ługu sodowego), na koniec użyłem wodnego roztworu kwasu solnego (oczywiście po każdym kolejnym specyfiku kuweta była dokładnie płukana wodą). Efekt był na tyle dobry, że wbrew początkowemu założeniu, uznałem iż będę używał tej kuwety do wywołania papierów i służy mi do dziś. Przy czyszczeniu kuwet różnymi żrącymi substancjami, bardzo rozsądnie jest zabezpieczyć skórę rąk i ubranie. Kwasoodporne rękawice można nabyć w sklepach z odzieżą ochronną i innymi artykułami BHP. Ubranie zabezpiecza się fartuchem, ewentualnie zakłada takie, na wypalenie dziur w którym możemy sobie pozwolić. Po pracy należy dokładnie wymyć ręce - zabrudzona kwasem skóra zaczyna po jakimś czasie piec, ług potrafi działać “bezbólowo”, a jego obecność na dłoniach zauważa się niekiedy dopiero gdy człowiek łapie za coś i konstatuje że ma coś nazbyt śliskie ręce (spalony naskórek). Względem płynów do mycia naczyń, żeli oraz proszków do urządzeń sanitarnych, należy się stosować do zaleceń producenta. Rękawice też nie zawadzą, ale mogą być zwykłe kuchenne, o ile rzecz jasna środek nie zawiera silnych kwasów i zasad. Nietypowy, acz przydatny sprzęt pomocniczy Większość podręczników i poradników wylicza cały katalog absolutnie niezbędnego sprzętu ciemniowego, nadto jeszcze szerszy katalog wyposażenia mniej niezbędnego. Niestety, niesłychanie rzadko wymieniane są akcesoria, choć nie będące sprzętem ciemniowym, ogromnie ułatwiające pracę, względnie zapewniające odrobinę komfortu w trakcie wielogodzinnego pobytu w ciemni. Na szczęście łatwo samemu dojść jakie rzeczy będą nam w ciemni dodatkowo potrzebne, a zakup nie sprawia trudności - większość potrzebnych akcesoriów jest tania, nie wymagając przy tym specjalnie długiego chodzenia po sklepach. Podręczniki często zalecają korzystanie w ciemni z zeszytu, niekiedy także szkicownika. Szkopuł w tym, że pisać i rysować trzeba mieć nie tylko w czymś, ale i czymś oraz na czymś, a także to coś do pisania w czymś trzymać. Ogólnie lepiej do pisania w używanych w ciemni brudnopisach, nadają się długopisy, niż pióra, ołówki, flamastry, cienkopisy. Przede wszystkim długopisy dłużej wysychają, trudniej też nimi się zabrudzić w razie przypadkowego uchwycenia w niewłaściwym miejscu. Stosowany w typowym długopisie tusz wykazuje także dużą odporność na kąpiele fotograficzne, sporządzony atramentem na odwrocie odbitki opis, po przejściu przez wywoływacz, przerywacz i utrwalacz, będzie albo nieczytelny, albo kompletnie zniknie. To samo dotyczy cienkopisów i flamastrów wodnych, na szczęście istnieją też odporne na działanie wody i te nawet nieźle sprawdzają się przy opisywaniu tyłów odbitek, będąc nawet czytelniejszymi od długopisów. Ślady ołówka co prawda pozostają nienaruszone na wywołanych odbitkach, ale bywają trudne do dostrzeżenia, gdy odbitka jest mokra. Rysunki ołówkiem w słabym świetle ciemniowym w ogóle mogą być ledwie widoczne, więc jeśli masz zamiar używać ołówka do rysowania np. planów wysłaniania, pokombinuj w razie potrzeby z różnymi twardościami i mniej i bardziej zaostrzonymi grafitami. Pióra nadają się za to świetnie do pisania w czystopisach - jakby mobilizują do czytelniejszego pisania, a atrament jest łatwiejszy do wywabienia w razie błędu. Tusz długopisu, względnie flamastra używanego do pisania w warunkach ciemniowych powinien mieć barwę niebieską lub czarną - czerwony, fioletowy, zielony etc., może okazać się trudny do dostrzeżenia w świetle ciemniowym. W związku z tym, że wypadniętą sprężynkę, trudno byłoby znaleźć, wkłady należy wymieniać poza ciemnią, ewentualnie korzystać z długopisów jednorazowych, względnie takich “na zakrętkę” (zakrętkę jakby łatwiej znaleźć niż sprężynkę). Przybory do pisania, nożyczki, itp., najlepiej trzymać w przyborniku - wszystko jest pod ręką i nie trwoni się czasu na kombinowanie gdzie odłożyło się długopis. Poziomy przybornik zajmuje więcej miejsca, ale jest stabilniejszy, zaś pionowy (kubeczek) wymaga mniej miejsca, jednak jest łatwiejszy do przewrócenia. W przeciwieństwie do rękawów ciemniowych, w ciemni pozytywowej lepiej sprawdzają się nożyczki z końcami zaostrzonymi - łatwiej nimi dobrać się do taśm którymi zabezpieczane są pudełka z papierem światłoczułym. Dawniej do przycinania brzegów powiększeń używano skalpela, można go zastąpić tanim, łatwym do kupienia, nie wymagającym ostrzenia nożem do tapet, który, gdy nie jest nam aktualnie potrzebny, wsuwa się po prostu w plastikową rączkę. Do rysowania prostych, bardzo przydatna jest linijka. Jeśli jednak chcemy używać jej również jako prowadnicy przy przycinaniu papieru światłoczułego, powinna być dość masywna i maksymalnie sztywna. Pisanie w zeszycie umieszczonym na podstawie powiększalnika, kolanach, oparciu krzesła, nie jest wygodne. Na szczęście istnieją specjalne deseczki do pisania z zaciskami sprężynowymi i kosztują na ogół mniej niż 10 PLN. Dysponując czymś takim, można robić notatki nawet stojąc nad kuwetami. Niestety, niesłychanie wygodne wkłady do segregatora wykazują ograniczoną przydatność, ponieważ łatwo je rozsypać, czy też zawieruszyć jakąś kartkę. Zatrzask sprężynowy deseczki rozwiązuje jednak i tę niedogodność. Śledzenie upływających godzin, ułatwi średniej wielkości zegar elektryczny, zawieszony na ścianie. Następujący, dokładnie co sekundę dźwięk towarzyszący ruchowi wskazówki, może być w niektórych wypadkach niezwykle pomocny (wielu dawnych fotografów w ten sposób odmierzało czas naświetlania pozytywów). Odrobinę rozrywki zapewnia radio. Można zresztą połączyć jedno z drugim, decydując się na radiobudzik (wyświetlacze wielu modeli funkcjonują w oparciu o czerwone diody, dość bezpieczne dla papierów światłoczułych). Sporym ułatwieniem w pracy jest krzesło obrotowe, którego nóżki wyposażone są w kółka. Dodatkową zaletą jest, iż dość często tego rodzaju meble pozwalają wyregulować wysokość oparcia oraz siedzenia. Ścinki pozostałe po przycinaniu powiększeń, fragmenty taśm usuniętych z pudełek zawierających papier światłoczuły, itp. wygodnie jest wyrzucać do kubła - z reguły wystarcza nawet najmniejszy. Żeby łatwiej pozbywać się zawartości, do środka można włożyć plastikowy worek. W razie braku kubła, odpadki można wrzucać do takiego właśnie worka, o ile oczywista zamocować go jakoś, by nie latał przy niewielkim nawet ruchu powietrza. Jeśli dysponujemy w ciemni zlewozmywakiem, warto obok umieścić haczyk na ręczniki i mydelniczkę, ew. pojemnik z mydłem w płynie. Jeśli nie mamy bieżącej wody, rozsądnie jest umieścić wiaderko z wodą i miednicę - wycieranie zabrudzonych kąpielami fotograficznym rąk w ubranie, a tym bardziej pozostawianie do wyschnięcia, utrudnia uzyskanie dobrych wyników (na papierze światłoczułym zabrudzone utrwalaczem palce pozostawiają wyraźne, niemożliwe do usunięcia, białe odciski), może być także powodem uszczerbku na zdrowiu. W ciemni dobrze sprawdzają się ręczniki papierowe, w wilgotnej atmosferze nie pleśnieją tak jak płócienne, a na dodatek można nimi wycierać rozlane płyny. Jeśli jednak się na nie zdecydujesz, niezbędny jest uchwyt, względnie stojak - można go zrobić samemu, albo kupić. Pionowe stojaki mają tę wadę, że łatwo je wywrócić, poziome uchwyty, że trzeba umieścić dodatkowy kołek w ścianie i nie można ich łatwo przemieszczać w miejsce rozlania wywoływacza. Teoretycznie najlepsze byłyby krany takie jak w szpitalach i zakładach produkujących żywność, uruchamiane łokciem, bądź pedałem, co umożliwiałoby otwieranie i zakręcanie wody bez dotykania kurków i przenoszenia tym sposobem resztek kąpieli fotograficznych na, co dopiero umyte, ręce. W praktyce jednak nie jest to w stu procentach konieczne - wystarczy starannie wycierać ręce, oraz co jakiś czas czyścić kurki. Kwestię nagłych potrzeb fizjologicznych, można zupełnie nieźle rozwiązać przy pomocy najzwyklejszego w świecie nocnika. Jeśli ktoś dysponuje stałą ciemnią i uważa że potrzebuje więcej komfortu, można zdecydować się na przenośną ubikację chemiczną. W obu wypadkach lepiej nie zapominać o papierze toaletowym, chyba że planujemy tylko “małe potrzeby”. Najprostsza szmata do wycierania odda nam nieocenione usługi, gdy coś się rozleje. Zresztą lista rzeczy, niekoniecznie niezbędnych, a które mogą się w ciemni przydać, jest długa. Prawdę mówiąc, można mieć nawet lustro, jeśli tylko uznamy że jest nam przydatne choćby do uczesania się po pracy - raczej nie spowoduje żadnych zaświetleń (przytoczona wyżej zasada spadku natężenia światła wraz ze wzrostem odległości, obowiązuje i tu). Jeśli ktoś ma zamiar często przechodzić z ciemni do bardzo jasno oświetlonego pomieszczenia, względnie na dwór, wygodnie jest zakładać ciemne okulary. Osobiście, mimo zaleceń podręczników fotografii, nie stosuję ich - zanim dojdę do jakiegokolwiek jasno oświetlonego pomieszczenia, muszę przebyć kilkanaście metrów korytarza oświetlonego żarówkami 25 W i niewiele lepiej oświetlonych schodów - wzrok ma mnóstwo czasu na adaptację. Zapalając 150 W żarówkę oświetlającą moją ciemnię, w okresach gdy jest siłownią, względnie warsztatem, po prostu zamykam na chwilę oczy. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Fomadon LQN
Fomadon LQN, jest wywoływaczem fenidonowo-hydrochnonowym do błon negatywowych, pracującym normalnie (odmiana kontrastowa nosi nazwę "Fomadon LQR"). Konfekcjonowany jest w butelkach 250 ml zawierających stężony roztwór zapasowy. Roztwory robocze Producent zaleca rozcieńczać roztwór zapasowy z butelki w stosunku 1+10, bądź 1+14. Wedle etykiety na opakowaniu rozcieńczenie 1+10 miałoby służyć do materiałów o czułościach 100-400 ISO, a 1+14 jest desygnowane do błon 100-200 ISO. Dokumentacja producenta podaje wszakże czas wywołania Fomapan 400 "Action" również w "Fomadonie LQN" 1+14. Rozcieńczenie 1+14 działa bardziej wyrównawczo, a równocześnie pozwala uzyskać wyższe współczynniki kontrastowości obrabianych w nim błon niż 1+10. Opakowanie 250 ml wystarcza do wywołania co najmniej 30 błon płaskich 13x18 cm, bądź 12 błon zwojowych, czy małoobrazkowych. W litrze roztworu roboczego wywołać można co najmniej 5 błon typu 120 lub 135 (w 660 ml - 3 takie błony). Minimalna ilość roztworu zapasowego pozwalająca wywołać błonę zwojową bądź małoobrazkową to około 20 ml, co daje 220, bądź 300 ml roztworu roboczego. Są to ilości wystarczające do pracy w koreksach czechosłowackich, ewentualnie polskich "Plastic", czy niemieckich "Rodinaxach" (oraz ich kopiach) bądź "Patersonach". Większość koreksów (w tym też nowe modele), wymaga większej ilości roztworu do pokrycia pojedynczej błony, toteż pozostaje albo wywołanie większej ilości błon w kilku koreksach za jednym razem, bądź eksperymenty z innymi rozcieńczeniami. Osobiście stosuję to pierwsze rozwiązanie, ponieważ i tak korzystam z paru różnych typów błon równocześnie. Trwałość Wedle producenta roztwory robocze 1+10 i 1+14 są w stanie przetrzymać bez istotnej zmiany właściwości od 2 do 3 godzin. Roztwór zapasowy w fabrycznie zamkniętym opakowaniu, wytrzymuje co najmniej rok. Co do opakowania już otwartego, jesteśmy zmuszeni zdać się na dość enigmatyczne, iż trwałość znajdującego się w nim wywoływacza "bardzo wyraźnie się zmniejsza". Wedle moich doświadczeń roztwór zapasowy wywoływacza w takiej napoczętej buteleczce, jeśli tylko starannie wyciskać powietrze, może przetrwać nawet 6 miesięcy. Jego zżółknięcie nie świadczy z reguły o niezdolności do pracy. Ze względu na to, że 250 ml buteleczki Fomy po otwarciu czasem nie dają się wyciskać, dobrze jest dysponować "gazem obojętnym w spreju". Roztwór o barwie cytrynowej, a także jasnożółtej, ma w praktyce niezmienione właściwości. Natomiast kolor "bardzo mocnej herbaty" (brązowy) oznacza iż wywoływacz ma ograniczoną przydatność - co prawda nadal można w nim wywoływać, ale wydłużeniu ulegną czasy, pełnej zaś wydajności z litra raczej nie uda się uzyskać. Przykładowo błona Fomapan 100 wywoływana w prawie ciemnobrązowym już roztworze 1+14, w 22 stopniach, przez 11 minut, była lekko niedowołana, mimo wydłużenia czasu o minutę i podniesienia temperatury o 2 stopnie. Nawet wywoływacz o barwie brązowej pracuje czysto, aż do zupełnego wyczerpania (to nagminna cecha wywoływaczy fenidonowych). Praca Roztwór zapasowy z reguły rozcieńczam przefiltrowaną wodą z kranu, bądź odstaną. Przez pierwsze kilka wywołań stosowałem wyłącznie (tanią) wodę zdemineralizowaną, ale po jakimś czasie zrezygnowałem z tego (negatywy praktycznie niczym się nie różniły). Z bliżej nieokreślonych przyczyn wywoływacz ten ma w naszym kraju dość kiepską opinię, rzekomo nadaje się wyłącznie do błon średniego formatu, ze względu na "ogromne ziarno". U Czechów oceny są zdecydowanie lepsze - twierdzą oni że Fomadon LQN pozwala uzyskać dość ostre ziarno, mniejsze niż Fomadon R-09. (Nawiasem mówiąc, z kolei Czesi mają kiepskie zdanie o W-17, choć najpewniej niewielu go używało). Moje doświadczenia z różnymi błonami, zdają się to potwierdzać. Zarówno Ilford PAN 100, Ilford Delta 400, jak Ilford FP4+, wywołane w Fomadonie LQN 1+14 charakteryzują się większym, acz podobnie wyraźnym ziarnem jak ich odpowiedniki obrobione w W-17. Tak po prawdzie, jeśli idzie o Kodaka Academy 200 wywołanego w "Hydrofenie" oraz Fomadonie LQN 1+10, bardziej podoba mi się większe ziarno tego drugiego, ale to już wyłącznie kwestia gustu. Fomadon LQN 1+14 ma lepsze właściwości wyrównawcze względem motywów o dużym kontraście, niż W-17 1+1. Z kolei W-17 1+1 lepiej wyrównuje motywy o niewielkiej kontrastowości. Fomadon LQN działa mniej energicznie i nie przewołuje w podobnie dramatyczny sposób, jak "Hydrofen". Błony Fomapan T 200 i Ilford Delta 400, sprawiające, w przypadku wywołania w W-17, pewne problemy ze skopiowaniem klatek zawierających co bardziej kontrastowe motywy (np. sceny uliczne w pełnym słońcu - kontrast około 1:250) nawet na gradację miękką Fomy, jeśli wywołać je w Fomadonie LQN 1+14 wychodzą bardziej miękko, choć z wyrównawczym działaniem A-49 1+3, względnie R-09 1+200 trudno nawet porównywać. Z kolei wywołane w "Hydrofenie", pozwalają skopiować motywy mało kontrastowe (pejzaż śnieżny, w dzień pochmurny - kontrast 1:4, a czasem mniejszy), na gradacji twardej Fomy - z błoną wołaną w Fomadonie LQN mogą być z tym problemy, nawet w przypadku połączenia gradacji twardej z wywoływaczem kontrastowym. To że Fomadon LQN działa właśnie w ten sposób nie powinno dziwić - od motywów niekontrastowych jest Fomadon LQR. Toteż jeśli ktoś planuje korzystać Fomadonu LQN, a fotografuje również motywy o małym kontraście (mgła, odległe widoki, śnieg w pochmurny dzień), powinien względem błon zawierających owe motywy, stosować ten wywoływacz w rozcieńczeniu 1+10, a jeszcze lepiej postarać się o wywoływacz bardziej kontrastowy. Ze względu na trudności z nabyciem Fomadonu LQR, sensowniej będzie chyba skorzystać z łatwiej dostępnego W-17 "Hydrofen", na dodatek dającego negatywy o mniejszym ziarnie i którego tabela czasów wywołania jest zdecydowanie obszerniejsza niż Fomadonu LQR. Hydrofen i Fomadon LQN zupełnie nieźle się uzupełniają, a ze względu na cenę i trwałość są nienajgorsze jako pierwsze wywoływacze dla początkujących. Co prawda ani w W-17 (wzrost kontrastu i zadymienia), ani w Fomadonie LQN (znaczny wzrost ziarna) nie można specjalnie forsować, ale to dla wywołującego pierwsze błony fotoamatora akurat nie ma istotnego znaczenia. Czasy Rozcieńczenie 1+10 20 stopni Celsjusza, poruszanie: Internet Błona wywołana przez 7 minut, przy poruszaniu przez pierwszą minutę i potem co minutę przez 10 sekund jest wyraźnie niedowołana. Błona wywoływana przez 8 minut przy analogicznym poruszaniu, jest miękka, przy osiągnięciu czułości nominalnej. Motywy o kontraście 1:250 dają się kopiować na gradacji normalnej Fomy. W przypadku wszakże użycia filtra ciemnożółtego, żółtopomarańczowego, czerwonego, słoneczny krajobraz o pierwotnym kontraście 1:120 trzeba kopiować na gradacji twardej Fomy wywołanej kontrastowo (w W-14, 2M-PK, itp.). Ziarno jest nieco większe niż w W-17 Hydrofen, ale trochę mniej ostre i ładniejsze. Z tej przyczyny osobiście zalecałbym: Kodak Academy 200: 8-10 minut 20 stopni Celsjusza, poruszanie: Ilford Pan 400 - 10 min. 20 stopni Celsjusza, poruszanie: Wywołana w ten sposób błona, wygląda zupełnie nieźle i równie nieźle się kopiuje. Czułość podniesiona o około 2 stopnie DIN. Ziarno jest spore, ale bez trudu można uzyskać bezziarniste ośmiokrotne powiększenie wycinkowe 9x13 cm (więcej wtedy nie robiłem - brak pierścienia wgłębnego). Tak w ogóle to moje doświadczenia z tą błoną w tym wywoływaczu ograniczają się do naświetlenia tablicy testowej i paru motywów na próbce, jej wywołania, pomiaru kontrastowości negatywu, wykonania kilku testowych odbitek. Dlatego ewentualnym użytkownikom radziłbym uprzednie przeprowadzenie prób. Fuji Acros 100: 9-11 minut Rozcieńczenie 1+14 Błona wywołana 9-10 minut przypomina Fomapan 100 przy tym samym czasie. 11 minut sprawdza się przy niewielkim kontraście motywów. Ziarno jest podobne do Fomapan 100 w Fomadonie LQN, czyli da się uzyskać co najmniej dziesięciokrotne liniowo bezziarniste powiększenie z całej klatki. Powiększenie wycinkowe 16x na format 9x13 wykazuje duże, nieco niewyraźne ziarno o dość przyjemnym wyglądzie. Ilford FP4+: 10-12 minut Ziarno jest nieco mniejsze niż Ilford Pan 100 oraz Fomapan 100. Ilford Delta 400: 10-12 minut Ziarno jest zbliżone do T 200 i dość ładne, choć moim zdaniem trochę mniej jak błon z serii Delta w W-17, ale to już kwestia gustu. Fuji Acros 100: 12-14 minut Papiery Fomadon LQN można stosować również do wywołania papierów. Oczywiście rozcieńczenia stosowane do błon dawałyby obrazy kompletnie szare, przy bardzo długim czasie wywołania, dlatego roztwór zapasowy należy rozcieńczać w mniejszym stopniu: 1+1 do 1+5. Rozcieńczenie 1+3 ma podobne właściwości jak Fomatol LQN (czas wywołania, barwa strątu). Oczywiście wydajność jest zdecydowanie mniejsza, najpewniej nieco ponad 50 odbitek 9x13 cm (RC) z opakowania 250 ml. Dlatego też stosowanie Fomadonu LQN w roli wywoływacza pozytywowego jest nieopłacalne i zalecane wyłącznie w sytuacjach awaryjnych. Bardziej rozcieńczony Fomadon LQN można również zastosować w parze z Fomatolem LQN 1+4 przy wywołaniu dwuroztworowym. Rozcieńczenie Fomadonu LQN powinno wynosić co najmniej 1+10, ale osobiście stosowałem 1+21. Spadek czułości papierów był dość poważny - przy przysłonie F-18 obiektywu Belar niezbędne były niekiedy czasy ekspozycji nawet ponad 5 minut! Pierwsze wywołanie trwało z reguły kilka minut (do ukazania się szczegółów w światłach), drugie w Fomatolu LQN 1+4 od kilkunastu sekund do pół minuty. Oczywiście wydajność pierwszego wywoływacza jest znikoma i co jakiś czas należy go odnawiać, natomiast wydajność wywoływacza kontrastowego sporo większa niż Fomatolu LQN 1+7 o tej samej objętości. Jest to więc sposób dobry przy obróbce niewielkiej ilości odbitek. Przy konieczności wywołania dwuroztworowego większej, chyba korzystniejsze będzie użycie Fomatolu LQN 1+15 czy nawet 1+31 jako pierwszego wywoływacza (miękkiego), a Fomatolu LQN 1+3, 1+4, bądź 1+5 jako drugiego (kontrastowego). Na koniec drobna ciekawostka. Gdy po skończonych próbach, uzupełniłem bardzo już zużytym Fomadonem LQN 1+20 Fomatol LQN 1+5 tak by uzyskać roztwór o podobnym do 1+7 stopniu rozcieńczenia, mieszanina po dwu tygodniach wciąż satysfakcjonująco wywoływała papiery (Fomatol LQN rzadko wytrzymuje dłużej jak tydzień), choć pod koniec tego okresu przy około dwukrotnym obniżeniu ich czułości. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Utrwalanie dwuroztworowe II. Płukanie.
W związku z tym, że moje oba opisy techniki dwuroztworowej są dość długie i szczegółowe, spróbuję tym razem krócej i niejako syntetycznie. Utrwalanie dwuroztworowe tym różni się od klasycznej techniki jednoroztworowej, że materiał światłoczuły utrwalamy w dwu oddzielnych kąpielach utrwalających, połowę zwykłego czasu w każdej z nich. Jeśli np. błonę utrwala się normalnie 10 minut w jednym utrwalaczu, to w technice dwuroztworowej, błonę umieszczamy na 5 minut w pierwszym roztworze, a potem na kolejne 5 minut przenosimy ją do drugiego. Oba roztwory trzymamy oczywiście w oddzielnych butelkach. Gdy stwierdzimy że pierwszy utrwalacz zużył się, zastępujemy go dotychczasowym utrwalaczem numer 2, a w jego miejsce sporządzamy nowy. Takie postępowanie zwiększa pewność prawidłowego utrwalenia i zwiększa wydajność utrwalacza. Teoretycznie rzecz biorąc, wydajność utrwalacza przy zastosowaniu tej techniki wzrasta 2-4 razy. W rzeczywistości jednak (podobnie jak zresztą przy ustalaniu wydajności utrwalacza w sposobie "klasycznym") wpływa nań wiele czynników, zbyt wiele, by możliwe było podanie maksymalnej ilości możliwych do utrwalenia materiałów z dokładnością np. do jednej błony. Zgodnie z danymi Fomy w 750 ml U-1 do błon utrwalić w sposób klasyczny można około 15 błon - w przypadku obróbki dwuroztworowej ta liczba może wynieść 20, 25, 30, 40, w praktyce każdą liczbę między 15 a 60 sztuk. Przykładowo w 750 ml U-1 Fomy używanej przez pewien czas jednoroztworowo (około 10 błon), udało mi się utrwalić łącznie 25 błon (nieco ponad 26 wliczając próbki), czyli o 10 więcej. Liczba ta byłaby zapewne wyższa, gdybym inkryminowany utrwalacz od początku wykorzystywał w technice dwuroztworowej. Czysto arytmetyczne obliczenie wykazuje, iż skoro utrwalacz zużyty w 2/3 pozwolił utrwalić jeszcze 15 błon, to gdyby go od razu zastosować dwuroztworowo, wydajność wyniosłaby 45 błon (3x15). W rzeczywistości mogłoby to być - jak pisano wyżej - od 20 do nawet może ponad 60 błon. Dlatego też takie znaczenie mają systematyczne testy utrwalacza - wystarczająco miarodajny jest choćby prosty sprawdzian czasu odbielania błony. Zainteresowanych odsyłam do recenzji Ilford Rapid Fixer bądź mego poprzedniego artykułu o utrwalaczach, gdzie został on szczegółowo opisany. Utrwalanie dwuroztworowe przy użyciu tiosiarczanu sodu i tiosiarczanu amonu w procesie negatywowym nie różni się zbytnio (oprócz oczywiście czasów). W procesie pozytywowym natomiast utrwalanie dwuroztworowe tiosiarczanem sodu wymaga o jedną kuwetę więcej - po 5 minutach w starym utrwalaczu przenosimy odbitki do kuwety zawierającej wodę, a dopiero po obrobieniu większej partii odbitek, przenosimy je z wody do nowego utrwalacza na 5 minut, a stamtąd do płukania. Jakie jest uzasadnienie tej dodatkowej kąpieli w wodzie? Wywoływanie odbitek trwa z reguły od 1-3 minut, plus 15-30 sekund w przerywaczu. Odbitki z reguły utrwala się większymi partiami niż wywołuje (utrwalacz zdecydowanie lepiej wytrzymuje długotrwały pobyt w kuwetach). Gdy w litrze roztworu wywołuje się po 4 odbitki, utrwala zaś w 5 litrach U1 po kilkanaście, przy pewnym zaambarasowaniu wywoływaniem, może się zdarzyć iż część odbitek będzie męczona w utrwalaczu nawet ponad pół godziny! Nadmierne przedłużanie procesu utrwalania nie wpływa dodatnio na odbitki - może doprowadzić do wyżarcia świateł (zwłaszcza emulsje chlorobromowe), wypadku zaś papierów barytowanych na dokładkę utrudnić jeszcze ich wypłukanie. Dlatego też po pięciu minutach odbitki przekłada się do dużej kuwety z wodą (którą z powodzeniem zastąpić może miska, wiadro, czy miednica). O ile pierwszy utrwalacz przechodzi wspomniany wyżej test z błoną, to po wyjęciu zeń odbitki nie są już światłoczułe, więc nie ma obawy ich zaświetlenia (względnie pseudosolaryzacji) światłem białym podczas ewentualnej oceny. Gdy już skończymy wywoływać ustaloną partię odbitek, te oczekujące w wodzie na ukończenie obróbki przenosimy do drugiego utrwalacza na 5 minut, by nadal obecne w emulsji trudno rozpuszczalne w wodzie sole srebra zamienić na łatwo rozpuszczalne, po czem odbitki gotowe są już do końcowego płukania. W przypadku techniki dwuroztworowej opartej o utrwalacze szybkie, kuweta z wodą między pierwszym, a drugim roztworem okazuje się z reguły zbędna. Czas utrwalenia wynosi 1,5-3 minuty, co dawałoby 45-90 sekund pobytu w każdym utrwalaczu, a w przypadku Ilford Rapid Fixer w rozcieńczeniu 1+4 0,5-1 min., a więc jedynie po 15-30 sekund! Chyba niewielu używa wywoływaczy pozytywowych działających w takim tempie, toteż w tym ostatnim wypadku wąskim gardłem okazuje się nie utrwalanie, a wywoływanie (w wypadku papierów RC można zastosować rozcieńczenie IRF 1+9, wydłużające czas utrwalania do 1 minuty, czyli po 30 s w pierwszym i drugim roztworze). Po utrwalaniu zwykle następuje płukanie trwające od 15 minut do godziny (odbitki o podłożu barytowanym w zależności od typu utrwalacza, grubości podłoża i temperatury wody), 1-5 minut (odbitki na podłożu polietylenowym, jak wyżej), względnie 5-30 minut (błony, jak wyżej). Powyższe czasy dotyczą wody bieżącej o przeciętnej twardości. W wypadku jej braku stosujemy 7-krotną (papiery FB), względnie 4-5 krotną (RC) wymianę wody w naczyniu co 5 minut (ewentualnie trzy pierwsze zmiany co 3 minuty, następne 6-7 min). Błony w koreksie z możliwością obracania można płukać następująco: W wypadku gdy koreks nie ma możliwości obracania - 7-12 zmian wody co 5 minut (ewentualnie pierwsze 3-6 zmian co 3 minuty, pozostałe co 6-7 minut). Błoną należy przy tym od czasu do czasu poruszać. Woda do płukania błon powinna być odfiltrowana z zanieczyszczeń mechanicznych (płukanie w wodzie bieżącej), względnie odstana (wystarczy jeden dzień) - zapobiegamy wbijaniu piasku, cząstek rdzy, i tego rodzaju rzeczy w emulsję. W wypadku papierów nie jest to aż tak istotne. Co ciekawe, woda bardzo twarda usuwa tiosiarczany szybciej niż miękka, zapewne temu, że masywne cząstki soli wapniowych łatwiej "wybijają" z emulsji sole srebra. Wpływ ma też temperatura wody, im wyższa, tym szybciej przebiega płukanie. Płukanie można skrócić stosując preparaty rozkładające utrwalacz - można nabyć fabryczne, względnie sporządzić kąpiel o składzie: Woda utleniona 3% 125 ml Negatyw najpierw płuczemy 5 minut w wodzie bieżącej, potem przenosimy na 5 minut do powyższej kąpieli, kończymy dwuminutowym płukaniem w wodzie. UWAGA - część źródeł zastrzega iż powyższy preparat należy stosować wyłącznie względem płyt o podłożu szklanym! Podobno może on rozkładać podłoże typowych błon (pytanie tylko czy chodziło jeszcze o celuloid, czy już octan amylu). Co prawda większość źródeł takich zastrzeżeń nie wysuwa, ale zalecałbym uprzednie testy. Względem papierów (FB) postępowanie z preparatem jest inne: Przed wypłukaniem w ten sposób większej ilości odbitek, należy przeprowadzić test. Jeśli odbitka testowa po płukaniu ma: * pęcherze w emulsji - odbitki przed płukaniem zgarbować (1% roztworem formaliny); * zmienioną barwę obrazu - do kąpieli skracającej płukanie dodać 1 gram bromku potasu; * zażółcony papier - odbitki włożyć do 1% roztworu siarczynu sodowego, potem płukać jeszcze 10 min. Jak więc widać, zabieg takowy nie zawsze się opłaca. Można też użyć 0,3% roztworu samej wody utlenionej. Czas płukania da się także skrócić stosując poniższe roztwory: * 2-4% siarczynu sodowego; Po 2 minutach wstępnego płukania, przenosimy do roztworu soli sodowej na 5 minut (15-20 stopni C), następnie płuczemy 5 minut (istotne zwłaszcza w przypadku zastosowania chlorku sodu). Względem papierów na podłożu polietylenowym (RC), zabiegi skracające płukanie nie mają w praktyce amatorskiej większego sensu (ich płukanie i tak jest bardzo krótkie). Względem błon osobiście stosuję: minutę płukania w bieżącej wodzie, pierwszą zmianę wody (20 obrotów), płukanie w wodnym roztworze soli (30 obrotów), 40, dwie zmiany wody (40 i 50), minutowe przepłukanie koreksu, 5 minut stania w wodzie, minutę w preparacie zmiękczającym. Względem papierów RC i utrwalacza Ilford Rapid Fixer (producent: 2 minuty w wodzie bieżącej) - minuta płukania w miednicy (woda na ścianki, tak by w naczyniu następowała cyrkulacja) i 2-3 zmiany wody (co 5 minut), względnie 5-10 zmian wody (co 5 minut); minutę w preparacie zwilżającym (o ile go stosuję, ale o tym dalej). W dawnych czasach, istną plagą były jasne plamki i zacieki po wysychających kroplach wody na negatywach. Usiłowano temu zaradzić wieloma sposobami - po zakończeniu płukania, negatyw umieszczano na jakiś czas w spirytusie drzewnym, by jak to tłumaczy literatura, "przyśpieszyć suszenie". Wkrótce wszakże po II wojnie światowej, pojawiły się tzw. środki zwilżające. Na czym polega ich działanie? Woda zbija się w krople dzięki tej samej sile, która pozwala pływać po niej igłom - napięciu powierzchniowemu. Nie wnikając w wiązania wodorowe, siły Van Der Waalsa, itp., objawia się tak wzajemne oddziaływanie cząstek wody. Najpowszechniejsza ciecz na tym świecie charakteryzuje się napięciem powierzchniowym 0,072 niutona na metr, gdy na przykład alkohol ma 0,022. (Rozumiemy więc teraz, że stosowany dawniej alkohol metylowy, zapobiegał tworzeniu się śladów kropel, nie dzięki przyśpieszaniu suszenia, a raczej mniejszemu od wody napięciu powierzchniowemu). Zawarte w środkach zwilżających, detergenty zmniejszają napięcie powierzchniowe wody (wiąże się to z ich specyficzną budową - hydrofobowy łańcuch węglowodorowy połączony z grupa hydrofilową - powodującą dążność do gromadzenia się na powierzchni wody i tym samym oddalając odeń powietrze), co ułatwia jej spływanie z podłoża błony, umożliwia też zwilżenie zatłuszczonych przy wkładaniu do aparatu, względnie koreksu, miejsc (nasza skóra, nieważne jak długo myta, zawsze jest lekko tłustawa), zemulgowanie tłuszczów, w rezultacie zdecydowanie ułatwiając ich mechaniczne usunięcie z podłoża błony w kąpieli zwilżającej. W latach 50. niektórzy nie zalecali stosowania spirytusu względem błon zwojowych i małoobrazkowych, motywując to złym wpływem na podłoże (ponownie pojawia się pytanie, czy jeszcze celuloidowe, czy już z octanu amylu?). Negatywy zanurzone w spirytusie schną znacznie szybciej, ponieważ wypiera on wodę z żelatyny, a sam paruje zdecydowanie szybciej od wody. Oczywiście trzeba ździebko uważać z otwartym ogniem (ale nie aż tak, jak np. przy czyszczeniu tkanin benzyną), a spirytus od czasu odwadniać. W tym celu wrzuca się doń pociętą w paski, suchą żelatynę, po jakimś czasie napęczniałe kawałki się wyjmuje, pozostawia do wyschnięcia i ponownie wrzuca tak długo, aż przestaną pęcznieć, co jest dowodem, że wchłonięciu uległa cała woda zmieszana metanolem. Zgodnie z literaturą (chemiczną), nawet niewielka domieszka alkoholu do wody znacznie obniża napięcie powierzchniowe - być może to tłumaczy, czemu część preparatów zwilżających jest palna (np. Tetenal Mirasol). W latach 80. Fotonal i jego orwowski odpowiednik F-905 rzadko gościły na półkach "Fotooptyki" (oczywiście w porównaniu do dekady poprzedniej, a wtedy bynajmniej nie występowały w nadmiarze), w ówczesnej literaturze mamy więc naprawdę niemało o różnych "zastępnikach". Zaleca się np. "szampon niebieski". Niestety, choć znakomicie pamiętam tamten okres, akurat tego szamponu nie przypominam sobie - być może autor miał na myśli sprzedawany w charakterystycznych niebieskich butelkach (później "Familijny", w którym całe lata myłem głowę), podobnych jak te od płynu "K" (świetne na lany poniedziałek). Tuszko precyzuje, że można wykorzystać "zwykły, klarowny szampon do mycia włosów", a także "płyn do mycia naczyń" - jeden z moich znajomych stosował w latach 80. "Ludwika" jako preparat zwilżający i ogólnie chwali efekt. Czy nie można by mydłem? Teoretycznie tak, niestety mydło reaguje z rozpuszczonymi w wodzie związkami wapnia oraz magnezu, czego rezultatem jest biały osad soli wapiennych i magnezowych. Detergenty, takiego osadu nie wytwarzają nawet w kontakcie z wodą morską - dlatego zresztą zrobiły tak oszałamiającą karierę. W sposób naturalny nasuwa się tutaj kwestia wody użytej w kąpieli zwilżającej. Niektórzy zalecają korzystanie z wody destylowanej, inni uważają, iż można dowolną kranówą. O dziwo, oba te poglądy są całkowicie poprawne - woda destylowana ma tę zaletę, iż detergent preparatu jest bardziej aktywny (co prawda nie wiąże się on ze związkami wapnia i magnezu, ale ich cząstki i tak przeszkadzają, choćby nawet samym "zajmowaniem" miejsca w roztworze), twarda woda nie przeszkadza, aż tak jak przy praniu (niekiedy nawet 1/3 środka piorącego więcej), ale różnica w samym pienieniu się jest widoczna. Istnieje wszakże prosty sposób uzyskania wymaganej aktywności środka zwilżającego i w bardzo twardej wodzie (morskiej jednak w kąpieli zwilżającej lepiej nie stosować - na dłuższa metę chlorek sodu nie ma specjalnie pozytywnego wpływu na obraz srebrowy i emulsję). Wystarczy po prostu zwiększyć jego dawkę. Niestety, gdy producenci proszków do prania skrupulatnie podają dozowanie dla wody miękkiej, średnio twardej i bardzo twardej, na preparatach zwilżających takiej informacji próżno szukać. Fotoamatorowi pozostaje więc ustalać rzecz eksperymentalnie. Niektóre błony przyjmują lepiej środek zwilżający, inne gorzej - do tych drugich należą np. Foma 100, 200, 400. Schną one dość nieregularnie - na szczęście ślady po smużkach wody nie są z reguły widoczne. Moje próby zarówno z wodą destylowaną, jak kranową (mam bardzo twardą - góry), nie zdołały zmienić tego stanu rzeczy. O dziwo, gdy kiedyś do wody z kranu dolałem "Fotonalu" na oko (co najmniej dwa razy za dużo), Foma schła znacznie regularniej. Nie wiem czym jest to spowodowane. Dozowanie środka zmiękczającego względem płyt jest znacznie obfitsze niż błon - dla Tetenal Mirasol około dziesięciokrotnie (1:400 do 1:40). Zapewne jest to spowodowane inną strukturą podłoża szklanego. Względem papierów RC suszonych na sznurku, kąpiel w środku zwilżającym nie jest absolutnie konieczna, choć przydatna (poprawia połysk papierów błyszczących i nieco przyśpiesza tempo suszenia). W razie suszenia na gazecie, kąpiel zwilżającą lepiej stosować - tempo schnięcia zdecydowanie wzrasta, nie pojawiają się ślady wyschniętych kropel. Jeśli chodzi o papiery na podłożu barytowanym (FB), kąpiel w środku zwilżającym należy polecić, i to niezależnie od sposobu suszenia (suszarka, sznurek, gazeta). Dodatkową zaletą środków zwilżających, jest prawie całkowite zabezpieczenie suszonego materiału przed bakteriami i owadami (podobne działanie miał stosowany ongi metylowy spirytus). Był to kiedyś naprawdę poważny problem. R. Niemczyński: "Jest pająk, który zjada żelatynę, wygryzając w niej długie, kręte kanaliki. Negatyw taki jest nie do uratowania." Nasączona detergentem żelatyna jest dość kiepską pożywką dla bakterii. Dla much i pająków - trucizną. Chyba najlepszym komentarzem jest tu opis działania pułapki na komary sporządzonej przez mojego kolegę (z popielniczki i starego oleju silnikowego) "komar przylatuje do 'wody' i już zostaje". Dlatego też, mimo stosowania kąpiel zwilżającej, najlepiej niejako profilaktycznie do suszenia błon wybrać miejsce, gdzie owadów jest możliwie najmniej. Względem odbitek wymóg ten nie jest aż tak istotny. Fereby |
Fotografia czarno-biała: Fomatol LQN - recenzja
Fomatol LQN - recenzja Fomatol LQN - regeneracja Fomatol LQN - poprawki temperaturowe |
Fotografia czarno-biała: High i Low Key
High key |
Fotografia czarno-biała: Stykówki BW z internegatywu
Autor: alkos 1. Potrzebujemy skan negatywu o jak najwyższej rozdzielczości, najlepiej w 16tu bitach (gwarantuje to szersze możliwości dalszej obróbki tonalnej) Można przyjąć że minimala rozdzielczość dla danego formatu to taka, dzieki ktorej otrzymamy przynajmniej 240dpi. Np. dla odbitki 20x30 będzie to ok. 2000x3000 pikseli, dla 50x40 - 3000x4000. Oczywiście im wiecej, tym lepiej. W przypadku formatów powyżej 50x40 rozdzielczość przestaje miec kluczowe znaczenie - w końcu i tak będą one oglądane z większej odległości. 2. Obrabiamy go w programie graficznym zgodnie z gustem i analogowym sumieniem ;-), po czym odwracamy zwyczajną funkcją Invert/Negatyw. Z doświadczenia wiem, że nie należy przesadzać z wyostrzaniem ziarna - będzie i tak dosyć widoczne na odbitce. 3. Zapisujemy jako TIFF z kompresją LZW - daje to znośny "wagowo" plik bez żadnych strat na jakości. 4. Idziemy do drukarni/studia dtp/redakcji gazety i pytamy gdzie naświetlają klisze :-) Udajemy się następnie do naświetlarni i prosimy o naświetlenie naszego obrazka (nieważne, jaką mieliśmy rozdzielczość) w liniaturze 200, najlepiej rastrem stochastycznym. Nie każdy to potrafi, ale różnicy bez wtykania nosa w odbitkę i tak nie widać. :-) Aha, gdyby się pytali - nieważne czy z odwracaniem, czy bez. 5. Z gotową kliszą (czasem robią od ręki, jak nie ma kolejki albo się ładnie poprosi) udajemy się do ciemni, gdzie wyczekuje nas już rozłożony i parujący zestaw do wykonywania odbiek b&w :-) Ustawiamy powiększalnik tak, aby pole krycia światła było nieco większe niż docelowy format, przymykamy odpowiednio obiektyw (żeby oswietlenie było równomierne) i położywszy kliszę na papierze wykonujemy próbki. Można przyłożyć dodatkowo z góry szybę albo mleczne plexi (hipoteza - nie próbowałem, ale teoretycznie mogłoby dać lepszy efekt, szczególnie w przypadku powiększalników kondensorowych) - jednak robiłem odbitki 50x40 bez zadnego przyciskania i nie sposób dopatrzeć się nieostrości. W moim przypadku zazwyczaj klisza okazywała się nieco za miękka, więc ustawiałem głowicę filtracyjną na zwiększenie kontrastu - w stronę magenty. Po ustaleniu czasu naświetlania i kontrastu z próbek, naświetlamy ostateczny format, wywołujemy, przerywamy, utrwalamy, płuczemy, suszymy i voila! Oto nasza pierwsza hybrydowa odbitka, cyfrowo-srebrowa chimera i radość dla oczu! :D Oczywiście można drukować na sprecjalnych transparentnych foliach na drukarce atramentowej albo laserowej - jednak nie próbowałem tego osobiście. Drukowaliśmy za to kiedyś w ten sposób klisze do jakichś małych publikacji, aby zaoszczędzić na naświetlaniu - tak że zakładam, że pod powiększalnik też się nadadzą :) Teoretycznie na laserze powinno iść w rozdzielczości 1200dpi, w 600 zbyt widoczny jest raster. Na atramencie również najwyższa możliwa :-) |
Fotografia czarno-biała: Ilford Rapid Fixer - recenzja
Autor: Fereby ferebyWYTNIJTO@poczta.onet.pl Ilford Rapid Fixer Wydajność: 4 metry kwadratowe papieru o podłożu 24 błony małoobrazkowe lub zwojowe w litrze Trwałość: Przy temperaturze roztworu wynoszącej 20 stopni Celsjusza Czas utrwalania błon w roztworze 1+4 wynosi 2 do 5 min. Zarówno dla roztworu 1+4 jak 1+7 papiery o podłożu Błony należy płukać od 5-10 minut (woda bieżąca). Producent nie zezwala na użycie Ilford Rapid Odbitki utrwalane w roztworze zużytym, bądź Ocena: Papiery RC: produkt znakomity zarówno dla pojedynczego Papiery FB: wykazuje podobne zalety oprócz płukania Ilford Rapid Fixer przy utrwalaniu papierów w roztworze Jeśli idzie o cenę: 0,5 l opakowanie Ilford Rapid Fixer -------------------------------------------------------------------------------- > Trwałość: W dokumencie znalezionym na stronie www.ilford.com stoi tak: wg mnie wynika z tego, ze w szczelnie zamknietej, pelnej butelce roztwor
-------------------------------------------------------------------------------- {mospagebreak}
Jakiś czas temu opisywałem Ilford Rapid Fixer - szybki Rozdział "Replenishment" może się jednak okazać wcale przydatny Jeśli obrabiamy błony i odbitki sposobami klasycznymi, względnie nasza |